Marta Jarosz: Spotykamy się w miesiącu, o którym Julian Tuwim napisał "Listopad – najbardziej uciążliwy wrzód na dwunastnicy roku". Dla Ciebie też?

Agata Młynarska: Ależ on trafnie to ujął! Zdecydowanie tak! I bardzo się cieszę, że mogę tu wystąpić w towarzystwie jednego z moich ulubionych poetów. Listopad, razem z lutym, to miesiące, których najbardziej nie lubię, choć ten pierwszy obfituje w naszej rodzinie w ważne wydarzenia. W listopadzie urodzili się moja siostra i brat. Paulina 15 listopada, a Jasiek – 2. Ich święta sprawiają, że ten czas w roku jest dla nas radosny, a w tym roku w ogóle trafił się wyjątkowo przyjazny, słoneczny listopad. Lutego z kolei nie ratują moje imieniny. Wtedy następuje kompletna zapaść pomiędzy zimą a wiosną, która zawsze osłabia we mnie pozytywną energię, ale kiedy już przychodzi marzec, jest nadzieja na coś fajnego. Mam urodziny, jestem marcowym baranem. Dużo dobrych rzeczy działo się w moim życiu w marcu. Zawsze z niecierpliwością czekam na ten miesiąc.

Reklama

Masz jakieś sprawdzone sposoby na jesienny spadek nastroju? Robisz coś szczególnego, żeby te gorsze miesiące były lepsze? Te świece, które palą się w Twoim mieszkaniu, robią piorunująco pozytywne wrażenie. Wchodzisz tutaj i wydaje się, że zimno świata zostało na zewnątrz…

Uwielbiam światło świec, a poza tym jestem człowiekiem telewizji – światło ma dla mnie ogromne znaczenie, a ponieważ nie mamy kominka, ocieplam wnętrze w ten sposób. Z innych przyjemności: szczytem luksusu jest dla mnie wyjście na masaż. Mam takie ulubione miejsce na Mokotowskiej, do którego biegnę nieraz o 20.00, a później wracam i zaraz kładę się do łóżka - super! No i kontakt z naturą! Odkąd mamy psa, jeszcze więcej spaceruję. W okolicy jest Królikarnia i piękny park Arkadia. Ruch, przebywanie na świeżym powietrzu – to relaksuje mnie lepiej, niż cokolwiek innego. A z takich zupełnie babskich spraw: to jak każda kobieta czasami poprawiam sobie nastrój, kupując fajny tusz do rzęs.

W ostatnim czasie zaczęłaś dużo publicznie mówić o chorobie Crohna, na którą cierpisz. Czy ona jest sezonozależna?

Nie, ani trochę. To choroba autoimmunologiczna. Organizm rozpoznaje zdrowe tkanki jako chore i zaczyna je atakować. W moim przypadku problem dotyczy jelit, ale żyjemy w czasach, gdy schorzenia tego rodzaju są coraz częstsze. Hashimoto, reumatoidalne zapalenie stawów, łuszczyca – one wszystkie mają podobne podłoże. Pani profesor, która od kilku lat mnie leczy, stwierdziła jakiś czas temu, że ktoś, kto wynajdzie antidotum na problemy z tym wadliwym działaniem układu immunologicznego, na pewno dostanie Nagrodę Nobla, bo to już prawie choroba cywilizacyjna. Ja mogę powiedzieć, ze miałam szczęście, bo mój problem dał znać o sobie dopiero około 50. roku życia, ale wielu ludzi zaczyna chorować dużo wcześniej.

Do tego wieku, o którym mówisz, nie miałaś żadnych objawów?

Reklama

Miałam! Byłam chorowitym dzieckiem, ale wtedy tego wszystkiego, co mi się działo, nie umiano połączyć w całość i nazwać. W moim przypadku zadziałało bardzo wiele czynników. Jako niemowlę byłam karmiona sztucznie. Często byłam leczona antybiotykami. To miało wpływ na układ odpornościowy. Prześladowały mnie częste kaszle i alergie. Wtedy nie wiele wiedziano na temat alergii, więc leczono mnie też rosołkiem i mlekiem, co przynosiło skutki zupełnie odwrotne do zamierzonych. W skrócie: to działa tak, że szwankuje odporność, robi się jakiś odczyn alergiczny. Radzisz sobie z nim coraz gorzej, bo pojawiają się nadkażenia bakteryjne. Cały czas jest się zainfekowanym. Do tego rośniesz. Pojawiają się dodatkowe atrakcje w postaci burzy hormonalnej, wchodzisz w dorosłość, zaczynasz walkę o byt, której towarzyszy nieustanny stres. Bagatelizujesz sygnały od ciała, które mówi ci, że coś nie gra, bo musisz utrzymać się na powierzchni. Tak właśnie działałam. Ciało mi mówiło "śpj", a ja zmuszałam się do pracy. Organizm rozkładała choroba, powinnam była leżeć, a zamiast tego brałam garść leków i "stawałam na nogi", żeby biec dalej. Zamiast zastanowić się, dlaczego wciąż mam koszmarne wzdęcia i zmienić dietę, zjadałam kolejnego hot-doga na stacji benzynowej, bo byłam głodna, a na nic innego nie było czasu. To typowe objawy tzw. odcięcia od swojego ciała. Robisz wszystko, żeby nie przyjmować do wiadomości tego, co organizm bardzo wyraźnie sygnalizuje. Kontakt z własnym ciałem, to dziś słaba strona wielu z nas. Brakuje nam czasu, skupienia uwagi i umiejętności wsłuchania się w siebie.

A kto powinien tego uczyć?

Rodzice, szkoła, lekarze! Lekarz rodzinny zagląda do gardła, wypisuje receptę i przeważnie na tym koniec. Nie pyta, nie uczula na pewnie kwestie, nie wskazuje pacjentowi, co powinno go niepokoić i nie mówi mu, co i jak należy w organizmie obserwować. To błąd! Moja wnuczka zwróciła mi wczoraj uwagę, żebym nie siedziała z nogą założoną na nogę, bo to szkodzi krążeniu żylnemu. Jestem z niej dumna – również, dlatego że wiem, że tego wszystkiego, co wie na temat zdrowego jedzenia, nauczyła się w domu. Ta wiedza jest o wiele bardziej przydatna, niż lista prawych i lewych dopływów Warty czy Odry, którą trzeba wykuć w szkole, ale tam – choć tak powinno być – niestety się jej nie zdobywa. Dopiero, kiedy człowiek dostaje solidny cios, zaczyna się szukanie przyczyn, możliwości rozwiązania problemu, pomocy.

Tak było w Twoim przypadku?

Tak. Trafiłam do szpitala i zaczęłam składać różne elementy w całość. Na początku nawet lekarze nie byli skłonni do tego, aby szereg objawów ująć w ramy jednej jednostki chorobowej. Bo niby jak, skoro całe życie oddzielnie leczył mnie pulmonolog, oddzielnie dermatolog i jeszcze do tego gastrolog. Stwierdzenie, że problemy ze skórą, układem oddechowym i jelitami, to symptomy tej samej choroby, zajęło naprawdę dużo czasu, choć w moim przypadku i tak mniej, niż w przypadku wielu innych pacjentów.

Padła diagnoza: choroba Crohna. To był wyrok?

Nie. Niczego w życiu nie wolno traktować jak wyrok. To było zadanie, które trzeba wypełnić.

Co w takim razie się zmieniło w Twoim życiu od tamtej pory?

Absolutnie wszystko. Począwszy od priorytetów, poprzez styl życia, a na diecie skończywszy. Bardzo ważne było też dogłębne poznanie choroby. Zaczęłam od tego, że zweryfikowałam większość dostępnych na jej temat informacji. Choć wielu ludzi się dziwiło, nie jeździłam leczyć się za granicę. Pewnie, że to efektowne powiedzieć "konsultował mnie profesor X w Paryżu", ale w moim przypadku zupełnie niepotrzebne. W Polsce mamy świetnych lekarzy zajmujących się tym problemem i skuteczne leki. Wystarczy poważne podejść do ich zaleceń i zmienić tryb życia.

Czyli bliskie spotkanie z hot-dogiem na stacji benzynowej już Ci się nie zdarzają?

Nie! To oczywiste, że nie!

Gotujesz sama, czy korzystasz z usług firm cateringowych?

Różnie. Jak pracuję intensywnie, to żywi mnie wspaniała dziewczyna Joanna Brzezińska. To moja trenerka z dawnych lat, która wielokrotnie pomagała mi w zdobywaniu formy. Teraz stworzyła z myślą o mnie profesjonalny catering – bez glutenu, bez laktozy i jeszcze wege. Ogólnie jednak staram się sama przygotowywać posiłki. To nie jest problem, bo ja jem bardzo proste rzeczy, nieprzetworzone.

Czego absolutnie nie możesz zjeść, bo wiesz, że będzie Ci po tym źle?

Pysznego ciasta z orzechami i czekoladą, pięknie pachnącej drożdżówki, mięsa w tłustym sosie, pierogów. Tak jak już powiedziałam, unikam przede wszystkim glutenu i laktozy. Z tym pierwszym jest taki problem, że dziś występuje on praktycznie wszędzie. Nawet w mięsie - zapewnia jego ładny wygląd. Laktoza z kolei – jak twierdzi lecząca mnie pani profesor Grażyna Rydzewska – jest nam w ogóle niepotrzebna do życia. Kiedyś mleko od krowy było rarytasem. Jego "produkcja" zajmowała dużo więcej czasu, więc nie spożywało się go każdego dnia w niemal nieograniczonych ilościach i pod różnymi postaciami. Oczywiście, ktoś może powiedzieć "piję mleko i jem nabiał i nic mi nie jest". To prawda. Jeśli masz dobre zdrowie, pewne rzeczy szkodzą ci mniej, niż innym lub w ogóle, ale ogólnie lepiej ich unikać.

Czujesz, że choroba Cię ogranicza?

Wręcz przeciwnie! Jestem jej wdzięczna, że choroba nauczyła mnie, jak ważne jest, by uważać na to, jak się żyje.

Uważasz, że to choroba Crohna to choroba wstydliwa?

Ja tak nie uważam, ale dla wielu ludzi na pewno jest to choroba wstydliwa, bo najczęściej objawia się krępującą biegunką. Ja mam to szczęście w nieszczęściu, że zamiast biegunek zmagam się z wymiotami, ale nie można powiedzieć, że to jest bardziej komfortowe. Choroba Crohna zwykle ujawnia się u ludzi dużo młodszych ode mnie – między 20. a 30. rokiem życia. Badania pokazują, że ci pacjenci mają problemy z nawiązywaniem relacji z innymi, ze znalezieniem partnera, zbudowaniem udanego życia seksualnego. Większość z nich uważa swoją dolegliwość za wstydliwą.

Jak oceniasz poziom świadomości społecznej na temat tej choroby? Ile jest do zrobienia w tym zakresie?

Poziom minus zero! Dosłownie albo jeszcze gorzej. Dlatego staramy się zrobić, ile się da. Biorę udział w wielu kampaniach społecznych. Mówię o tym, gdzie tylko mogę. To, że ktoś znany na coś cierpi, zawsze budzi ciekawość. Jeśli choć kilka osób zrobi badania albo zastanowi się nad stanem swojego zdrowia dzięki temu, to warto! Pani profesor Rydzewska bardzo się ucieszyła, kiedy przyszłam do szpitala, bo jelita to nie jest sexy temat, na który każdy chce mówić. A ja chciałam. Cieszę się, bo czuję, że choć trochę go oswajamy.

Skoro poznałaś diagnozę już kilka lat temu i od tamtej pory dbasz o to, by choroba nie miała pretekstu do ataku, to dlaczego znalazłaś się w szpitalu pod koniec tego lata?

Niestety, to tak nie działa, że zmiana nawyków gwarantuje odwrót choroby. Ona żyje swoim życiem i jeśli chce, to atakuje. Trzeba się tym pogodzić.

Cały czas w kontekście Twojego zdrowia pojawia się "motyw" 50 urodzin. To była dla Ciebie magiczna data, jakaś granica?

Nie. O wiele ważniejsze były dla mnie 49. urodziny. W poprzedzającym je dniu wyszłam za mąż za Przemka i miałam poczucie, że robię ten właściwy krok na ostatniej prostej przed pięćdziesiątką. Ze swojego święta rok później niewiele pamiętam. W zasadzie chyba tylko to, że obchodziłam je na planie programu ""Świat się kręci" i dostałam wspaniały tort od ekipy.

Pracujesz teraz mniej, niż kiedyś?

Tak. Zdecydowanie. Ze względu na zdrowie, ale też nie chcę całego życia spędzać w pracy.

Umiesz zwalniać tempo?

Musiałam się tego nauczyć.

Łatwo to przyszło, czy ciągle musisz sobie powtarzać "wyluzuj”, "odpuść"?

Już nie, ale na początku trochę tak to wyglądało. Po trzech latach prowadzenia na żywo "Świat się kręci" 5 dni w tygodniu, bez żadnej przerwy, działałam w innym trybie. To wymagało ogromnego nakładu pracy i sił. Byłam nie tylko twarzą tego programu, odpowiadałam też za to, co się w nim działo. Doszło do tego, że program rządził moim życiem. Choćby nie wiem co, musiałam się wyrobić do 18.30 i koniec. Wszystko w moim życiu było nieprzesuwalne, niezmienialne. Program był bardzo różnorodny, zawierał elementy publicystki, a polityczna atmosfera w Polsce zaczęła się się zagęszczać. To wszystko sprawiło, że odeszłam z programu i wiedziałam, że już nie wrócę do TVP.

Ale zaczęłaś robić inne rzeczy. Najpierw praca w TLC, wcześniej portal dla kobiet, szefowałaś wielkonakładowemu miesięcznikowi, teraz TVN Style. Wyobrażasz sobie siebie w ogóle niepracującą?

Tak, oczywiście. Chociaż uwielbiam swoją pracę.

I co byś wtedy robiła?

Oj, dużo ciekawych rzeczy!

Takich zupełnie niezwiązanych z mediami?

Możliwe, że tak. Byłabym na przykład wolontariuszką na pełen etat, a nie tak jak teraz z doskoku. Działam w wielu fundacjach, odwiedzam chore dzieci w szpitalach czy domach dziecka i sprawia mi to wielką frajdę. Mogłabym też codziennie uczestniczyć w zajęciach jogi, ćwiczyć, trenować taniec i być dzięki temu w doskonałej formie fizycznej. Nauczyłabym się jeszcze jednego języka, może poszłabym na jakieś studia, zwiększyłabym też liczbę wyjazdów do Buska-Zdroju. Teraz dwa razy w roku bywam tam w hotelu Słoneczny Zdrój, gdzie dostaję "zastrzyk dla zdrowia". Pobyty tam są dla mnie bardzo cenne z trzech powodów. Po pierwsze: znakomita rehabilitacja, kąpiele w wodzie siarczkowej i kriosauna. Po drugie: znakomite jedzenie. Po trzecie: można tam być z psem. Więc jeśli potrzebuję, żeby ktoś pomógł mojemu ciału wrócić na właściwe tory, wybieram się tam i działamy!

Do których mediów jest Ci najbliżej: telewizja, Internet, prasa?

Na początku przygody z telewizją moja szefowa i nauczycielka Nina Terentiew powiedziała mi, żebym pamiętała: telewizja jako miejsce pracy to wyjątkowo niewdzięczny kochanek. Rozkochuje w sobie do nieprzytomności, ale nigdy nie odwzajemnia tej miłości. Kochać może cię przez chwilę widz, ale sama telewizja nigdy. Ona wysysa z ciebie, ile się da. Wykorzystuje cię, póki są z tego zyski, a chwilę później porzuca i koniec. Wszystko to prawda, a ja wciąż kocham to czerwone światełko w kamerze. Ono sprawia, że świat wydaje się ciekawszy i dostaję długo działający zastrzyk energii. Chcąc jednak być dziennikarzem w dzisiejszych czasach, nie można się zamykać na żadne media. Telewizja i Internet to właściwie to samo. Dziś też właściwie każdy może być dziennikarzem, tylko musi być wielozadaniowy.

To dlatego zdecydowałaś się na poprowadzenie "Extra-zmiany"? Lubisz ten format?

Zawsze lubiłam formaty, w których byłam blisko ludzi i poznawałam wraz z widzami ich historie. Prawdziwe życie pisze zawsze najlepsze scenariusze, nad którym warto się pochylić. Pod tym względem "Extra-zmiana" jest mi bardzo bliska. A dodatkowo to pierwszy program, w którym tak otwarcie daje się kobietom – choć mężczyznom też – prawo do mówienia o rozwodzie. Przełamujemy tabu. Rozwiedziona, rozwiedziony to nie ten gorszy, wytykany palcami, izolowany przez znajomych, ale człowiek, który tak samo jak każdy ma prawo do szczęścia i radości. To jest dla mnie osobiście też bardzo ważne i dlatego dobrze się odnajduję w tej formule.

A czy we współczesnej rzeczywistości, w której co trzecie małżeństwo się rozwodzi, ślub to nie przeżytek?

Ślub i małżeństwo traktowane jako sakrament nigdy nie będą przeżytkiem. To jest jednak decyzja wyższej wagi. Ale ślub jako umowa cywilna z pewnością przeżywa kryzys. Dla mnie i męża tak naprawdę ślub niewiele zmienił, może poza paroma "drobiazgami". Na przykład: mąż może mnie odwiedzać w szpitalu. Kiedy jedziemy razem do hotelu, meldujemy się jako mąż i żona i nikt krzywo na nas nie patrzy. Niby nic, ale daje spokój. Podobnie jak uporządkowanie spraw majątkowych. Oboje wnieśliśmy do naszego związku wiele spraw z przeszłości, więc przed ślubem poszliśmy do notariusza, żeby to wszystko uporządkować.

Co byś zmieniła w swoim życiu, gdybyś mogła cofnąć czas w nieskończoność?

Nic.

Nie myślisz czasami, że mogłabyś zrobić coś, żeby choroba się nie uaktywniła?

Nie. Bo jeśli nie ta, to pewnie byłaby inna.

Więc naprawdę nic?

Nic. Może poza jednym. Żałuję, że spotkałam mojego męża dopiero po czterdziestce, ale w sumie nawet rozmawialiśmy o tym i stwierdziliśmy, że to może i lepiej, bo wcześniej może nie umielibyśmy tego docenić. Więc może cała frajda jest w tym, że spotkaliśmy się właśnie jako ludzie dojrzali.

Pracowałbyś mniej?

Nie. Żałuję, że nie pracowałam więcej. Szkoda na przykład, że sylwester był tylko raz w roku, a nie częściej.

Ale może jeszcze jakiś będzie…? Czy nie będzie?

Ha! W tym roku dostałam propozycję poprowadzenia sylwestra w TVN, ale konkurencyjną propozycję złożył mi mój mąż. Jak myślisz, co wybrałam? Oczywiście, wyjazd z mężem do Hiszpanii.

To może za rok…?

Może…

Albo na 60 urodziny?!

Tak! W cekinowej miniówce. Widzę to!

Dziękuję za rozmowę.