Od ilu lat pracuje pani w TVP?

Przyszłam w październiku 1995 roku i zaczęłam pracę jako asystentka wydawcy. W grudniu zarobiłam swoje pierwsze pieniądze, a podobno od tego powinno się liczyć dni, miesiące, czy lata pracy. Latem 1996 roku debiutowałam na wizji w czymś, co nazywało się SLD, czyli Słoneczne Lato Dwójki. I tak gdyby liczyć od wejścia na wizję to 22 lata, a jeśli od przekroczenia bram na Woronicza, to 23 lata z przerwami.

I jak się pani czuje z takim stażem?

Ostatnio na moim Instagramie pod jednym z postów wywiązała się dyskusja, w której jedna z pań napisała, że jak zmienię stację, to będzie mnie oglądać.

Zmieni pani?

Odpowiedziałam, że próbowałam, miałam w swoim życiu długi epizod poza TVP, ale nie umiem. To jest moje miejsce. I tak szczerze powiedziawszy nie rozumiem tych ciśnień komercyjnych, nie umiem się do nich dostosować. Ostatnio z Pawłem Lorochem, który bywa naszym gościem w "Pytaniu na śniadanie" i z którym wspólnie pracowaliśmy w TTV, stwierdziliśmy że to jest trochę tak jak z emigracją. Mieszkając we Francji, czy w Anglii przez lata, ale będąc Polakiem, słyszymy o przetasowaniach w rządzie, demonstracjach, czy skandalach obyczajowych w kraju zamieszkania. Rzadko kiedy to człowieka rusza. Ale niech tylko coś się wydarzy w ojczyźnie, od razu skacze nam ciśnienie. Bo to jest nasz kraj, nawet jeśli bywamy tam raz w roku. Mamy tak samo z mediami publicznymi. Zżymam się, gdy ktoś zarzuca mi stronniczość albo narzeka, że za mało jest tej, albo innej tematyki. Zawsze staram się zachować balans. W telewizjach komercyjnych jest to, szczerze powiedziawszy, całkowicie obojętne. Przychodzi sponsor i dyktuje warunki, albo producent ma ideę fix: ma być dużo seksu, albo krew i flaki. Nie rozumiem do końca tego terroru słupków, dyktatu firm, które sobie wpisały program tv w budżet roczny i teraz pilnują "kontentu", bo za to zapłaciły. Dla mnie to nie jest dziennikarstwo. Ja jestem ulepiona z innej gliny. Chodzi przede wszystkim o widza i mówienie mu prawdy albo milczenie, gdy ta prawda może być niszcząca, a nie wkręcanie go w fantazje działu marketingu. Służymy innym panom.

Ale nie da się ukryć, że polityka w murach TVP, zwłaszcza ostatnio, jest wszechobecna…

Kiedy było tak, że jej nie było? Ja bardzo dobrze pamiętam czas Krwawego Bobby’ego, czyli Roberta Kwiatkowskiego, czy równie krwawego Bronisława Wildsteina. Pamiętam czasy PSL-u i Ryszarda Miazka, pampersów i Wiesława Walendziaka, i ś.p. Andrzeja Urbańskiego. Każdy, kto był na tym stanowisku, próbował załatwiać swoje interesy. Na szczęście zanim kolejny prezes dotarł do studiów i redakcji, w których był robiony program, już go nie było. Albo nie miał wystarczającego zainteresowania codzienną robotą dziennikarzy, którzy nad tymi programami pracowali.

Pani telewizyjny partner Michał Olszański powiedział, że gdy ktoś pyta go, dlaczego jeszcze firmuje twarzą tę stację, odpowiada, że zna granice i wie, do którego momentu będzie to robił. A pani?

Zgadzam się z Michałem. "Pytanie na śniadanie", które prowadzimy jako para, nie jest polityczne. To jest oaza merytoryczności w TVP. Myślę, że widzowie to doceniają. Pracuję w nim od początku i widzę, że takiego sukcesu, jaki mamy teraz z Katarzyną Sroczyńską, nie mieliśmy z żadnym z szefów. Być może na samym początku, gdy "Pytanie" powstało, mieliśmy taki, jak to się mówi pik, ale wtedy nikt tego tak nie mierzył i nie brał pod uwagę. Zresztą pamiętajmy, że gwiazdy naszej konkurencji: Marcin Prokop, Dorota Wellman, Magda Mołek, Agnieszka Szulim, Piotr Kraśko i Kinga Rusin zaczynały w TVP, a niektóre także w "Pytaniu".

Poza prowadzeniem "Pytania" wciąż tłumaczy pani romanse?

Nie. To był epizod czysto zarobkowy. Bawię się za to w nauczanie. Jestem na tym etapie zawodowym, na którym wiem, że już powinnam. Wykładałam w Społecznej Akademii Nauk, a dokładnie prowadziłam warsztaty z mediów społecznościowych, choć muszę przyznać, że to nie tylko ja uczyłam, ale też wiele nauczyłam się od studentów. Teraz rozmawiam z SWPS-em w Warszawie. W przyszłym semestrze zrobimy chyba warsztat telewizyjny na dziennikarstwie. Chciałabym tam otworzyć przewód doktorski i wrócić do moich akademickich klimatów. Zajmuję się alienacją. To dosyć marksistowskie pojęcie, ale fascynuje mnie od 20 lat, a odrobina zdrowego lewactwa w naszym obecnym krajobrazie nikomu by nie zaszkodziła. Zastanawiam się tylko, czy aby wtedy nie będą mnie chcieli znowu wyrzucić, prezenterka z doktoratem? Toż to wbrew naturze! (śmiech). Przede mną długa i daleka droga, ale chyba tylko tego brakuje mi do pełnego szczęścia. Patrzę na mojego męża z zazdrością, bo Zbyszek obronił doktorat na Akademii Teatralnej, na której od 20 lat wykłada interpretację piosenki. Zawsze przychodzę na próbę generalną roku, który prowadzi i to są dla mnie niezwykłe doznania. Myślę, że na każdego zawodowca a czuję się nim w pełni, przychodzi czas, gdy powinien podzielić się tym, co wie.

Mąż panią motywował do tego?

Nie. Zbyszek to ostatnia osoba, która by popychała kogokolwiek do czegokolwiek. To raczej moja własna, osobista i przemyślana decyzja.

Czy wykładowczyni obecna w mediach społecznościowych, a także mediach plotkarskich, była tematem wykładów?

Tak, często braliśmy mnie na tapetę, jako osobę publiczną. Zawsze podczas tych warsztatów starałam się spojrzeć na siebie obiektywnie, z dystansu. Jestem w stanie ocenić moje notowania i to, jak wobec mnie postępują media. Ciągle jestem łakomym kąskiem dla kolegów i nie-kolegów, którzy nie mają nic wspólnego z dziennikarstwem, ale pracują w mediach. To jest dla mnie bardzo ciekawe socjologicznie. Umiem się już od tego dystansować emocjonalnie i obserwować własne, głównie zmyślone, przygody z tej samej perspektywy, co normalni konsumenci mediów.

Kiedy pani żałowała tego, co powiedziała?

Ja co chwila żałuję. Jestem temperamentną osobą i mam szczególną predyspozycję w kierunku mówienia prawdy, co się nigdy nie opłacało. Uważam, że trzeba demaskować tabu, obnażać stereotypy, walczyć z hipokryzją. To jest oczywiście głupie. Nina Terentiew uczyła mnie, że jeśli ktoś nie chce czegoś usłyszeć, a ja mu to powiem, to nie zjednam sobie przyjaciela, więc po co to robić. Ale ja się wolno uczę i często nie przewiduję konsekwencji dla mnie samej.

Komentarze w sieci na swój temat też pani czyta?

Tak. Wszystkie. Jestem uodporniona.

Nie wierzę, że żaden nie zabolał…

Naprawdę nie. Dosyć mocno analizuję, co się ze mną dzieje wizerunkowo w mediach, więc wiem, czego się spodziewać, wiem na czym to polega. To fascynująca obserwacja. Po charakterze komentarza potrafię rozpoznać, skąd wywodzi się jego autor. Jestem w stanie dość precyzyjnie zanalizować widownię portali plotkarskich, zarówno tych konserwatywnych, jak i tych mniej konserwatywnych (innych nie ma). Wszystko widać jak na dłoni, mimo internetowej anonimowości: płeć, wiek, sytuację społeczną, wykształcenie. A w mediach społecznościowych komentujący są jak otwarte księgi, nawet ci z fejkowymi kontami.

Analizuje pani dialekt?

Nie muszę. Wystarczy dobrze się wczytać w treść. Kraków jest bardzo antypisowski, więc czego bym nie zrobiła, nie powiedziała, to i tak będę beznadziejna, bo pracuję w instytucji powiązanej z obecną władzą. Ja jestem z Wrocławia, w którym po Rafale Dutkiewiczu, prezydentem został Jacek Sutryk. Wrocławianie są bardziej otwarci na zmiany, mobilni społecznie, bardziej doceniają trudy emigracji, ale też nie lubią TVP. I tak dalej i tak dalej.

A wracając do studentów. Jak panią odbierają? Potrafią skrytykować?

Nikt z nich nie jest w stanie wejść w moje buty. Nikt nawet nie jest w stanie wyobrazić sobie tego, przez co ja i moja rodzina przechodzimy przez ostatnie siedem lat. Patrzą na to, jak na ciekawe zjawisko socjologiczne i myślą: "Boże jej się to wszystko przydarzyło, a ona dalej chodzi, żyje i jeszcze chce o tym opowiadać, do tego wracać". Jestem pewnie źródłem ciągłego szoku dla tych młodych ludzi. Nie podziwiają mnie z pewnością, ale też nie odważyliby się na krytykę. Wiedzą, jak funkcjonowanie w showbiznesie potrafi być destrukcyjne dla bliskich. Ja sama musiałam nauczyć się radzić sobie z tą całą sytuacją, podobnie jak moja rodzina i to się udało.

To gdzie pani jest po tych siedmiu latach?

W takim momencie "constans". Dzieci mi rosną, dojrzewają. Są mądre, udało się je oddzielić od tego szumu medialnego. Tomasz radzi sobie z tym świetnie, nie ma poczucia zawstydzenia, lęku. Nic, co ludzkie nie jest mu obce, lubi fejm, chętnie czyta wszystkie artykuły. Moja córka jest subtelną artystką, śpiewającą, rysującą i w ten świat sztuki ucieka, gdy sobie z czymś nie radzi. Staram się dyskutować z nimi na nasz temat, na przyład gdy skądś płynie krytyka mojej osoby, a, jak wiemy od siedmiu lat jestem raczej negatywną bohaterką mediów. Zosia bierze dużo do siebie. A ja uważam, że powinna się częściej przełamywać, wychodzić do ludzi i walczyć z własnymi lękami. Dlatego tak mi zależało, żeby śpiewała w chórze Agaty Steczkowskiej, miała solówki, występowała przed mikrofonem. Uważam, że osobowość kształtuje się w ogniu, a nie w kokonie i pod kloszem. Tym bardziej, że ja miewam tendencje do nadopiekuńczości. Taki młody człowiek nie jest w stanie sam się odpępowić, dlatego staram się stosować wobec nich zasadę, że co nas nie zabije, to nas wzmocni.

Może Zosia odziedziczy pracownię po dziadku?

Ma problemy z matematyką, więc gdyby miała iść na architekturę, to zapewne miałaby problem z przedmiotami ścisłymi. Zobaczymy. Może będzie projektować? Na razie wybieramy szkołę średnią i być może będzie to liceum plastyczne. Chodzi teraz na zajęcia na warszawską Akademię Sztuk Pięknych i świetnie sobie tam radzi. Po kimś ten talent musi mieć. Moja była teściowa, a jej babcia, maluje piękne akwarele. Ten talent po moim tacie i po mamie Jamiego przeskoczył na kolejne pokolenie.

Pani syn ma zespół Aspergera.

Ja często mówię, za co też spłynęło na nas sporo hejtu, że to jest wyróżnienie. Podobnie mówią matki autystyków, czy dzieci z zespołem Downa. Uważam, że Tomek jest typem gościa, który ze wszystkim poradził sobie do tej pory doskonale. Jestem pełna podziwu dla niego. To nie jest moja zasługa. Urodził się i wychowuje z dużym poczuciem pewności siebie i tak wysoką samooceną, że rekompensuje mu to jakiekolwiek braki. Czasem muszę go hamować. Skończył gimnazjum, dostał się do wymarzonego liceum, dostał stypendium do USA, do bazy Amerykańskiej Marynarki Wojennej w Pensacoli, wygrał casting do serialu "Szkoła" i zagrał w nim. Ten rok był dla niego kumulacją wygranych szans. Zgarnął całą pulę, zrobił to sam, czym właściwie wprawił nas w osłupienie. Chciałabym, żeby teraz Zosia dostała takiego pozytywnego kopa od życia.

Musiała pani uczyć bliskich, co to jest ten Asperger?

Owszem. Ojciec Tomka chyba do dziś czasem nie wie, "jak to jeść". Mój ś.p. teść David, tata Jamiego, mówił zawsze, że Tomkowi w którymś momencie coś zaskoczy w mózgu i wszystko mu się otworzy. To było dziwne i chciało mu się powiedzieć, że nie będzie takiego momentu, ale z drugiej strony zastanawialiśmy się, że może rzeczywiście się tak stanie. I w pewnym sensie te słowa się sprawdziły. Tomek ostatnio czego się nie dotknie, to mu się udaje. Wie, że nie będzie dobry z biologii i na tym się nie skupia, ale jeśli go coś fascynuje, to żaden zwykły dzieciak nie jest w stanie mu dorównać. W styczniu być może wyjedzie na pół roku do amerykańskiej szkoły, co już mnie trochę przeraża. Znalazł taką organizację, jak się okazało bardzo wiarygodną, która organizuje wymiany uczniów. Łaził tam przez kilka miesięcy doprowadzając do szału panie, które przyjmowały oferty. Kiedy nas w to wtajemniczył, był na etapie aplikacji. Potem tylko ustalił między Jamiem a mną, ile to będzie kosztowało i tyle.

Ma pani w sobie obawę, "co z nim będzie jak mnie zabraknie"?

Szczerze? Mam, ale w stosunku do Zośki. Rośnie z niej nadwrażliwa, neurotyczna artystka. Nie wiem, czy sobie poradzi. Dużo będzie zależało od tego, czy znajdzie w swoim życiu fajnego partnera. Co do Tomka, nie mam żadnych obaw.

A pan Zbyszek pomaga w szlifowaniu talentu wokalnego Zosi?

Doradza obydwojgu, Tomek gra na gitarze, pianinie i perkusji i tu go wspiera, ale do śpiewania zniechęca, bo uważa, że Tomek nie ma słuchu muzycznego. Co podobno często zdarza się nawet profesjonalnym muzykom. Grają na instrumentach jak anioły, a ze śpiewem nie za bardzo im idzie. Jest przez to śpiewanie między Tomkiem a Zbyszkiem duży spór, bo Tomek stara się udowodnić, że da radę. Z kolei głosem Zosi Zbyszek jest zachwycony, tylko tak jak ja uważa, że powinna być bardziej śmiała, do przodu, nie zwracać uwagi na to, co ludzie myślą czy mówią. Uważa też, że Zosia musi jeszcze odnaleźć "swój głos", swoją muzyczną osobowość i tu znowu się zgadzam z moim mężem. Myślę że przyjdzie na to wszystko czas.

Pani dzieci szybko pogodziły się z tym, że nowy mężczyzna pojawił się u pani boku i w waszym domu?

Tak, bo też nigdy nie miały z tym większego problemu. Obydwoje przechodzili bunt, ale raczej wynikający z ich nastoletniego wieku. Teraz już powoli z niego wychodzą. Te ich konflikty narastały zarówno między nimi a Zbyszkiem, czy ich ojcem, albo mną. Klasyczna gimbaza, która wynika przecież z głębokiej nastoletniej frustracji, buzujących w głowie pytań: kim się jest i po co. Jak się pozwoli tej energii wybuchnąć w granicach rozsądku, to potem tym nastolatkom jest łatwiej w dorosłym życiu. Nie przypomina im się nagle w wieku 24 lat, że chcą objechać motocyklem świat, albo wytatuować sobie całe ciało.

Chce pani przez to powiedzieć, że rozstania i nowe relacje przebiegły w formie pokojowej?

U nas tak. Nie udało się po drugiej stronie. Ale o dzieciach Zbyszka nie mogę mówić. Mogę i zawsze mówię, że moje dzieci mają dwóch ojców. Przybyła im kolejna para oczu, która może na nie patrzeć, sugerować coś, wspierać. Nigdy nie straciły ojca, a poza tym zawsze go idealizowały. Od-zyskały go ostatnio, gdy wyszedł ze strasznej choroby, jaką jest sepsa i co można oceniać w kategoriach cudu. To chyba jedna z niewielu sytuacji, kiedy dzieci właściwie zyskały, a nie straciły na rozwodzie.

Chyba jest też pani w mniejszości tych kobiet, które pod jednym dachem potrafią przenocować obecnego i byłego męża…

To się zdarza często. Nie będziemy przecież Jamiego wysyłać do hotelu. Panowie bardzo fajnie poukładali sobie tę relację. Mają do siebie szacunek, nie są o siebie zazdrośni, nie szaleje im ego. Jednym słowem poukładało się. Znamy parę z show-biznesu, której nazwiska nie wymienię, u której te fronty wojenne otwarte są po obu stronach. Mężczyzna z przeszłością, kobieta po przejściach i nikomu tych pokojowych relacji nie udało się stworzyć. Myślę, że w takiej sytuacji dostałabym obłędu. Serio.

A był taki moment, gdy pomyślała pani, że nie da sobie z tym wszystkim rady? Gdy pojawiły się łzy?

Nie. Ja jestem twardzielką. Szybko podejmuję decyzję. Rzadko czegoś żałuję. Życie to jedno wielkie błogosławieństwo, przygoda, doznanie. Jeśli się czegoś w życiu boję, to tylko nudy. Życie z konsekwencjami własnych decyzji? Nigdy nie miałam z tym problemu.

A wyrzuty sumienia, bo "rozbiła pani rodzinę"?

Nie rozbiłam rodziny. Czy mam się powoływać na bardzo publiczny romans mojego męża z Agnieszką Glińską, na dwa lata przed naszym spotkaniem? To był pierwszy publiczny sygnał, że Zbyszek był gotowy rozstać się z żoną, mimo gigantycznych kosztów tej decyzji. Ale inne, prywatne sygnały w tej sprawie, łącznie z terapią małżeńską, to historia tych dwojga ludzi, która niech prywatną pozostanie. Wiem, że dobrze się sprawdzam jako bohaterka tekstów - czarny charakter. Jestem z dobrego domu, pracowita, z niezłym nazwiskiem. Do tego mój były mąż jest obcokrajowcem, więc się nieźle ustawiłam, prawda? Warto jednak pamiętać, że rozwód to decyzja dwójki świadomych, dorosłych ludzi, zawsze jest pół na pół, no chyba że w rodzinie jest jakaś patologia. Poza tym, tak na zdrowy rozum, jak mogłam rozbić rodzinę, w której ludzie się kochają i co niby zaproponować w zamian? Moje długi, kredyty na dom, dwójkę dzieci, czterdzieści lat na karku i tak sobie funkcjonującą karierę w mediach? A może połasiłam się na Zbyszka alimenty? Cała ta historia brzmi ciekawie, ale nie ma nic wspólnego z prawdą.

O tych kredytach i długach swego czasu było głośno. Udało się je pani spłacić?

Niektóre tak. Jestem ponadto w sporze sądowym z dwoma bankami. W sprawach alimentacyjnych ostatnio coś drgnęło po drugiej stronie. Nastąpił pewien gest. O szczegółach nie mogę mówić, więc powiem tylko, że czekaliśmy na ten gest siedem lat. Mąż zareagował entuzjastycznie. Ja jestem nieufna, bo uważam, że ludzie się nie zmieniają.

Widzi pani światełko w tunelu na porozumienie? Na stworzenie patchworkowej rodziny?

Nie. Pociąg z pakietem "żyjąca w harmonii i wzajemnym szacunku patchworkowa rodzina" już dawno odjechał. Ale być może jest szansa na normalność. Po siedmiu latach wojny to byłoby coś tak wspaniałego, że aż trudno mi to sobie wyobrazić.

Co czuje 9-latka, której mama-opozycjonistka, trafia do więzienia?

To było bardzo trudne doświadczenie. Mimo, że miałam tylko 9 lat, musiałam szybko dojrzeć. Rodzice byli już po rozwodzie. Tata mieszkał w Afryce z nową żoną, moją macochą Laurą, z którą jest do dziś. Mama wychowywała mnie i mojego ś.p. brata Filipa samotnie. Nie walczyła o alimenty, dostawała tyle, ile dostawała i jeszcze wciąż jej nie było, bo najpierw ją wsadzili, a gdy wypuścili, bo była jedynym żywicielem rodziny, to zorganizowała spotkanie Komitetu Obywatelskiego i znowu została internowana. Najpierw w Darłówku, potem do Gołdapi. To dość daleko od mojego rodzinnego Wrocławia… Spędzaliśmy Boże Narodzenie bez mamy, a potem całe wakacje. Zajmowali się nami ciotki i wujkowie, oraz nasza babcia. Internowanie nie było może dla mamy tak ciężkie, jak regularne wiezienie, ale koleżanki mamy wpadały w depresję, miały stany lękowe, traciły zęby, włosy. To były normalne kobiety, żadne rewolucjonistki. Tamten czas na pewno naznaczył nas jako rodzinę. To też był czas podejmowania szybkich decyzji, nie patrzenia w tył. Czas odwagi, prostych wyborów, "bo tak musi być, tak jest uczciwie". To były lata, które mnie uformowały, choć wtedy siedziałam tylko pod stołem, albo podsłuchiwałam pod drzwiami.

Jakie szybkie decyzje musiała podejmować mała Monika?

Odmawiać w mojej szkole pomocy finansowej, spożywczej. Tłumacząc, że nie brakuje nam jedzenia, nie ma potrzeby obdarowywania nas paczkami z szamponem z pokrzywy, czy ziemniakami, bo my tej pomocy nie potrzebowaliśmy. To był dla mnie też szybki kurs dojrzewania politycznego. To wtedy zrozumiałam, że w tamtej Polsce nie liczył się głos obywatela, że nie było wolności wyboru. Patrzyłam w okno i byłam przekonana, że zaraz nadlecą samoloty, że na ulicach pojawią się czołgi, bo tak wyobrażałam sobie stan wojenny. To także był czas weryfikacji przyjaciół mojej mamy. Część z nich okazała się ubekami, część oddawała wszystko, co mogła obcym ludziom, którzy płacili straszną cenę za mówienie prawdy.

Towarzyszył pani dziecięcy lęk?

Byłam przekonana, że mama wie, co robi. Nie bałam się ani o siebie, ani o nią. Bardziej o mojego młodszego brata. Gdy przychodził do mieszkania żołnierz z karabinem, a Filip miał 5 lat i pytał z dziecięcej ciekawości "A co to takiego?", "Mogę dotknąć?", wtedy zaczynałam się bać, że tamten młody człowiek zrobi mu krzywdę, że puszczą mu nerwy.

W kontrze do mamy opozycjonistki był tata mieszkający za granicą…

Byliśmy u niego w Nigerii dwa razy razem z moim bratem i naszym kuzynem, czyli Piotrem Kraśko. Potem tata zabrał mnie do Szwajcarii. Był tym, który pierwszy pokazał mi świat. Mama jest upartą kobietą, która wyprowadziła ojca z domu, bo uważała, że wychowuje nas nie tak jak trzeba, miała swoje pomysły, swoje racje. Teraz po latach wiem, że tata bardzo cierpiał z tego powodu. To samo widzę w Zbyszku. Jak bardzo na co dzień brakuje mu kontaktu z dziećmi. Mój ojciec nigdy naprawdę nie był moim ojcem, stał się raczej przyjacielem. Spędzaliśmy długie godziny na rozmowach. Ja sama potrzebowałam czasu, żeby przyzwyczaić się do macochy, a potem ją pokochać. To cudowna osoba, która z zasady się nie wtrąca, daje przestrzeń. Jestem jej za to wdzięczna.

Nie zżyma się pani, gdy dziś o niektórych opozycjonistach mówi się źle?

Uważam, że władza korumpuje, że tak naprawdę z polityką można mieć przygodę, ale jak się w nią wejdzie na dłużej, to ona zmienia, jest toksyczna. Kiedy dziś źle się mówi o opozycjonistach, to jest strasznie nie fair. Zwłaszcza, gdy mówi się o tych, którzy nie żyją. Ale tak jak mówię, polityka to brudna walka. Jestem na etapie oglądania amerykańskiego serialu "House of Cards" i on uświadamia, jak ten mechanizm działa. Ideowcy zostają wykluczeni z gry, choć i tak niewielu ich już zostało.

Wspomniała pani o bracie. Udało się pani pogodzić z jego śmiercią?

Nie ma takiej rzeczy, słowa, które można powiedzieć, by pogodzić się ze śmiercią bardzo bliskiej młodej osoby. Czasem sobie popłaczę, ale bardziej cierpi moja mama. Mama nigdy już nie będzie tą osobą, którą była przed odejściem Filipa. Czasem czuje się lepiej, czasem gorzej. Czasem widzę w niej pogodę ducha, ale bywają też bardzo złe chwile. Najstraszniejsze doświadczenie, jakie można przeżyć, to utrata dziecka.

Dlaczego postanowiła zmienić pani nazwisko?

Po pierwsze, dlatego, że nie do końca było moje, a mojego pierwszego męża. Stwierdziłam, że należy mu się z powrotem. Rozczaruję tych, którzy uważają, że zrobiłam to złośliwie, przeciw komuś. To była naturalna konsekwencja trudnych wyborów. Klamra, dopięcie tych decyzji, które były podjęte świadomie. Obydwoje ze Zbyszkiem byliśmy gotowi na ten trudny czas, który nadszedł. To nazwisko męża było i jest dla mnie takim falochronem. Jestem zadowolona, że się fajnie i w miarę szybko przyjęło, choć od ślubu minęło niecałe pięć lat. Pewne decyzje podejmowaliśmy równie szybko, jak ta ze zmianą nazwiska. Gdy Zbyszek powiedział mi, że będzie się rozwodził i ma się wyprowadzić, to nad tym, co powinnam robić dalej, zastanawiałam się tydzień. Potem nie było już ani jednego momentu, gdy spojrzałam w tył. We wszystkim, co robiliśmy, byliśmy konsekwentni. Pamiętam ciocię Dorotę, seniorkę w mojej rodzinie, która już nie żyje i która nie miała przekonania do tego, że jesteśmy poważną parą, że to nie kryzys wieku średniego, czy romans znudzonego męża i ojca. Kiedy udało nam się ją przekonać, że chcemy spędzić ze sobą resztę życia, byłam bardzo szczęśliwa. Potem Dorotka wspaniale traktowała Zbyszka, który przypominał jej zmarłego męża, a mojego ojca chrzestnego. Ta historia z ciocią Dorotą, pokazała nam, że zapracowaliśmy na to, aby nasza relacja była przekonująca. Uratowała nas konsekwencja, a nie myślenie: dobra jesteśmy, zobaczymy jak to będzie.

Nie kusiło panią ani trochę by mieć dwa nazwiska?

Wręcz przeciwnie, zależało mi na tym, żeby trochę tej siły odpuścić. Oddać to pole Zbyszkowi i nie być mężczyzną w tym związku. Śmialiśmy się, bo ktoś zrobił nam horoskop numerologiczny, z którego wynikało, że Richardson to ta na pierwszym planie, a Zamachowska na drugim. To ta, która przyszyje guzik, skróci rękawy u płaszcza, przypomni o torbie, gdy mąż wychodzi do pracy, a potem zrobi obiad. I tak jest. Ten związek ma zdecydowanie inny charakter, niż te, w których byłam wcześniej. Spotkaliśmy się w momencie, gdy nie musieliśmy sobie nic udowadniać. Nasze życie jest podporządkowane karierze i wyborom mojego męża.

Odchudza go pani podobno…

Notorycznie, a potem on "przytywa" mówiąc, że to moja wina, bo dobrze gotuję. Moje gderanie w tej sprawie w ogóle na niego nie działa. Obydwoje lubimy gotować, jeść i spędzać razem czas w kuchni.

Kłócicie się?

Tak. Ostatnio mniej, bo myślę, że nastąpiło dotarcie, ale był etap, gdy bardzo mocno spieraliśmy się o dzieci. Zbyszek wszedł w bardzo trudną rolę ojca nie-ojca. Musi szanować decyzje moje i mojego byłego męża, być autorytetem, czasem ingerować, a czasem nie, w to ich wychowanie. To wymaga dużej umiejętności. To ciężka praca, ale daje sobie z tym radę.

Jest coś, co panią w nim irytuje?

Nie umie odmawiać zarówno prywatnie, jak i zawodowo, co jest przez ludzi wykorzystywane. Muszę być czasem złym policjantem, który powie, że on nie pojedzie, nie zrobi, nie zgadza się, choć nie lubię tej roli. I tak mam wystarczająco czarny PR. I choć go mam to i tak jestem szczęśliwa. Mam dwójkę prawie dorosłych dzieci, których udało mi się nie zepsuć. Mam świetnego partnera, wybitnego artystę, którego też udało mi się trochę podnieść na duchu i który może się w tym naszym domu jako artysta realizować. Jestem w dobrym momencie życia. Czego chcieć więcej? No może tylko tego doktoratu (śmiech).