Naprawdę bardzo im współczuję, bardzo mi ich żal. Ale nie dlatego, że są niedocenieni, tylko dlatego, że się takiego docenienia domagają. Bo to znaczy, że chyba nie za bardzo rozumieją, komu ich ojcowska dobroć jest potrzebna. Albo traktują swoje tacierzyństwo jak ciężki obowiązek, społeczną rolę, którą muszą dobrze odegrać, choć w głębi duszy chcieliby grać rolę zupełnie inną. Słowem - nie rozumieją, że starania ojca o zbudowanie jak najlepszej relacji z dzieckiem jest czymś tak naturalnym jak oddychanie, jak prowadzenie samochodu w stanie niewskazującym na spożycie. Dlatego nie zdziwię się, jeśli niedługo ojcowie z Wysp zaczną oczekiwać nie tylko społecznego poklasku, ale wręcz przyznania Orderów Podwiązki, tytułów lordowskich czy pomników. Oczywiście z inskrypcją: "Brytyjskim ojcom za to, że w przeciwieństwie do swoich przodków zamiast przesiadywać w pubach czy wylegiwać się na kanapach pod przykryciem z gazety, poświęcają wolny czas własnym dzieciom - wdzięczni obywatele Zjednoczonego Królestwa". W kraju "Latającego Cyrku Monthy Pythona" to jest możliwe.

Polscy ojcowie są mądrzejsi

Najważniejsze jest jednak, że kiedy przeczytałem wyniki badań "Guardiana", jeszcze bardziej niż do tej pory doceniłem polskich ojców. Nie mam wątpliwości, są mądrzejsi niż Wyspiarze. Też porzucili obowiązującą jeszcze nie tak dawno rolę ojca jako tego, który ma chodzić do pracy, a po pracy wypoczywać rozparty przed telewizorem i od czasu do czasu zaprowadzać porządek przy pomocy pasa. Również wiedzą, że dziecko potrzebuje ich czasu, zainteresowania, czułości, wspólnych zabaw. Ale w przeciwieństwie do Brytyjczyków polscy młodzi ojcowie nie żądają braw za to, że wreszcie przestali popełniać kardynalne błędy powtarzane przez pokolenia mężczyzn. Nie oczekują poklasku za to, że dojrzali do normalności.

Najpierw pielucha, później męskie rozmowy

Piszę o tym z głębokim przekonaniem, bo sam od dwóch lat jestem ojcem. Kiedy Wituś się urodził i, co tu dużo mówić, wywrócił mój dotychczasowy ład do góry nogami, z przerażeniem w oczach pytałem siebie, co mam zrobić, żeby go dobrze wychować. Jak go uchronić przed złem, jak i kiedy odbyć męskie rozmowy, jak mu wpoić najważniejsze wartości, żeby nie zszedł nigdy na złą drogę. Odpowiedź na te pytania przyniosło wspomnienie własnego dzieciństwa. Brzmiała dość brutalnie: nie będzie męskich rozmów, ojcowsko-synowskich wypadów, jeśli teraz, natychmiast nie zabierzesz się za zmienianie Witusiowi pieluchy. Piętnastoletni Witold nie będzie chciał słuchać twojego trucia, jeśli dopiero co narodzonemu Witusiowi nie opowiesz bajki. Kiedy to zrozumiałem, perspektywa czekających mnie jako ojca zadań, wyzwań i obowiązków wydała się łatwa.

Książeczka o Bobie zamiast wypadu na piwo

Łatwo oczywiście nie było, nie jest i nie będzie. Wie to każdy facet, który choć raz stoczył walkę z wypełnioną po brzegi pieluchą. Wie to każdy facet, który pochłonięty oglądaniem jak Ebi Smolarek szykuje się do pogrążenia Portugalczyków, słyszy nagle za plecami "Tatuś pocyta ksionzecke. O Bobie (Budowniczym) i o koparce tatuś pocyta". Wie to każdy facet, który zrezygnował z męskich rozmów przy piwie, żeby maluchowi opowiadać o coraz to nowych wyczynach wymyślonego przez siebie smoka Jeziorka. Ja to wiem i wiem też, że rezygnacja z oglądania meczów czy wypadów na piwo przychodzi z niespodziewaną łatwością. Dlatego że jest to normalne, naturalne. A do tego przyjemne. Nie pamiętam, żeby jakiekolwiek spotkanie z przyjaciółmi, jakikolwiek mecz, koncert, podróż sprawiło mi taką przyjemność, jaką sprawia mi co dzień widok syna biegnącego na złamanie karku do drzwi z okrzykiem "tatuś wrócił". Jak się dostaje coś takiego, i to co wieczór, to wszelkie opinie z zewnątrz nie mają już żadnego znaczenia. Skłamałbym, gdybym powiedział, że słowa uznania nie są miłe. Są. Czuję się mile połechtany, kiedy żona mówi, że jestem świetnym ojcem, że bardzo jej pomagam. Ale naprawdę rzetelna, wiarygodna i miarodajna może być tylko opinia, którą wystawi mi mój syn.

Rozwój to podstawa

Zamiast więc czekać na poklask, szykuję się do nowych wyzwań, przed którymi Wituś mnie postawi. Dziś wystarcza mu, że umiem go wykąpać, poczytać i odróżniam koparkę od spychacza i dźwigu. Ale ani się obejrzę, a poprosi mnie, żebym wyjaśnił, jak to się dzieje, że koparka jeździ, że żarówka świeci, że Ziemia się kręci. Dlatego, wzorem klasyka, "dużo czytam, odświeżam umysł", a dzięki temu w chwili, gdy zostanę zasypany setką szczegółowych pytań rozpoczynających się sakramentalnym "a dlaczego" - będę - cytując klasyka - ostry jak brzytwa.

Ojciec z wózkiem to normalka

A od społeczeństwa oczekuję tylko jednego. Żeby uznawało moje bycie przy boku dziecka za rzecz normalną. Jeszcze parę lat temu tak nie było. Pamiętam z dzieciństwa, że kiedy w kolejce oczekujących do lekarza matek z dziećmi pojawiał się nagle jakiś ojciec, wszyscy patrzyli na niego jak na przybysza z Marsa. A w powietrzu wisiało pytanie: czy temu biednemu dziecku zmarła mama, skoro przychodzi z nim ojciec? Dziś takich reakcji już nie ma, bo ojcowie spacerujący z wózkami to widok niemal powszechny.

Żeby syn mi się zwierzał...

W głębi serca oczekuję też czegoś od syna. Do końca życia będę pamiętał upokorzenie, które przeżyłem w podstawówce na jednej z lekcji geografii. Zamiast słuchać wywodu o lodowcach, pochłonięty byłem pokazywaniem koledze mojej kolekcji znaczków. To pasjonujące zajęcie przerwała nauczycielka. Zabrała mój klaser, schowała do szuflady i zapowiedziała, że odda mi go na koniec roku. Do domu wróciłem struty. Do późnej nocy czekałem, aż mama będzie wolna, żeby jej o tym powiedzieć i zrzucić ciężar z serca. Czekałem na nią do nocy, choć od trzeciej po południu w domu był już ojciec. Ale z nim o tym porozmawiać nie mogłem. Bo wiedziałem, że nie będzie moim problemem zainteresowany.
Mam nadzieję, że jeśli mojemu synowi zdarzy się kiedykolwiek podobna sytuacja, nie będzie czekał, by o tym powiedzieć, aż wróci mama. Jeśli uzna, że każdy taki dziecięcy ciężar może równie dobrze zrzucić na moje barki, będę wiedział, że jestem najlepszym ojcem na świecie. I żadne inne słowa uznania nie będą się dla mnie liczyć.