Rodzice w Polsce wydają się dzisiaj w relacjach ze swoimi dziećmi kierować żelazną zasadą: możecie wybrać każdy zawód, pod warunkiem że my się na to zgodzimy. Koniec kropka. Żadnych ustępstw, żadnych dyskusji. Starsi nie tylko wiedzą lepiej od dzieci, co je interesuje, lecz także wiedzą wszystko najlepiej.

Meblujemy życie naszym dzieciom nie według ich predyspozycji, potrzeb i zainteresowań, ale według własnych, niespełnionych z wielu powodów ambicji. Kto chciał być kiedyś lekarzem, ale mu nie wyszło, chce za wszelką cenę na medycynę wypchnąć potomka. Komu śniło się budowanie mostów, wytyczanie linii kolejowych, projektowanie wielkich dzielnic mieszkaniowych, żąda od własnych dzieci, aby zasiliły szeregi studentów politechniki. Kto marzył, by być piłkarzem, da się pociąć, by mieć w domu małego mistrza futbolu.

– Mnie nie było dane w dzieciństwie zrealizować zbyt wielu marzeń ze względu na czasy, w których się urodziłam. Połowa lat 70., potem stan wojenny, rodzice w opozycji. Jakie ja mogłam rozwijać talenty? Chyba tylko gubienia esbeckiego ogona – śmieje się 37-letnia Karina, właścicielka firmy, mama 11-latka i 7-latki. – Dlatego moje dzieci muszą mieć wszystko, co tylko znajdzie się w moim zasięgu. Na szczęście to wcale nie mało. Tak jak mnie brakowało wszystkiego, tak im nie może zabraknąć niczego. Dlatego chodzą do prywatnej szkoły, mają zagranicznych nauczycieli języków, przedsiębiorczości, prawa. Wiem, że są dziećmi, ale dzieci tak szybko rosną. Chcę im dać kapitał, jakiego sama nie dostałam.

Lekarz, dentysta, weterynarz

Rodzice za punkt honoru najczęściej stawiają sobie wykształcenie synów i córek w taki sposób, aby wykonywały następujące zawody: lekarz, prawnik, inżynier albo nauczyciel – ustalił to niedawno Instytut Badań Edukacyjnych, wyspecjalizowana rządowa agenda zajmująca się m.in. monitorowaniem społecznego postrzegania edukacji jako systemu. Preferencje rodziców najsilniej różnicuje płeć dziecka. Tradycyjnie przyszłość dziewczynek upatruje się w zawodach medycznych i nauczycielskich, chłopców w zawodach politechnicznych, ale także łączących się z wysokim prestiżem społecznym, np. prawniczych. Występuje także zróżnicowanie ze względu na wykształcenie rodziców i miejsce zamieszkania. Osoby z wyższym wykształceniem mieszkające w miastach częściej dążą do tego, aby ich latorośle wykonywały zawody wymagające wysokich kwalifikacji i wykształcenia. I tylko one, choć wcale nie często, pozostawiają pewien margines swobody swojemu potomstwu. Biorą pod uwagę nie tylko własne oczekiwania w stosunku do dzieci, lecz także ich osobiste predyspozycje.

To jednak wyjątek potwierdzający, że rodzice z pozostałych grup społecznych nie przejmują się sygnałami wysyłanymi przez młodsze pokolenie, tłumacząc to, że odbierają im swobodę w wyborze ścieżki kariery, infantylizmem wynikającym z wieku potomków. Rodziny z niższym wykształceniem mieszkające na wsi chcą, żeby dzieci wykonywały zawody nauczycielskie oraz profesje wymagające niższych kwalifikacji niż te, które dla swoich potomków wybierają osoby lepiej wykształcone. Sprzeciwu w ogóle nie biorą pod uwagę. – To zwyczajne leczenie frustracji. Przez to dzieci od małego bywają nieszczęśliwe, bo realizują ambicje rodziców, a nie własne. To nigdy nie prowadzi do niczego dobrego – ocenia Sławomir Broniarz, prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego.

Jak pokazują badania dotyczące aspiracji edukacyjnych, rodzice dość wcześnie myślą o przyszłości dziecka. Równie wcześnie mają wyobrażenia dotyczące zawodów, które ich latorośle mogą wykonywać. Aspiracje i oczekiwania rodziców mogą mieć wpływ na aspiracje dzieci. Zarówno pozytywny, jak i negatywny.

Największa grupa rodziców – ponad 25 proc., czyli co czwarty mający dziecko w III klasie szkoły podstawowej (ich dotyczyły badania) – jednoznacznie uznaje, że optymalnym wyborem dla ich potomka będzie zawód medyczny – przede wszystkim lekarz, ewentualnie dentysta, od biedy weterynarz. Niemal 18 proc. wskazuje zawody lub stanowiska wymagające kwalifikacji (ekonomiści, prawnicy, zawody twórcze, dyrektorzy). Tylko o 2 pkt proc. niższym zainteresowaniem cieszą się zajęcia, w których potrzebna jest wiedza ścisła – inżynierowie, architekci, projektanci, informatycy (programiści). Co dziesiąty rodzic 10-latka widziałby go w szkole także po studiach – na stanowisku nauczyciela.

Umeblować życie

Czyli wszystko jasne. Wiemy, co nasze dzieci potrafią (bo kto może to wiedzieć lepiej od rodziców), widzimy, jak się rozwijają, czym interesują się bardziej, czym mniej, czy mają umiejętności, które pozwalają im wyróżniać się na tle grupy rówieśniczej, predestynują do określonych postaw, także zawodowych, w przyszłości. To jednak tylko teoria, bo zdaniem specjalistów w wielu przypadkach nawet kiedy młody człowiek przystępuje już do matury, nie jest w pełni możliwe kompleksowe określenie jego umiejętności, szczególnie tych, które pozwolą mu zrealizować się w określonym zawodzie. A co dopiero w III klasie, osiem lat przed egzaminem dojrzałości.

Dlatego jedynie 11 proc. rodziców, którzy z decydowaniem, co dobre, a co złe dla ich dziecka z punktu widzenia kariery, chce czekać na indywidualne decyzje samego zainteresowanego. To w opinii ekspertów nie tylko słaby, lecz także niepokojący wynik. – Apogeum pozbawiania dzieci jakiejkolwiek decyzyjności chyba już w Polsce za nami, bo dzisiaj rodzice zdają się znacznie bardziej świadomi nieracjonalności takiej postawy. W związku z tym raczej dbają o wszechstronny rozwój dziecka, niż próbują je wbić w jakiś konkretny garnitur – ocenia Małgorzata Rymaszewska, psycholog i psychoterapeutka z Gabinetu Psychologiczno-Pedagogicznego „Rodzice i Dzieci”.

Nieracjonalność powszechnego meblowania życia naszym potomkom, jak przekonują fachowcy, wynika przede wszystkim z tego, że wyjątkowo trudno jest dzisiaj przewidzieć, jakie zawody będą prestiżowe czy intratne za 20–30 lat. O wielu z nich nie mamy teraz nawet pojęcia, zaistnieją bowiem dopiero za jakiś czas, popularne będą jeszcze później. Ponadto, jak wskazuje wiele edukacyjnych analiz, także zagranicznych, to raczej zdolność do sprawnego przekwalifikowywania się i przetwarzania szerokiej wiedzy będzie w cenie, a nie umiejętność zdania celująco egzaminów na danym, wymarzonym przez rodziców czy dziecko kierunku. Tym bardziej że dzisiejszy uczeń podstawówki, aby zawodowo i finansowo rozwijać się w dorosłym życiu, będzie zmuszony do zmiany zawodu lub zajęcia co najmniej pięć, a może nawet osiem razy od chwili podpisania pierwszej umowy o pracę do emerytury. Oczywiście taki kalejdoskop nie będzie dotyczył każdego pracownika, ale stanie się zjawiskiem znacznie bardziej naturalnym niż dzisiaj.

– Rodzice zdają sobie często sprawę z tego, że zmuszanie dziecka do znienawidzonych treningów tenisa czy ćwiczenia gam jest świetnym polem do okazania przez nastolatka buntu, a tego najbardziej się boją. Dlatego, przynajmniej na poziomie deklaracji, istotne staje się kształtowanie indywidualnego rozwoju dziecka, poznawanie przez nie własnych potrzeb, talentów, możliwości i ograniczeń – dodaje Małgorzata Rymaszewska.

Ale Sławomir Broniarz, szef ZNP, dostrzega również tendencję odwrotną. – Wielokrotnie widziałem mądre dzieci, które rozmijały się z określonymi talentami, ale rodzice z wielkim uporem je do tych zajęć popychali. Szkoda na takie rzeczy nerwów dziecka, szkoda czasu i zdrowia rodziców. Nie każdy musi grać na wiolonczeli, nie każdy będzie genialnym lekarzem, prawnikiem, tenisistą albo piłkarzem. Dobrzy rodzice powinni chronić dzieci nie tylko przed zewnętrznymi zagrożeniami, ale także przed spiralą własnych, nie zawsze potrzebnych ambicji – tłumaczy.

O ile w szkole podstawowej dochodzi do ingerencji w zawodowe predyspozycje dzieci w co trzecim przypadku, to o znacznie większym wpływie rodziców można mówić na późniejszych etapach edukacji – w gimnazjum i w liceum. – Kiedyś istniał niemal przymus zostania baletnicą, pianistką, lekarzem czy przejęcia rodzinnej apteki albo zakładu rzemieślniczego. Jeśli obserwujemy takie postawy dzisiaj, to wskazują one na trudności w psychicznym odseparowaniu się rodzica od dziecka i zaznaczenia odrębności. Co nie znaczy, że nie zdarzy się młody człowiek spełniony dzięki kontynuacji rodzinnych tradycji biznesowych czy zostający wymarzonym przez mamę inżynierem, ale pod warunkiem że był to jego wybór, podparty własnymi zainteresowaniami i predyspozycjami – przypomina Małgorzata Rymaszewska.

Materiał trudny do obróbki

Pozostawienie dziecku wolnego wyboru przyszłości zawodowej w żadnej grupie rodziców (typowanych na podstawie wykształcenia) nie przekracza 20 proc. Najwyższa tolerancja dla potrzeb i odczuwanych przez synów i córki predyspozycji funkcjonuje wśród osób legitymujących się wyższym wykształceniem (18,5 proc.), potem średnim (12,4 proc.) i na końcu podstawowym (5,3 proc.). Równocześnie kategoria zawodu dla dziecka „lekarze, dentyści, weterynarze” we wszystkich grupach zyskuje największą popularność. Wśród najlepiej wykształconych takie zajęcie popiera ponad 31 proc., wśród osób z maturą – 24,3 proc., wśród najsłabiej wyedukowanych rodziców – 22,8 proc. Z drugiej strony jedynie dla rodziców z wykształceniem podstawowym lub zasadniczym szczytem marzeń byłoby, gdyby ich dziecko zostało w przyszłości nauczycielem. Tylko 4 proc. rodziców po studiach widzi w wyborze zawodu pedagogicznego dużą szansę dla swojego dziecka, zamierza też je w kierunku takiej profesji popychać. Ta tendencja odwzorowuje siłą rzeczy społeczne postrzeganie zawodu nauczyciela. Im niższy poziom edukacji rodzica, tym wyższy szacunek dla osób uczących jego dzieci. I odwrotnie, im większa wiedza i szerszy światopogląd rodzica, tym mniejsza estyma dla osiągnięć szkolnych pedagogów.

Nietrudno również domyślić się, że aspiracje zawodowe są zróżnicowane środowiskowo. Mieszkańcy miast częściej pragną dla swoich latorośli zawodów technicznych i lekarskich, częściej też pozostawiają dziecku decyzję o wyborze profesji. Mieszkańcy wsi zdecydowanie woleliby, aby dzieci pracowały w szkole lub poświęciły się zawodom biurowym i niewymagającym wysokich kwalifikacji, w tym działalności w sektorze usług i pracom fizycznym. Co po raz kolejny potwierdza starą prawdę, że dzieci żyjące w miastach mają z jednej strony łatwiej, bo rodzice starają się stwarzać im dobre warunki do edukacji, ale z drugiej strony trudniej, bo i oczekiwania co do ich zawodowej przyszłości są na znacznie wyższym poziomie.

Teoretycznie wiemy, co dla naszych dzieci dobre i jak należy kształtować ich przyszłość, aby miały w życiu lekko, łatwo i przyjemnie, ale jest to wiedza w wielu wypadkach oparta na pytaniu: „Jak było w szkole”, i odpowiedzi: „Dobrze”. Autorzy raportu IBE Waldemar Kozłowski i Ewa Matczak ustalili bowiem, że o ile 80 proc. rodziców deklaruje, że regularnie rozmawia z dzieckiem nie tylko o jego uczuciach i potrzebach, lecz także o jego zawodowej przyszłości (16 proc. takich rozmów w ogóle nie podejmuje), o tyle skuteczność tych rozmów jest co najmniej dyskusyjna. Bierze się to z tego, że wspomniana regularność, tak jak i realna znajomość potrzeb i talentów dziecka, jest mocno zmitologizowana. Ponad połowa rodziców deklarujących prowadzenie rozmów przyznaje, że robi to zaledwie kilka razy w roku lub rzadziej. Tylko 7 proc. rozmawia z dziećmi o ich przyszłości naprawdę często, tj. kilka razy w tygodniu. Na czym zatem opieramy przekonanie o tym, co dla naszego dziecka najlepsze? Na własnym oglądzie świata i własnej ocenie tego, co zawodowo dobre, a co nie.

– Warto zdawać sobie sprawę, że przysposabiając najmłodszych do globalnego wyścigu, sami skutecznie napędzamy chore, rywalizacyjne mechanizmy. Ich opłakane skutki psychospołeczne możemy obserwować na co dzień. Sytuacja na rynku pracy od lat nie nastraja optymistycznie i próby uniwersalnego wyposażenia dzieci we wszelkie niezbędne umiejętności są zapewne wyrazem naszych wspólnych obaw – wyjaśnia Wojciech Imielski, psycholog i psychoterapeuta, autor strategii rozwoju osobistego. – Rodzi to bardzo niepokojący trend. Dzieci bywają przeciążone najróżniejszymi, często kompletnie bezsensownymi obowiązkami. Zajęcia pozalekcyjne obejmują dwa języki obce, pływanie, karate, szachy i rysunek, często zupełnie niezależnie od ujawnianych uzdolnień, zainteresowań i możliwości. Znam kilka smutnych przypadków, w których stawanie na wysokości rodzicielskich roszczeń odebrało dziecku dzieciństwo. Jednak trudno dziwić się osobom usiłującym umożliwić potomstwu jak najlepszy start w dorosłe życie.

W połowie czerwca polski oddział Hewlett Packard ujawnił badania, które potwierdzają zasadnicze zainteresowanie rodziców zawodami takimi jak prawnik i lekarz, ale przynajmniej na poziomie deklaracji można zauważyć wstępne oznaki odwilży. Wciąż, głównie ze względu na wysokość potencjalnych zarobków i łączącą się z tym jakość życia, chcemy mieć ostateczny wpływ na zawodowe wybory syna czy córki (o ile jest to w pewnym wieku w ogóle możliwe), ale wreszcie zaczęliśmy zauważać, że dziecko to nie projekt, nie da się wyliczyć w Exelu korzyści i strat wynikających z jego uzdolnień lub ich braku. Lepiej po prostu w nie uwierzyć i dać mu szansę, by zdając sobie sprawę z odpowiedzialności, jaka na nim spocznie, samo postarało się iść swoją drogą.

– Nie widziałem jeszcze, by komuś udało się wychować dzieci tak, jak by sobie życzył, bo to z natury krnąbrny i niewdzięczny materiał do obróbki. Z perspektywy trudnych, życiowych doświadczeń rodzice mają świadomość zjawisk i zagrożeń, z których młodzież często zupełnie nie zdaje sobie sprawy. Natrętne, uprzykrzone próby układania dziecku życia z pewnością nie są jednak wskazane, bo ostateczny efekt może być odwrotny do zamierzonego. Bunt jest istotą dojrzewania, samodzielności nie da się przecenić, a dowolność podejmowania wyborów sprzyja lubianej przez ewolucję szerokiej różnorodności. Własny rozbity nos bywa ponadto najlepszym nauczycielem – dodaje Wojciech Imielski.

Dlatego pozwólmy czasem dziecku rozbić nos. Wtedy samo zrozumie, że rodzice nie chcą źle. I że zwykle mają rację.

O artykule w audycji „Uważam ZET” porozmawiają Damian Michałowski i Michał Korościel. Słuchaj w piątek od godz. 16.00 w Radiu ZET