"Gdzież są kobiety, które przejęły pałeczkę z rąk Barbary Castle i Shirley Williams (płomienne oratorki Partii Pracy z lat 60. i 70. zasiadające w rządach Harolda Wilsona i Jamesa Callaghana) czy Margaret Thatcher (konserwatywna premier z lat 1979-90)?" - pyta publicystka dziennika Suzy Jagger. I odpowiada sama sobie: "Nie są zapaśniczkami wagi ciężkiej na ławach rządowych, ani nie są źródłem fermentu na ławach opozycji".

"Czy Caroline Flint (minister ds. europejskich w latach 2008-09, ustąpiła z rządu skarżąc się, że premier Gordon Brown traktuje ją jak <dekorację>) i Theresa Villers (konserwatywna posłanka, której wytknięto nadużycia parlamentarnego systemu refundacji), to spadkobierczynie lady Thatcher? I na czym to niby ma polegać <wybitny wkład> do życia publicznego, który Gordon Brown przypisał Hazel Blears (byłej minister w jego rządzie, także oskarżonej o nadużycia systemu refundacji)?" - dodaje publicystka.

"Przyglądając się dokonaniom kobiet w Izbie Gmin trudno nie zgodzić się z opinią, iż kobiety takie, jak Ruth Kelly, Jacqui Smith i Estelle Morris (sprawujące funkcje ministerialne w rządach Tony'ego Blaira i Gordona Browna) zostały wyniesione o wiele za wysoko w stosunku do ich możliwości i spektakularnie zawiodły" - zaznacza Jagger.

Możliwym wyjątkiem od tej prawidłowości są Margaret Beckett, "sprytna, doświadczona i bardzo kompetentna mówczyni", ale w wieku 67 lat bliska stanu spoczynku oraz Harriet Harman, konsekwentnie forsująca feministyczną agendę, choć wobec niej zdania są podzielone.

Według Jagger, kobietom jako grupie trzeba oddać to, że wprowadziły do głównego nurtu życia politycznego kwestie takie jak wynagrodzenie za urlop macierzyński i elastyczne godziny pracy, ale "deprymujące jest to, iż kobiety-posłanki wydają się błyszczeć tylko wówczas, gdy zależy im na przyjęciu kwestii ważnych z punktu widzenia ich płci".

Analizując powody, dla których parlament nie przyciąga dużego kalibru kobiet-kandydatek, autorka wskazuje, iż mają one do wyboru atrakcyjniejsze alternatywy w administracji, przemyśle i innych sektorach gospodarki, "nie narażające ich na wścibskie zainteresowania prasy, naciski ze strony szefów klubów parlamentarnych i konfrontację z wybujałą miłością własną mężczyzn w rządowych ławach".

Zdaniem Jagger, kobietom bliższe jest mniej konfrontacyjne podejście do życia politycznego, którego sednem jest pognębienie politycznego przeciwnika. Wolą one podejście bardziej pojednawcze i szukanie wspólnej płaszczyzny porozumienia. Innym powodem, dla którego kobietom mniej odpowiada nerwowe życie parlamentarne jest to, że nie zawsze udaje im się pogodzić je z wymogami życia rodzinnego. Przykładem jest ściągnięcie baronessy Hayman na głosowanie w Izbie Lordów tuż po porodzie.

Kobiety-parlamentarzystki potrzebują więcej czasu niż mężczyźni na to, by w Izbie Gmin mocno stanąć na nogi. Na przykład Margaret Thatcher w latach 70. nie zrobiła na nikim większego wrażenia. Tajemnicą jej wielkiej politycznej kariery były powiązania z Keithem Josephem, szarą eminencją Partii Konserwatywnej i jej politycznym mentorem - cytuje autorka jedną z parlamentarnych opinii.

W najbliższych wyborach obie główne partie polityczne Wielkiej Brytanii mają w niektórych okręgach wystawić listy kandydatów, na których będą figurować tylko kobiety. Praktykę tę uznaje się za kontrowersyjną, zwłaszcza w Partii Konserwatywnej.