Już w drodze na imprezę pojawił się pierwszy znak, że nie powinnam tam jechać. W autobusie porwały mi się rajstopy. Potem nastąpiła seria wydarzeń doszczętnie rujnujących mój humor. Mój prezent - wazon - nie zrobił wrażenia na gospodarzach, a jakiś palant wylał na mnie pół butelki czerwonego wina. Wyglądałam i czułam się jak piętnaste dziecko stróża przy tych wszystkich eleganckich i szykownych pannach. Marzyłam o tym, by utopić smutki w alkoholu. Ale oczywiście mi nie wolno. Pomyślałam, że może w takim razie znajdę pocieszenie w ramionach przystojnego nieznajomego, który, jak mi się wydawało, rzucał na mnie co chwilę ukradkowe spojrzenia. Podeszłam więc i zagadnęłam do niego. Uśmiechnął się zdawkowo. Zaczęłam więc opowiadać przezabawną historię, jak to poznałam gospodarzy. Ten jednak przerwał mi po kilku zdaniach i popędził do jakiegoś wychudzonego rudzielca z wielkim dekoltem. Wróciłam do domu około 3 nad ranem zdołowana. Chciałam zasnąć i obudzić się w lepszym nastroju. Sąsiad jednak postanowił zniweczyć moje plany i z samego rana zapuścił na cały regulator polski hip hop. Co za oszołom!!! Przedwczoraj katował mnie jakąś arią operową. Wstałam, miotając przekleństwa, a zza ściany Kaliber 44 ryczał: "Codziennie o tej porze wożę się po mieście…" . W szlafroku i z resztkami wczorajszego makijażu na twarzy wypadłam na korytarz. Trochę to trwało, zanim się dostukałam, bo Kaliber kontynuował wątek wożenia się po mieście na pełnym regulatorze. Zanim otworzyły się drzwi, zdałam sobie sprawę, że nawet nie wiem, jak wygląda ten sąsiad. Wprowadził się jakoś niedawno. Zdziwiłam się bardzo, bo koleś, którego zamierzałam zmieszać z błotem, miał całkiem miły wygląd. Mimo to nawrzeszczałam na niego. Skubaniec był tak cholernie uprzejmy, że już mnie zaczynają dręczyć wyrzuty sumienia...

Ewa Rybitwa