Koleżankę z pracy odwiedził dziś na chwilę mąż z ich 5-letnią córeczką. Koleżanka bywa zołzą, ale dziecko ma przecudne. Mała od razu przymaszerowała do mnie i zapytała, czy jej Barbie może przez chwilę posiedzieć przy moim biurku. Pokłóciła się bowiem z Kenem i teraz musi poczekać, aż ten przyjedzie ją przeprosić. Dzieciaki są niesamowite, zaskakują na każdym kroku. Chciałabym mieć już swoje. Ale ciąża najprawdopodobniej zaprzepaściłaby całą dietę. Dlatego jeszcze nieprędko. Zresztą z kim niby miałabym mieć to dziecko? Franek odpada. Świetny z niego kumpel, ale wyraźnie między nami nie iskrzy. Jednak bardzo mnie dopinguje w moim odchudzaniu. Zaproponował nawet, że zamiast do kina na kiepskie filmy możemy pójść czasem pobiegać. Jak Boga kocham, skorzystam z tej propozycji. Wytrzymałam już ponad miesiąc, schudłam ponad 10 kg i na tym nie poprzestanę. Gdy wreszcie stanę się chudą laseczką noszącą XS, nie będę się mogła opędzić od tłumu adoratorów, potencjalnych ojców Natalki albo Piotrusia... Dziś idę na parapetówę do znajomych, na szczęście jeszcze niedzieciatych. Mam więc nadzieję, że nic mi nie będzie przypominało o tym, że mój zegar biologiczny tyka, i będę się tam świetnie bawiła.

Ewa Rybitwa