Wręcz przeciwnie, odrzucił moją szczodrą ofertę. Powiedział: "nie" (śmiech).
Twierdził, że codzienny, zaplanowany wcześniej seks będzie zupełnie odarty z romantyzmu. Pytał: co będzie, jeśli któreś z nas zachoruje? Albo gdy wyjedzie w podróż? I co się stanie, gdy
po prostu nie będziemy mieć ochoty na uprawianie miłości? Na koniec dodał, że nie chce ode mnie takiej ofiary i wyszedł z domu.
Do pewnego stopnia tak. Byliśmy wtedy małżeństwem już od ośmiu lat, z dwójką dzieci, oboje pracowaliśmy zawodowo. Brad był szalenie zajęty zarabianiem pieniędzy, a ja po pracy
pilnowałam, by dzieci odrobiły lekcje, udzielałam się w kościelnej organizacji charytatywnej i miałam masę innych zajęć. Seks był tylko niezbyt ważnym dodatkiem do tego wszystkiego. Powiem
szczerze, codziennie wieczorem myślałam: może jeszcze dziś mi się uda zasnąć spokojnie, może Brad nie będzie chciał się kochać? Mąż z kolei ciągle się dopytał ironicznie, czy w tym
miesiącu w ogóle go do siebie dopuszczę. Wprawiał mnie tym w okropne poczucie winy, bo wiecznie zastanawiałam się, kiedy wreszcie znajdę czas i ochotę na kochanie się z własnym mężem.
Powoli docierało do mnie, że powinnam być, hm... nieco aktywniejsza w tej sferze życia. Uświadomiłam sobie, że to my, kobiety, decydujemy, czy łaskawie zgodzimy się na seks dziś wieczorem,
czy może raczej go odłożymy na bliżej nieokreśloną przyszłość. Mężczyźni zawsze są gotowi do seksu, nigdy nie odmawiają. Akurat w tym czasie intensywnie myślałam, co mogłabym dać
Bradowi z okazji 40. urodzin. Jeden z naszych przyjaciół kupił żonie piękny nowy samochód, inny zabrał swoją na egzotyczną wycieczkę. A ja wiedziałam, że nie stać mnie na taką
hojność, że nie mam na to pieniędzy. A poza tym chciałam wymyślić prezent, który miałby jakieś głębsze znaczenie. Akurat wtedy na spotkaniach kółka biblijnego rozważaliśmy list św.
Pawła do Galacjan, gdzie w piątym rozdziale jest zdanie: "Owocem zaś Ducha są: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność". Pomyślałam, że
powinnam te wartości wnieść do mojego związku, by uczynić go pełniejszym. I wtedy przyszedł mi do głowy seks. Chciałam udowodnić, że to dla mnie bardzo istotną część małżeństwa. Tak
ważna, że od tej pory znajdzie się na szczycie mojej listy priorytetów.
To trwało dość długo, bo musiałam najpierw zgromadzić sensowne argumenty. Przede wszystkim kombinowałam, czy rzeczywiście uda nam się wygospodarować codziennie czas na kochanie się.
Doszłam do wniosku, że to da się zrobić i po kilku dniach wróciłam do męża z konkretnym planem. Jednym z jego najważniejszych punktów było założenie, że każda strona ma prawo odmówić
stosunku. Ale były też różne praktyczne rozwiązania, np. że w czasie, gdy będziemy się kochać, trzeba umówić do dzieci opiekunkę albo poprosić o pomoc teściową. No i oczywiście była
klauzula, że nie oglądamy w tym czasie telewizji, nie odbieramy e-maili ani telefonów. Przedstawiłam to wszystko Bradowi i zapytałam, czy teraz przyjmie moją ofertę. A on tylko się
roześmiał się i powiedział: dlaczego nie?
Małe sprostowanie: nie robiliśmy tego codziennie, przez 365 dni w roku. Nie uprawialiśmy seksu, gdy mój mąż podróżował służbowo ani wtedy, gdy jedno z nas chorowało lub miało ból
głowy. Kiedy to wszystko podliczyliśmy, okazało się, że średnio kochaliśmy się 28 razy w miesiącu, przez cały rok. Wiem, że tytuł mojej książki jest mylący, ale to sprawka speców od
reklamy.
Opowiedziałam o naszym eksperymencie kilku najbliższym przyjaciółkom, ale nie od razu, tylko dopiero po kilku miesiącach. Były dość zaszokowane i chyba uważały, że zwariowałam. Jedna z
nich poprosiła: "Cokolwiek robisz, nie mów o tym mojemu mężowi, bo jeszcze mu przyjdzie coś głupiego do głowy" (śmiech). Inna zapytała, czy przechodzę kryzys wieku
średniego, skoro mam takie dziwne pomysły, a jeszcze inna wprost oświadczyła, że musiałam być pijana, kiedy wymyśliłam coś tak dziwnego.
Oczywiście. Ciągle dopytywały się, jak nam idzie. Pamiętam, pewnego wieczoru siedziałyśmy razem we włoskiej restauracji, przejedzone, lekko pijane po kilku butelkach wina. I nagle któraś z
nich powiedziała, że bardzo mi współczuje, że po powrocie do domu, zamiast zasiąść wygodnie przed telewizorem, będę musiała uprawiać seks. Wtedy wyjaśniłam, że mam to już z głowy, bo
zamówiliśmy opiekunkę do dzieci i zrobiliśmy tzw. szybki numerek. Były strasznie podekscytowane i chciały wiedzieć więcej. A szczególnie interesowało je, jak planujemy codzienną dawkę
seksu.
Zwyczajnie. Zawsze na początku tygodnia siadaliśmy razem z Bradem przy kuchennym stole, wyciągaliśmy kalendarze i zastanawialiśmy się, gdzie w naszych zapchanych grafikach znaleźć choćby
pół godziny na stosunek. Zazwyczaj umawialiśmy się na wieczór, ale jeśli któreś z nas miało w tym czasie jakieś spotkania czy służbowe obowiązki, to szukaliśmy innych wolnych chwil w
ciągu dnia. Problemem były oczywiście wizyty rodziny, bo wtedy po całym domu kręciły się tabuny płaczących i krzyczących dzieci, ale radziliśmy sobie, zamykając się na chwilę w pokoju
albo w łazience.
Rzeczywiście, czasami było trudno. Pewnego dnia kochaliśmy się, a Brad nagle powiedział: "Przestań robić miny. Czy mogłabyś chociaż udawać, że seks sprawia ci jakąś
przyjemność?". Nie zastanawiając się wcale, poradziłam mu, żeby zamknął oczy. Westchnął ciężko i posłusznie przymknął powieki. Takich chwil, zwłaszcza pod koniec naszego
rocznego eksperymentu, było sporo. Ale wydaje mi się, że ten brak romantyzmu nie wynika bynajmniej z planowania. Przecież dokładnie tak samo planuje się wyjście do kina - trzeba wyjąć
gazetę z programem, zastanowić się, co chcemy oboje obejrzeć, zamówić opiekunkę do dzieci i dopiero wyjść. To samo dotyczy seksu!
Oczywiście. Bywały dni, kiedy na samą myśl o kochaniu się odczuwałam gigantyczne znużenie. Na przykład wtedy, kiedy naprawdę bolała mnie głowa albo miałam menstruację. Zwierzałam się z
tego mężowi, a on po prostu mówił, byśmy sobie tym razem odpuścili. I dopiero wtedy zrozumiałam, że w naszym małżeństwie istniała ogromna presja dotycząca spraw intymnych. Nigdy się
wprawdzie o to nie kłóciliśmy, ale seks, zwłaszcza ten, którego nie było, wisiał między nami jak topór. I nagle gdy musieliśmy wygospodarować na te sprawy czas codziennie, presja
zniknęła. Kochanie się z mężem stało się oczywiste, więc nie stanowiło już dla mnie żadnego psychicznego obciążenia.
Bardzo. Nie mogłam wprost uwierzyć własnym uszom, gdy powiedział zza płachty czytanej gazety, że jest zmęczony i musi odpocząć, bo szykuje mu się trudny dzień. A poza tym - dodał -
ostatnio sporo się kochaliśmy. Miałam wrażenie, że w ten sposób Brad odrzucił mój fantastyczny prezent urodzinowy. Ale potem poczułam ulgę, że mogę tak po prostu bez wysiłku położyć
się spać. A jeszcze później dotarło do mnie, że jeden dzień bez seksu nie robi przecież żadnej różnicy. I że nie musimy niewolniczo trzymać się raz założonego planu, bo nasze życie i
tak jest fantastyczne.
Nie. My jesteśmy zwykłymi nudnymi Amerykanami i wolimy się trzymać dobrze znanych schematów (śmiech).
Trochę. Były oczywiście dni, gdy nasz seks był tak fantastyczny, że - jak my to określamy - skarpetki spadały ze stóp. Ale innym razem bywało całkiem przeciętne, bez wzlotów. Nie bójmy
się tego słowa - bywało po prostu nudno.
Bo bez względu na to, czy udawało nam się akurat przeżyć kosmiczny orgazm, czy nie, kochanie się ze sobą miało głęboki sens. Bo przecież leżeliśmy razem objęci w łóżku, patrzyliśmy
sobie w oczy, czuliśmy się bardzo sobie bliscy. A poza tym szukaliśmy praktycznych stron naszej zabawy. Seks sprawia, że człowiek czuje się tak zdrowy, szczęśliwy i spełniony, że nabiera
ochoty na jeszcze więcej seksu.
Byłam szczęśliwa. Brad też odetchnął z ulgą i powiedział, że nie da się codziennie uprawiać seksu dłużej niż rok. Ale zaraz dodał, że nie da się też uprawiać seksu zbyt rzadko. I
wtedy oboje sobie uświadomiliśmy, że musimy znaleźć jakiś złoty środek. A przede wszystkim zachować te wszystkie cudowne rzeczy, jakie spotkały nas poza sypialnią. Czułość, porozumienie
i wagę, jaką zaczęliśmy przykładać do seksu. Zresztą ja już tak się przyzwyczaiłam do planowania, że nadal codziennie przeglądam kalendarz, szukając jakiejś wolnej godzinki na igraszki
z mężem. Teraz kochamy się kilka razy w tygodniu. I oczywiście w weekendy.
Zacznę od tych, których nie było. Nie schudłam, choć wszyscy twierdzą, że regularny seks pozwala się pozbyć zbędnych kilogramów (śmiech). A największa korzyść polega na tym, że
właściwie przestałam oglądać telewizję. Wcześniej w ogóle nie zdawałam sobie sprawy, jak wiele czasu marnuję na bezsensowne programy, które niczego nie wnoszą do mojego życia. A tak
zupełnie poważnie: to był absolutnie niesamowity rok. Ale nie z powodu tego, co działo się w naszej sypialni, tylko raczej tego, co stało się poza nią. Nasze małżeństwo stało się lepsze.
Brad był szczęśliwy, ja też, więc szczęśliwe czuły się również nasze dzieci. Aby móc kochać się codziennie z partnerem, trzeba być dla niego zwyczajnie miłym. Jeśli jedno leży cały
dzień na kanapie, a drugie tyra, to nie będzie mieć ochoty na seks. Więc trzeba się ciągle starać i gryźć się czasem w język, by nie powiedzieć czegoś niepotrzebnego. Powiem tylko jedno:
codzienny seks nie jest dla ludzi, którzy myślą, że taki eksperyment pomoże im naprawić małżeństwo.
Nie, bo w mojej książce nie ma opisów pozycji erotycznych czy technik mających zapewnić rozkosz. To opowieść o miłości, której częścią jest regularny seks. Jestem konserwatywną,
porządną dziewczyną, która do czasu poznania męża nigdy nie spała z żadnym chłopakiem. Więc napisałam o małżeństwie, intymności, o tym, jak pulchna, dość nieśmiała kobieta może
znaleźć szczęście w uprawianiu seksu ze swoim mężem.
Przeczytał książkę i uznał, że jest zabawna i pouczająca. W odróżnieniu od innych ludzi pastor doskonale zrozumiał, że pisałam o miłości małżeńskiej, a nie o erotyce. Tymczasem
większość znajomych uznała, że zrobiłam coś bardzo nagannego, opowiadając o sekretach swojej alkowy. Inni sugerowali, że przynoszę wstyd rodzinie, sprzedając swoje życie za pieniądze. To
akurat nie jest prawda, bo na takich książkach nie zbija się fortuny.
*Charla Muller, autorka książki "365 Nights: A Memoir of Intimacy"