W dodatku uświadomiłam sobie, że trzeba, zdaje się, kupić prezenty. Po krótkim policzeniu członków rodziny i przyjaciół wychodzi mi dziesięć osób. Nie mówiąc o takich drobiazgach jak posprzątanie mieszkania i umycie samochodu. Całą jesień odkładałam to na święta i jeśli teraz go nie umyję, spalę się ze wstydu.

No i zdaje się, że na Wigilię trzeba coś przygotować. Nikt się po mnie nie spodziewa, że nagle nauczę się gotować, ale jednak coś by wypadało przynieść. Coś, czego zapewne nie można znaleźć na stacji benzynowej. Cywilizacja jeszcze nie osiągnęła tego stadium, żeby stacje benzynowe sprzedawały śledzie wigilijne z dołączonym kluskami z makiem, będę więc musiała iść do prawdziwego sklepu. A w prawdziwych sklepach w okresie przedświątecznym są prawdziwe kolejki.

Krótko mówiąc, rachunek spraw do załatwienia przed świętami wykazał czarno na białym, że nie powinnam nawet podejmować próby i najlepszym rozwiązaniem byłaby jak najprędsza ucieczka gdzieś, gdzie nie odbiera telefon komórkowy. Do jakiejś dżungli? Wtedy przynajmniej miałabym dobre wytłumaczenie. W normalnych warunkach same projekty do pracy pochłonęłyby mnie całkowicie i kazały zrezygnować ze wszystkich dodatkowych zajęć. A propos, zapomniałam, że mam jeszcze dwie wigilie u znajomych. I muszę przecież wysłać życzenia do różnych osób, które nie używają e-maila. Zresztą muszę też wysłać e-maile. Spisywałam to wszystko na kartce, coraz bardziej blada. Więc co będzie? Czy czeka mnie jakaś ostateczna katastrofa?

Tak mniej więcej brzmiało pytanie, które zadałam przez telefon mojej przyjaciółce. I już miałam się rozpłakać, kiedy ona powiedziała z całkowitym spokojem: "No i co z tego, że masz dużo rzeczy na głowie? Dobrze się zorganizujesz i po kolei wszystko zrobisz. W poniedziałek o 18 zjawisz się na rodzinnej wigilii i to z kluskami z makiem. Choć może nie będzie to mak przekręcony przez ciebie osobiście trzy razy przez maszynkę, tylko kupiony w sklepie. Ale spokojnie, wszystko zrobisz. I chwała Bogu, że masz tak mało czasu, bo inaczej byś się niepotrzebnie wlekła z tym projektem i kredytem".

I wiedziałam, że ma rację. Bo czyż nie jest tak, że kiedy trzeba się spieszyć, okazuje się, że nasze projekty wymagają dokładnie tyle czasu, ile mamy? Gdybyśmy mieli na przygotowanie świąt tyle czasu, ile nam się wydaje, że potrzebujemy, prawdopodobnie musielibyśmy zacząć natychmiast po Zaduszkach. Na szczęście normalny człowiek przypomina sobie o świętach mniej więcej z tygodniowym wyprzedzeniem i po prostu się spręża. Nagle okazuje się, że wszystkie sprawy związane z kredytem mogę załatwić z samochodu. Wystarczy mieć słuchawki podłączone do telefonu, a konieczne rzeczy notować podczas postoju na czerwonym świetle. Niespodziewanie umiem też skoordynować zakup szminki dziewczynie brata z wybraniem kremu dla przyjaciółki i w sumie zajmuje mi to nie więcej niż cztery minuty - w normalnych warunkach byłby to projekt na pół wieczoru.

Nie mówiąc o tym, że pewne rzeczy lepiej jest robić w stresie. Mój projekt w pracy wymaga dzwonienia do całej masy osób: w normalnych warunkach spędziłabym najpierw dwa dni na obgryzaniu paznokci i wyżalaniu się przyjaciółkom przez telefon, jakie niewdzięczne rzeczy muszę robić. Ile razy bym podnosiła słuchawkę i zaraz odkładała, uznając, że jeszcze mogę chwilę poczekać, i w międzyczasie obejrzeć sobie na YouTubie kolejny odcinek "Seksu w wielkim mieście"! A tak nawet nie zauważam, jak pomiędzy kredytem a prezentem i rozmową z szefem załatwiam nawet najtrudniejszą sprawę. Zresztą czyż nie tak samo jest na co dzień? Kiedy ktoś mnie czasem pyta: "Ile potrzebujesz czasu na napisanie artykułu?", mówię zawsze: "Jeśli mam tydzień, potrzebuje tygodnia. Jeśli mam dwie godziny, to potrzebuję dwóch godzin".

Bo przecież, choć do dobrego tonu należy skarżyć się na stres, w głębi ducha dobrze wiemy, że jest nam on koniecznie potrzebny. Pewna moja koleżanka ostatnio szczególnie pięknie wygląda, jest świetnie ubrana, uśmiechnięta i pełna energii. Widać, że dzieje się w jej życiu coś dobrego. Co takiego? "Och, mam tyle pracy, siedzę w biurze do 23.00" - odpowiada. "Mój telefon codziennie się rozładowuje, tyle ludzi do mnie dzwoni".

Zgodnie ze stereotypem powinna być wściekła, mieć podkrążone oczy i wszystkiego dosyć. Ale przeciwnie, ona właśnie w stresie kwitnie. Nie oszukujmy się: czyż nie jesteśmy najbardziej szczęśliwi nie wtedy, kiedy czas przelewa nam się przez palce i jedynym naszym projektem w ciągu dnia jest zjedzenie śniadania, ale właśnie wtedy, kiedy zabiegani, zestresowani, nawet wieczorem musimy odbierać telefony służbowe? Dlaczego?

Bo nie dość, że jesteśmy wtedy z siebie dumni, to jeszcze nie mamy czasu na myślenie o nieprzyjemnych rzeczach. Gdyby nie to, że zawsze musimy gdzieś być, z kimś się spotykać i coś załatwiać - lepiej nawet nie myśleć, co by nam ciągle przychodziło do głowy. Nie bez powodu pisarz to jest człowiek, który nic nie robi: demony rodzą się z nadmiaru wolnego czasu. A współczesnym ideałem jest ciągle coś przeciwnego - mieszczańskie zdrowie.

Mieszczańskie zdrowie osiąga się przez niemyślenie. Dla niemyślenia zaś nie ma nic lepszego niż okres dużego stresu. Na przykład okres świąteczny. Święta mają być okresem refleksji? Broń nas przed tym, Panie Boże. I spraw, żeby były raczej okresem kończenia projektów, kupowania prezentów, sprzątania, dzwonienia, pieczenia, jedzenia i oglądania telewizji. Zresztą czy ja nie wiedziałam, że święta się zbliżają? Wiedziałam. I specjalnie tak sobie wszystko zostawiłam na ostatnią chwilę - nie po to, żeby utrudnić, ale przeciwnie, żeby ułatwić sobie życie. Ale po długim napięciu, to znaczy, powiedzmy, w połowie drugiego dnia świąt, nagle poczujemy się dziwnie.

Staniemy w przedpokoju w jednym kapciu i nie będziemy w stanie poszukać drugiego. A perspektywa zmywania naczyń wyda nam się równie przerażająca jak przygotowanie się do wyprawy na biegun południowy. Ze strachem pomyślimy, że wieczorem trzeba będzie się rozebrać i wziąć prysznic. I podczas tych chwil braku energii do działania nawiedzą nas najróżniejsze wątpliwości dotyczące kluczowych spraw w naszym życiu. Chwała Bogu, że następnego dnia zacznie się praca i znowu będziemy mogli być zestresowani.