Bardzo się cieszymy, że konkurs "Zła miłość" spotkał się z tak dużym zainteresowaniem. Wasze listy były wzruszające, zabawne, a czasami również przerażające...
Czytając kobiece wyznania, każda z nas mogła odnaleźć w nich fragment swojego życia. Zatrzymać się i przez chwilę pomyśleć - czy dobrze postąpiłam? Czy jestem z właściwym mężczyzną, czy potrafię kochać?
Lektura historii z życia naszych Internautek to jedyna szansa, by uczyć się na cudzych błędach lub znów uwierzyć w miłość.
Dlatego zachęcamy Was do pisania listów. Namawiamy, byście usiadły przy komputerze i opisały swoją historię: zawód miłosny, ucieczkę sprzed ołtarza, życie u boku toksycznego faceta, jego zdradę, kłamstwa, którymi Was karmił, przemoc w związku, ból po stracie ukochanej osoby
i w końcu to, jak rozkwitłyście, kiedy żal ustąpił i byłyście gotowe, by znów się zakochać!

Wasze listy opublikujemy na stronie kobieta.dziennik.pl, a autorka najciekawszej pracy (historia tygodnia)
otrzyma nagrodę o wartości ok. 150 zł.
Informacje o wyróżnieniach znajdziecie na stronach serwisu kobieta.dziennik.pl w każdy piątek.

Na maile czekamy pod adresem: KOBIETA.ONLINE@DZIENNIK.PL

Nagrodzone historie:

Miłość? To nie dla mnie, Mirabelka

Chcemy kochać i zatracać się w szczęściu z ukochaną osobą. To nasze wyobrażenie miłości. Ale czy uczucie, które niszczy i z czasem przeradza się w horror, nie jest toksyczne? O tym, jak niebezpieczna jest chora miłość, opowiada Mirabelka - dziewczyna, która być może już nigdy nie będzie wiodła normalnego życia..
Ciężko mi o tym pisać. O tej miłości, która zniszczyła jego i mnie w zasadzie również.

Dziś mam 29 lat, wtedy byłam uczennicą technikum zawodowego w małym mieście. Poznałam go, gdy miałam 17 lat, to była moja pierwsza miłość, jego również. Robert był pełnym energii, przebojowym, uśmiechniętym zawadiacko chłopakiem. Byłam nim zauroczona bardzo długo. Przeżyliśmy razem piękne chwile, ale z czasem zaczęła mi przeszkadzać jego chorobliwa wręcz zazdrość. Najchętniej odseparowałby mnie od wszystkich koleżanek i znajomych. Od rodziny najlepiej też. Wystarczyło, że spóźniłam się 20 minut na spotkanie - a już podejmował śledztwo: gdzie byłam, z kim byłam, na pewno z jakimś chłopakiem, albo starszym facetem itp. Oczywiście były to kompletne absurdy, bo zawsze byłam totalną monogamistką i bardzo go kochałam, innych po prostu nie zauważałam.

Był zły, kiedy tylko wybierałam się do którejkolwiek przyjaciółki, gdy szłam przejść się do miasta, gdy mama wysłała mnie na targ po kapustę. Dentysta? Dlaczego facet? Ginekolog? Tylko kobieta! Sylwester? Tylko we dwoje u niego, nigdy na imprezach, nigdy u znajomych, bo tam mogłabym jeszcze komuś wpaść w oko.
Najzabawniejsze było jednak to, że nigdy nie byłam pięknością, jestem przeciętnie ładną i niezbyt zgrabną dziewczyną. Nic szczególnego.

Początkowo cieszyło mnie, że dla niego jestem widocznie niezwykle atrakcyjna, skoro tak boi się mnie stracić. Pochlebiało mi to. Czułam się dowartościowana. Kilka razy ktoś jednak powiedział mi, że mój chłopak chodzi za mną w ukryciu. Śledził mnie... Z czasem zaczęłam się dusić, zaczęło brakować mi spotkań z koleżankami. Babskie przyjaźnie zawsze wiele dla mnie znaczyły. Czułam, że ten związek jest chory, zaczęłam się buntować. Jako córka dość despotycznego ojca - nie chciałam tak żyć dłużej. Coraz więcej było awantur z jego strony, wciąż napięta atmosfera. Z czasem zrozumiałam, że choć mnie kocha - staje się moim wrogiem, surowym sędzią, nieprzejednanym nadzorcą.

Zerwałam.

I wtedy dopiero się zaczęło. Chodził za mną nieustannie, warował pod moim domem, choć był środek lutego. Krzyczał, błagał, płaka, groził.
Kiedy mnie widział mówił, że jeśli do niego nie wrócę - zawsze będę go miała na sumieniu. Że się zabije...

Przerażał mnie, tłumaczyłam, że znajdzie sobie inną, że my po prostu do siebie nie pasujemy, błagałam, by dał mi spokój. Któregoś dnia przyszła do mnie jego matka, twierdziła, że przeze mnie rzucił szkołę, że całe dnie śpi, że jest w depresji.
Czułam się jak w potrzasku. Wyrzuty sumienia... Ale już wiedziałam, że nigdy do niego nie wrócę, że go nie kocham, więc co miałam robić? Byłam w strasznym napięciu, bo naprawdę nie wiedziałam jak mu pomóc, jak pomóc sobie, co robić, może wrócić na jakiś czas, żeby go stopniowo przygotowywać na moje odejście???

A potem... Siedziałam wtedy na lekcji technologii, było po 15.00, straszny huk... Wszyscy wybiegliśmy ze szkoły. Zobaczyłam jego zmiażdżone auto przy murze szkolnym... Pamiętam dym... Byłam w szoku. Wiem tylko, że koleżanki odprowadziły mnie do domu.
Robert rozpędzonym do granic możliwości samochodem wjechał w mur mojej szkoły. Zginął na miejscu. Bardzo spektakularnie obmyślił swoją śmierć...

Przez wszystkie te lata zastanawiam się, czy na pewno postąpiłam ok. Rozważam wszystkie za i przeciw po tysiąc razy... Cała okolica huczała, ludzie żyli tylko tym przez dwa miesiące. Moi bliscy twierdzą, że to absurd, ale społeczność mojego byłego miasteczka odsądziła mnie wtedy od czci i wiary. Uznali mnie za winną. Widziałam te spojrzenia, te cienie ukryte za firanką, kilka razy ktoś krzyknął głośno: dziwka!
Dlaczego dziwka??? Przecież nikogo ani przed nim, ani po rozstaniu z nim nie miałam! Nigdy nie lubiłam dyskotek ani "wesołego" towarzystwa... Bardzo cierpiałam, kiedy nasz dom obrzucono jajkami, bo co winni byli moi rodzice? Ponoć jego koledzy z klasy zamierzali wymierzyć mi karę, grozili, mama chodziła w tej sprawie na policję.
To był koszmar. Uciekłam stamtąd na studia i nigdy nie wróciłam. Ale od Roberta, od dręczących mnie pytań, że może gdyby to, to to..., nigdy nie ucieknę. Nie wiem, co we mnie jest, nie wiem tak do końca, czy czuję się częściowo winna, czy niewinna.
Wiem, że nie ma dnia, bym o tym nie myślała. Wiem, że przez te 10 lat nie potrafiłam stworzyć żadnego dłuższego związku, nie potrafiłam pokochać żadnego mężczyzny. Miłość jest taka niebezpieczna, szalona, a ja chcę po prostu spokoju i ciszy. Mam 29 lat, a czuję się tak, jakbym miała 50...

Mam dobrą pracę w zagranicznej firmie, mającą siedzibę w Polsce. Jestem w pełni dyspozycyjna, bo nie mam rodziny i jej nie planuję, a to się podoba pracodawcom. W domu nikt na mnie nie czeka, więc nie mam się dokąd śpieszyć. Całymi dniami przesiaduję w biurze, do którego rzadko kto zagląda. Mam chyba opinię biurowej matrony i ludzie wolą unikać kontaktów ze mną. Zastanawiam się czasem, jak to się stało, że z wesołej, szalonej dziewczyny stałam się zgorzkniałą kobietą. Kiedyś byłam otoczona ludźmi. Teraz odsunęłam się od wszystkich. Jest mi dobrze, gdy jestem sama. Faceci trzymają się ode mnie raczej z daleka, bo podobno stwarzam dystans i jestem chłodna.

Nie chcę pokochać nikogo. Już nigdy.

Wyznanie zdrajczyni, Zdrajczyni

Nie tylko mężczyźni potrafią ranić, zdradzać i porzucać. Nasza Internautka zdradziła swojego ukochanego i choć minęło już kilka lat, a on wybaczył jej niewierność, ona nie może pogodzić się z tym, co zrobiła. Ciężko jej się żyje ze świadomością, że nie może cofnąć czasu.

Wszystkie historie, które przeczytałam w serwisie kobieta.dziennik.pl opowiadają o skrzywdzonych kobietach - załamanych, upokorzonych i porzuconych. Moja historia jest inna. To ja zraniłam ukochanego mężczyznę. Zdradziłam go.

Miałam wtedy 23 lata. Od trzech lat spotykałam się z chłopakiem. Wszyscy mówili, że jesteśmy bardzo dobraną parą. Nie mogliśmy bez siebie żyć. Niestety coś zaczęło się między nami psuć. Wydawało mi się, że mój mężczyzna już mnie tak bardzo nie kocha. Zaczęłam szukać dziury w całym.

Firma, w której pracowałam wysłała mnie na szkolenie 400 km od domu. Podczas spotkania integracyjnego poznałam Damiana. Alkohol lał się strumieniami, impreza się rozkręcała, tańczyliśmy, żartowaliśmy i nagle odkryłam, że Damian to mężczyzna, na którego czekałam całe życie... wieczór zakończyliśmy w łóżku.

Kiedy rano obudziłam się obok obcego faceta, poczułam się okropnie. Chciałam, żeby to był sen. Marzyłam, by zasnąć jeszcze raz i obudzić się obok mojego mężczyzny. Dopiero wtedy zrozumiałam, że nikt mi go nie zastąpi. Pragnęłam jak najszybciej znaleźć się obok niego, wytłumaczyć mu wszystko i prosić o przebaczenie. Bałam się, że stracę go na zawsze. Nie mogłam o niczym innym myśleć.

Kiedy wróciłam do domu, mój ukochany czekał na mnie z kwiatami. Przywitał mnie słowami: "Bardzo za Tobą tęskniłem, kocham Cię’’. To było straszne. Moje sumienie krzyczało: "Jesteś wstrętna, zdradziłaś" !

Rozpłakałam się. A on spojrzał na mnie i zapytał: ‘’Zdradziłaś mnie?" Potwierdziłam. Tylko raz z jego ust padło słowo - "Dlaczego?" Nie umiałam odpowiedzieć na to pytanie. Mimo to, ku moje zdziwieniu usłyszałam: "Wybaczam Ci. Zacznijmy wszystko od początku, bo moje życie i tak bez Ciebie nie ma sensu."

Minęły cztery lata, a my już nigdy nie wróciliśmy do tej rozmowy. Wiem, że on mi wybaczył, ale problem w tym, że ja nie umiem wybaczyć sobie. Popełniłam największy błąd mojego życia. Żałuję tego za każdym razem, kiedy się budzę.

Miesiąc temu przysięgaliśmy w kościele: "Miłość, wierność i uczciwość małżeńską". Tak ślubowałam i choćby się waliło i paliło - dotrzymam danego słowa.


Teraz ja!, Zielonooka

Kochać to znaczy być ze sobą na dobre i na złe, w zdrowiu i chorobie. Ale jeśli w związek wkradną się kłamstwa, nieważne: duże czy małe, to oznacza to jego koniec. Możesz się oszukiwać, możesz być tchórzem i tkwić w chorym układzie bez sensu. Możesz stracić to, co najpiękniejsze i prawdziwe. Możesz przegrać życie. Tylko po co?

Do jednych szczęście się śmieje, do innych szczerzy zęby "- mawiała często moja babcia.:-) Kiedyś jak oszalała goniłam za szczęściem, czekałam aż da mi je drugi człowiek, mój wymarzony mężczyzna. Ale on, kiedy już się zjawił, myślał przede wszystkim o sobie ...
To była moja pierwsza, wielka miłość. Paweł. Był taki, jak zawsze marzyłam: wrażliwy, inteligentny, wysportowany, z niesłychanym poczuciem humoru. Przystojny brunet z ciemnymi oczyma.
Od pierwszego dnia, gdy trafił do mojej grupy na studiach - wpadłam jak przysłowiowa śliwka w kompot. Przez okres studiów, oprócz wakacji i ferii, widywaliśmy się w zasadzie tylko w weekendy. Z czasem zaczęłam sobie uświadamiać, że całe moje życie jest tylko czekaniem na te spotkania...

Pisał do mnie piękne listy, przysyłał taśmy z kierowanymi do mnie monologami, których słuchałam po kilka razy dziennie. Po studiach wzięliśmy ślub, wszystko układało się jak najlepiej. Z pozoru, bo w tym związku od początku liczył się przede wszystkim on. To on był tą hołubioną, rozpieszczaną, wielbioną osobą. Nawet w łóżku przybierał oczekującą pozę faraona.

A ja? Powinnam być chyba wdzięczna, że jest przy mnie. Bo mnie dawał tak niewiele... Cóż, teraz wiem, że byłam niemiłosiernie uległa. Mam czekać na hydraulika, choć on ma wolne a ja mam umówioną wizytę u lekarza? Nie ma sprawy. On chce jechać w góry, a ja wolę Mazury? Wybieramy oczywiście Tatry. Zgadzałam się na wszystko, byle tylko spełnić jego oczekiwania , byle nie stracić tej miłości. Nie umiałam być niemiła. Dawałam wszystko, nie oczekując w zamian prawie nic.

W końcu zaczął znikać na spotkania z kolegami, grywali (ponoć) w szachy. Raz na tydzie spędzał noc poza domem. Nie miałam żadnych dowodów, że to coś więcej. Niedawno przeczytałam taka myśl: "Mniej bywa niebezpiecznie czynić ludziom źle, niż czynić im zbyt wiele dobrego." (F. La Rochefoucauld). Wtedy bym tego nie zrozumiała...

Zachorowałam 3 lata temu. Odszedł trzy miesiące po operacji, w wyniku której straciłam pierś. Każdy pomyslałby: "drań", ale to nie było tak. Już od jakiegos czasu miał kogoś, zaczął znikać nawet na całe weekendy, jeszcze rok przed moją chorobą. Wypierał się, że mnie nie zdradza, drwił, że histeryzuję, ale ja już wtedy to czułam. Co robiłam? Wstyd się przyznać...

Walczyłam o tę miłość jak tylko mogłam! Zmieniałam fryzury, kupowałam super ciuchy, bieliznę, gotowałam jego ukochane potrawy, odremontowałam nasz dom - wszystko dla niego. Skomlałam o odrobinę czułośći, uwagi, zainteresowania... Stoczyłam się na dno. Dlaczego?

Nie wiem, może czułam się winna, że nie mogłam mieć dzieci, że jestem brzydka, że nie ma we mnie beztroskiej, dziewczęcej radości a jest smutek, choć staram się to ukryć. Że jestem szara, bezbarwna...
Wciąż liczyłam na to, że w końcu mnie doceni, zrozumie, przejrzy na oczy, że on nie może mnie nie kochać, bo przecież jesteśmy dla siebie stworzeni! Czekałam pokornie na to jego przebudzenie przez wszystkie te lata.

Dopiero moja choroba zmieniła wszystko. To było jak grom. Nagle poczułam, że rozsypuję się, że to może już być koniec...

Zaczęłam wreszcie mysleć o sobie. Pomogły mi przyjaciółki, były przy mnie cały czas. On nawet też przychodził, raz czy dwa przyniósł kwiaty do szpitala. Chyba było mu mnie żal. Wtedy jednak już wiedziałam, że to nie ma najmniejszego sensu. Że nie pozwolę już ani jemu ani sobie samej na rujnowanie mojego życia. Był zaskoczony, chyba jednak nigdy nie myślał o rozwodzie, było mu tak wygodnie.

W końcu wyprowadził się na moja prośbę. Wciąż bardzo zaskoczony, co się nagle ze mną stało po 17 latach małżeństwa. Co stało sie z tym potulnym pucybutem, zachwyconym każdym jego słowem, gestem, spojrzeniem?

Poczatkowo było strasznie ciężko. Ja sama w naszym wielkim małżeńskim łożu... Ale z każdym dniem było lepiej. Bo udało mi się przegnać chorobę, bo udało mi się odnaleźć siłę i nadzieję, no i ... samą siebie. Dopiero wtedy zrozumiałam, że nie można wiecznie czekać na szczęście, traktować życia jak poczekalni. Przecież moje życie trwa teraz! TU i TERAZ!!! Podaruję sobie szczęście sama! Cudownie jest kochać i być kochanym, ale trwałe podstawy szczęścia buduje się tylko samemu. Nikt tego za mnie nie zrobi. Mój czas trwa teraz i nie mam zamiaru przegapić życia, odkładać go na póżniej! Delektuję się każdą chwilką, każdą błahostką: liściem klonu niesionym przez wiatr, przyjacielskim merdaniem ogona psa, ciepłym deszczem, komplementem kolegi z pracy i... pyszną pomidorówką!

Kiedyś tego nie potrafiłam... Myślę, że być szczęśliwą to żyć w zgodzie z samą sobą i mieć świadomość, że gra się w swoim życiu niezwykłą, główną rolę, a nie epizod. Moim wielkim szczęściem jest przede wszystkim moja rodzina: mama, ojciec, siostra z trójką siostrzeńców (Piotrusiem, Joasią i Anulką, której wczoraj wyrżnął się pierwszy ząb!), ale także moja wielka pasja - podróżowanie! Co roku z niewielkiej pensji odkładam na nowe, szalone eskapady. W zeszłym roku rozsmakowałam się w Afryce, w tym mam apetyt na Norwegię i jej zapierające dech w piersiach fiordy. Cudownie jest żyć i umieć być szczęśliwą nawet bez faceta! Ja już to potrafię!

W życiu (nie) kocha się tylko raz

Okazuje się, że dobrych rad dziadków warto słuchać. Nasza Internautka przekonała się na własnej skórze, że nie opłaca się lekceważyć intuicji starszych. Na szczęście dla niej nie było za późno, by zawalczyć o szczęście. Wystarczyło... pozwolić babci działać.

"O dziwo, czas, który goi rany, pokazał też, że w życiu można kochać więcej niż jedną osobę." Paulo Coelho

To było jak grom z jasnego nieba! Zobaczyłam go i cały świat przestał istnieć! Nie liczyło się nic i nikt! Cały swój czas podporządkowałam temu, aby go zdobyć! Rozstałam się ze swoim dotychczasowym facetem w sposób godny pożałowania. Powiedziałam po prostu: "Odchodzę - jest inny".

Nie pamiętam już, w jaki sposób doszło do pierwszych spotkań. Wszystko potoczyło się bardzo szybko. Był on i tylko to miało dla mnie znaczenie! Chciałam z nim spędzać każdą chwilę, jednak nie było to możliwe. Obydwoje mieliśmy różne zobowiązania i tylko wolne chwile spędzaliśmy razem. Po kilku miesiącach zamieszkaliśmy razem, poznałam jego znajomych. Wszyscy byli nim zachwyceni - prócz mojej babci. Ona wciąż mówiła o moim byłym i prosiła, żebym uważała, bo życie jest jedno. Czas biegł sobie spokojnie, a ja wciąż zakochana nie pytałam o późne powroty, o pieniądze na koncie, o pracę. Był dla mnie ideałem i to było najważniejsze.

W drugą rocznicę naszego poznania postanowiłam wyjść wcześniej z pracy i zrobić mu niespodziankę. Byłam już przed blokiem, kiedy zobaczyłam, jak mój kochany zakuty w kajdanki zostaje wsadzony do radiowozu. Zamarłam. Pobiegłam za samochodem policyjnym, ale nie dogoniłam go - odjechał. Nagle zadzwoniła moja komórka - to był jego najlepszy przyjaciel. Powiedział mi o wszystkim - nie było już sensu dłużej kłamać. Mój jedyny ukochany był poszukiwany przez policję w kilku miastach - lista jego przestępstw była ogromna.

Poczułam się okłamana i wykorzystana, tym bardziej że pod sercem nosiłam malutką istotkę. Świat runął mi na głowę z ogromnym hukiem.

Pomogła mi babcia - zadzwoniła do mojego byłego i powiedziała mu o wszystkim.

Dzisiaj były jest moim mężem i ojcem naszego synka. Naszego - bo nieważne jest, że nie jest jego ojcem biologicznym. Tylko co ja powiem mojemu synowi za kilka lat, kiedy prawda wyjdzie na jaw??