Komitet Noblowski w Oslo uzasadnił przyznanie nagrody Johnson-Sirleaf i dwóm innych laureatkom ich "walką bez przemocy na rzecz bezpieczeństwa i praw kobiet do pełnego udziału w procesie budowy pokoju". Prezydent Liberii przetarła szlak innym kobietom do najwyższych urzędów w krajach Afryki - dodano.

72-letnia Johnson-Sirleaf ma reputację osoby energicznej, bezpośredniej i bardzo pracowitej, a przede wszystkim - gorącej orędowniczki praw kobiet. Wielokrotnie powtarzała, że kobiety są lepszymi przywódcami niż mężczyźni, bo są bardziej sumienne i ciężej pracują. Jej przekonanie wyraźnie widać w składzie rządu - ponad jedną czwartą ministrów jej gabinetu stanowią panie.

- Jeśli konkurujesz z mężczyznami, musisz być lepsza i starać się o ich szacunek - podkreśliła laureatka.

Uznanie Komitetu Noblowskiego wzbudziły też jej działania jako szefowej państwa na rzecz odbudowy kraju po zakończonej w 2003 roku krwawej wojny domowej.

Dzięki reformom fiskalnym jej rządu MFW i Bank Światowy umorzyły dług Liberii na kwotę 4,6 mld USD.

Na Zachodzie postrzegana jest jako dowód na to, że idea udzielania pomocy krajom Afryki - przy wszystkich jej kontrowersyjnych aspektach, takich jak korupcja - ma sens.

Ona sama niezmiennie podkreśla, że wśród jej priorytetów jest walka z wszechobecną korupcją.

Mimo wizerunku osoby światowej, ze świetnym wykształceniem i doświadczeniem w pracy w światowych instytucjach (m.in. w Banku Światowym i ONZ), Johnson-Sirleaf, nazywana "Mamą Ellen", ma dobry kontakt z prostymi liberyjskimi wyborcami.

Po przewrocie wojskowym w 1980 r., który uczynił z Liberii jedno biedniejszych państw Afryki, Johnson-Sirleaf otwarcie sprzeciwiała się fatalnej polityce gospodarczej i represjom nowego reżimu. W rezultacie została skazana na karę więzienia oraz zmuszona do wyjazdu z kraju.

Z wygnania wróciła w 1996 roku. W rozpisanych rok później wyborach prezydenckich zajęła drugie miejsce, przegrywając z Charlesem Taylorem, który odniósł miażdżące zwycięstwo. Przy okazji zyskała sobie jednak u rywala przydomek "Żelaznej Damy", w uznaniu dla jej zdecydowania i woli walki.

Ostatecznie wygrała 10 lat później, choć dopiero w drugiej turze, pokonując liberyjską gwiazdę piłki nożnej, George'a Weah. Pierwsza kobieta prezydent w Afryce obiecała utworzyć "rząd otwarty" i gotowy do dialogu, by podnieść kraj z odmętów wojny domowej. Konflikt zakończył się w 2003 roku po ustąpieniu Taylora pod presją USA, po oskarżeniach o handel bronią i podsycanie wojny domowej.

Johnson-Sirleaf urodziła się w stolicy Liberii, Monrovii, w 1938 roku. Studiowała ekonomię na tamtejszym uniwersytecie, następnie z mężem Jamesem Sirleafem pojechała do USA, gdzie kontynuowała studia m.in. na Uniwersytecie Harvarda. Po powrocie do kraju w latach 70. była ministrem finansów.

Już za tydzień laureatka Nagrody Pokojowego Nobla będzie ubiegać się o reelekcję.

Media zgodnie przyznają, że prawdopodobnie je wygra. Zaczynają się jednak podnosić głosy krytyczne, których próżno było szukać, gdy po raz pierwszy doszła do władzy. Gdy obejmowała urząd, była postrzegana jako reformatorka i zwolenniczka pokoju. Obecnie opozycja zarzuca jej kupowanie głosów i przeznaczanie funduszy państwowych na własną kampanię wyborczą; jej sztab odrzuca te oskarżenia - zauważa agencja Associated Press.

W kraju widać też zniecierpliwienie jej rządami - pisał niedawno "New York Times". Liberyjczycy narzekają na nieskuteczną policję, opieszałość sądów oraz nade wszystko na wszechobecną korupcję i sprzeniewierzanie państwowych pieniędzy, rujnujące infrastrukturę i gospodarkę kraju.