Klara Klinger: Wiele kobiet nie decyduje się na dziecko, bo sądzą, że je na to nie stać. Poważnym obciążeniem jest opieka nad maluchem po powrocie do pracy - czasami niania kosztuje tyle samo, ile wynosi pensja.
Joanna Kluzik-Rostkowska: To poważny problem. We Francji na politykę prorodzinną wydaje się 2,5 proc. PKB, w Polsce niecały 1 proc. sporo niższego PKB. Jeżeli u nas byłyby na to pieniądze, rozważałabym opcję, aby można było się ubiegać o zwrot kosztów opiekunki, częściowo lub w całości.

Rozumiem, że na razie to jednak nierealne...
Rzeczywiście, takich pieniędzy nie ma. Ale chcemy, by pracodawcy wykorzystywali pieniądze z istniejącego funduszu socjalnego do zakładania żłobków i przedszkoli przyzakładowych. Pracujemy nad tym, by pracodawca - nawet jeśli nie założy przedszkola u siebie - współfinansował z funduszu socjalnego pobyt dziecka pracownika w innym przedszkolu lub żłobku.

Więc może, jeżeli ktoś nie zdecyduje się na żłobek, te pieniądze mógłby przeznaczyć na nianię?
Nie braliśmy jeszcze takiej opcji pod uwagę, ale to świetny pomysł! Myślimy o tym, by pieniądze szły za dzieckiem. I będziemy to rozważać przy konstruowaniu ustawy regulującej opiekę nad dzieckiem. Ale podkreślam, to na razie pozostaje w sferze dyskusji.

Kobiety, których nie stać na opiekunkę, często oddają dziecko do tańszego żłobka. One jednak źle się kojarzą...
To prawda, żłobki zostały za czasów Gomułki zdefiniowane, jako coś w rodzaju przechowalni dla dzieci. Generalnie mówiąc, w Polsce mamy bardzo duży problem z publicznymi i niepublicznymi formami opieki na dzieckiem. I wciąż jest zbyt mało żłobków: w samej tylko Warszawie ponoć brakuje miejsc dla tysiąca dzieci! Niestety, żłobki - o czym mało kto wie - w Polsce podlegają pod ministerstwo zdrowia, są Zakładami Opieki Zdrowotnej. A taka forma komplikuje zatrudnianie pedagogów, psychologów, a także prawie uniemożliwia zakładanie żłobków niepublicznych. Mamy też problemy z przedszkolami. Właśnie dlatego rząd pracuje nad ustawą, która to wszystko ureguluje. I nie będzie, jak do tej pory, dotyczyła dzieci od 3 roku życia do wieku szkolnego, tylko od urodzenia do 6 lat. Zachód poszedł w tę stronę i, jak się okazało, słusznie. Chcemy też wprowadzić nowe formy opieki nad dzieckiem, czyli mikroprzedszkola czy mikrożłobki - np. na wsiach wcale nie są potrzebne tradycyjne przedszkola.

Wielokrotnie mówiła pani, że przedszkola dla najbiedniejszych rodzin powinny być bezpłatne.
W tej chwili z budżetu państwa finansowanych jest 5 tzw. godzin edukacyjnych w przedszkolu, co oznacza, że pobyt dziecka w przedszkolu powinien być bezpłatny. Ale pojawia się problem, gdy rodzice nie zapłacą za przedszkole, bo dziecku nie przysługują wtedy posiłki. Istnieje jednak coś takiego jak program dożywiania dzieci, na który przeznaczono sporo pieniędzy. Z tej formy mogą korzystać nie tylko szkoły, ale i przedszkola. I właśnie z tych środków przedszkole mogłoby sfinansować posiłki dla najbiedniejszych przedszkolaków. Tymczasem prawie nikt tego nie robi! Dlatego chcemy zmobilizować przedszkola, by były bardziej zaradne. I trzeba sprowokować gminy, by sięgnęły po istniejące środki, także unijne.