Był czarny i nie miał nic. Gdy biegł, jego ogon bezwolnie powiewał na wietrze. Chciał mieć to, co mają inni: dom, choćby małą budę, w której mógłby zasnąć w ten zbliżający się wieczór, o którym inne psy opowiadały tak niestworzone historie. Podobno - mówił Seba - nawet my mamy wtedy coś ludziom do powiedzenia…

Ale jego to nie dotyczyło. Co mógłby zresztą powiedzieć - i komu? Owszem, kiedyś było inaczej. Siadał u stóp swego pana, pomrukiwał, szczekał, gdy było trzeba, robił nawet to śmieszne coś…; jak oni to nazywali? Tak, chyba chodziło o aportowanie. Przyłapał się na tym, że zapomina ludzkich słów.

Nagle za rogiem ulicy zobaczył ją. Miała piękne umaszczenie i dumnie trzymała głowę. Już raz z nią rozmawiał, ale tym razem nie śmiał zbliżyć się do niej. Dlatego zamiast podbiec, chciał zawrócić i ukryć się w pobliskiej bramie. Ale to ona zobaczyła go i zerwała się ze smyczy. Delikatnie musnęła jego pyska i spytała: - Hej, Czarny, co tu robisz? Jak ci się wiedzie?

- Dobrze, dziękuję. Jakoś leci.

- A twoi państwo? Gdzie oni są?

- Eh, to długa historia. Może opowiem ci innym razem.

Ale Bella nie dawała za wygraną. - Od dawna zwróciłam na ciebie uwagę. Masz super futerko, pięknie się poruszasz i w ogóle jesteś inni niż ta cała reszta. Jeśli chcesz, możesz mnie odprowadzić.

Oczywiście, że chciał. Pognał z nią do jej pani. Ją wzięli na smycz, pogłaskali, a jemu kazali się zabierać. Wtedy ona powiedziała: - Weźmy go. Proszę. Tylko na dziś. Przecież jest Wigilia…

Wahanie jej pani nie wróżyło nic dobrego. Już miał odbiec, gdy niespodziewanie usłyszał: - No dobrze. Ale tylko ten jeden raz.

Odtąd biegli razem. Jak starzy znajomi. Podszczekiwali i popiskiwali. Potrącali przechodniów. Ocierali się o hamujące auta. Uświadomili sobie, że gdy są razem, nie brak im niczego. Nawet ludzi.

Dom Belli był zwyczajny. Nawet nie było w nim specjalnie ciepło ani przytulnie. Ale zawsze był to jakiś dom. Jakiś dach nad głową. Kochał te wielkie budy człowieka, kochał odgłos napełnianej miski, plusk wody, zbliżające się i oddalające kroki. Tak… Mógłby tu żyć, mógłby budzić się na tapczanie lub podłodze, wychodzić na spacery, aportować, bronić, dawać łapę. Mógłby robić to, co Bella. Mógłby być tu szczęśliwy.

Gdy nieco podjadł, zasnął. Obudziła go Bella i powiedziała: - Wiesz, przygotowałam dla mojej pani wiersz. Co roku na Wigilię coś jej deklamuję. Uczę się tego przez cały rok, żeby dobrze wypaść.

- Co tam wiersz - zaoponował - wiersze są głupie. Powiedz lepiej coś od siebie, z serca. To, co czujesz.

- Co mam powiedzieć, Czaruś?

- Opowiedz o tym domu. Jak go lubisz. Ile dla ciebie znaczy. Jak chcesz do niego wracać. Powiedz swojej pani, że gdyby nie ona, byłabyś taka, jak ja. Jak ktoś, kto ma tylko ogon i futro. Taki bezimienny przeganiany pies…

Gdy nastał wieczór i Bella przełknęła kruszynę opłatka, otworzyła pyszczek; najpiękniejszy pyszczek świata. Opowiedziała swojej pani to, co najważniejsze, a z czego jeszcze dziś rano nie zdawała sobie sprawy.

Gdy wróciła do kojca, Czarny spytał: - Zrozumiała cokolwiek?

- Nie wiem - odpowiedziała Bella - ale, wiesz co? Powiedziała, że możesz zostać z nami, jak długo tylko chcesz. Kupi ci to wszystko, co mam.

- Smycz też? I obrożę? - dopytywał się Czarny.

- Jasne. Sama pomogę jej wybrać.

- W takim razie twoja pani zrozumiała wszystko.

Czarny zamknął oczy. Poczuł, jak zabiera go sen. A w jego sercu wryły się nowe ludzkie słowa: cud wigilijnej nocy.