James Vincent: - Zanim zaczniemy wywiad muszę ci powiedzieć, że dzielnica, w której się wychowałem mieszała w sobie wpływy włoskie, żydowskie i polskie. Dorastałem obserwując kulturę polską i nie mogę wyjść z podziwu jak bardzo w ciągu ostatnich 20 lat Polska się zmieniła. Współpracuję z wieloma polskimi modelkami, fotografami, makijażystami. Muszę przyznać, że młode pokolenie ma w sobie tyle optymizmu, że wszystko jest możliwe. To bardzo mi się podoba w Polakach, bardzo lubię z nimi pracować.

PAP Life: - Dziękuję za miłe słowa. Jakim kolorem określiłbyś swoje życie?

J.V.: - Pomarańczowy. Dla mnie jest to uzdrawiający kolor, ale również bywa bardzo dramatyczny, ekspresyjny, co idealnie oddaje moją naturę. Poza tym jest on blisko czerwieni - koloru miłości i pasji.

 Jak zaczęła się twoja przygoda z makijażem?

J.V.: - Nie planowałem, że zostanę makijażystą. Mogę powiedzieć, że zostałem nim z przypadku. Byłem na studiach, gdy marka Body Shop zaproponowała mi wspólny projekt. Polegał na zorganizowaniu obozów dla dzieci zarażonych wirusem HIV. Moja praca spodobała się i zatrudnili mnie do wymyślania dalszych programów. Pracowałem również dla samej marki, przygotowywałem makijaż. Zawsze interesowałem się teatrem, sztuką, więc był mi to temat bliski. Jednak dopiero praca sprawiła, że zakochałem się w makijażu.

Później zostałem zatrudniony przez markę kosmetyczną M.A.C., która wtedy była świeża na rynku. Należałem do zespołu, który rozpropagował M.A.C. na rynku amerykańskim. Wtedy też zaczęła się moja współpraca ze znanymi osobami.

Dlaczego kobiety nie wyobrażają sobie wyjścia z domu bez makijażu?

J.V.: - Myślę, że są dwie strony makijażu, ta pozytywna i negatywna. Niewątpliwie do pozytywów należy fakt, że makijaż pozwala nam wyrazić swoją osobowość, to kim jesteśmy i jak się czujemy. Możemy się nim bawić i kreować różne wizerunki. Z drugiej strony, co jest niewątpliwie negatywne, kobiety czują, że muszą coś zatuszować i ukryć.

Jako osoba, która zajmuje się tym na co dzień uważam, że makijaż pozwala wydobyć i podkreślić kobiece atuty i tak też się nim posługuję. Gdy widzę kobietę, nie koncentruję się na tym, co muszę zmienić czy zakryć - dostrzegam piękno, które mogę wydobyć.

Makijaż jest terapią?

J.V.: - Myślę, że makijaż może być terapią w wielu różnych wymiarach. Pomaga on kobiecie, która przechodzi chemioterapię i w wyniku leczenia straciła włosy, brwi, rzęsy. Bywa rozwiązaniem dla kobiety, która ma nadwagę i chce skupić całą uwagę tylko na twarzy. Czasem zwykłe pomalowanie ust i pociągnięcie rzęs maskarą sprawia, że kobieta czuje się lepiej.


Powiedziałeś, że make up wyraża osobowość. Czy do makijażu, który wykonujesz przemycasz trochę swojego charakteru? Widać w nim twój nastrój?

J.V.: - Oczywiście. Moja estetyka opiera się na pięknie. Bardzo lubię delikatne subtelne makijaże, ale lubię również mocne, rock'n'rollowe stylizacje.

Czy pracując z Lady Gagą masz możliwość na wyrażanie swojej kreatywności?

J.V.: - Lady Gaga jest genialna. Uczestniczy we wszystkim, co dotyczy jej kariery, jej wizerunku. Ona otacza się kreatywnymi ludźmi i pozwala im na tę kreatywność. Myślę, że Gaga bardzo lubi ten twórczy dialog. Pracowałem z nią przy trzech teledyskach. Uważam, że jest genialna, jest artystką, która doskonale rozumie proces twórczy i uwielbia, gdy ludzie potrafią wyrazić siebie.

Sądziłam, że sztab ludzi, który z nią współpracuje jedynie realizuje jej wizje.

J.V.: - Gaga jest artystką i może dlatego tak doskonale rozumie innych artystów. Jest bardzo uważna, wszystkiego ciekawa. Daje swoim współpracownikom przestrzeń. Choć nie jest to regułą wśród gwiazd bywa, że na pewnym poziomie sławy ludzie przestają słuchać innych. Są przekonani, że wszystko wiedzą najlepiej.

Komu ty zawdzięczasz swój sukces?

J.V.: - Od dziecka miałem szczęście do ludzi, którzy brali mnie pod swoje skrzydła. Gdy byłem w liceum pracowałem w aptece. Jej właściciele bardzo mi pomogli, bo zdradzili wiele biznesowych tajników. Zawsze podkreślali, że w życiu należy być sobą i należy być z tego dumnym. Moim mentorem bez wątpienia jest makijażysta Mchael DeVellis i Shelly Taggar. To są dwie osoby, które dały mi niesamowite możliwości rozwoju. Michael wciąż pozostaje moim mentorem, Shelly od lat daje mi ogromne wsparcie, wierzy we wszystko co robię. Billy B, który zaprosił mnie do współpracy przy teledysku Gagi "Born this way", Sharon Gault - oni pomogli mi zaistnieć, przedstawili mnie celebrytom.

Wśród tych celebrytów znalazła się również Jane Fonda.

J.C.: - Jane była pierwszą gwiazdą, z którą współpracowałem. Pamiętam, że byłem bardzo zdenerwowany i podekscytowany na myśl o spotkaniu z nią. Przez pewien czas miałem linię kosmetyków Pretty Pretty. Linia została nazwana na cześć linijki dialogu z filmu "Barbarella", w którym zagrała Jane. Jestem jej ogromnym fanem. Podobnie jak Gaga, Jane jest wspaniałą ambasadorką wszystkich kobiet.

Jest też dowodem na to, że można starzeć się z godnością. Swoją drogą wiek to ostatnio bardzo gorący temat.

J.V.: - Myślę, że przyczynił się do tego wizerunek kobiet jaki panuje w Hollywood. Nagle okazało się, że kobiety w pewnym wieku przestają być atrakcyjne dla przemysłu filmowego. Ciąży na nich duża presja, która udzieliła się kobietom na całym świecie.

Wygląd Jane, która na swoje 70 lat wygląda rewelacyjnie, jest wynikiem jej wieloletniej, ciężkiej pracy. Ona może poszczycić się doskonałą formą, którą zawdzięcza sobie, nie chirurgom plastycznym. Myślę, że to właśnie od takich osób powinniśmy czerpać inspiracje i na nich się wzorować. Jane jest jednym z największych adwokatów zdrowego stylu życia.

Rozmawiała: Monika Dzwonnik