W Łubiance w woj. kujawsko-pomorskim nie ma przedszkola. Nie ma, bo wójt gminy Jerzy Zająkała nie zdecydował się go założyć. – Obawiałem się kosztów funkcjonowania takiej placówki. W gminie są dwa przedszkola niepubliczne, które zapewniają taką samą opiekę, a nie muszą zatrudniać kadry na podstawie Karty nauczyciela – opowiada nam Zająkała. I otwarcie przyznaje, że taka sytuacja ratuje gminny budżet.

Gminy prowadzące publiczne przedszkola wspomagają się, pobierając opłaty za dodatkową opiekę nad dziećmi, czyli powyżej pięciu godzin. Taką możliwość dała im znowelizowana ustawa o systemie oświaty. Ale to nie podoba się rodzicom, którzy niekiedy muszą płacić za przedszkole nawet dwa razy więcej niż rok temu. – Do tej pory płaciłam za dziecko 90 zł, od tego roku będzie to 220 zł miesięcznie – mówi Magda, która posyła dziecko do przedszkola na warszawskim Ursynowie. Skąd te podwyżki? – Samorządy w ten sposób starają się zbilansować koszty utrzymania przedszkoli. Karta nauczyciela gwarantuje określone stawki przedszkolnej kadrze. Rozdane przez rząd nauczycielom podwyżki, remonty i inne wymagania dotyczące standardów placówki pokrywane są z samorządowej kasy – mówi Marek Olszewski, wiceprzewodniczący Związku Gmin Wiejskich RP oraz wójt gminy Lubicz.

To dlatego, że po reformie systemu oświaty w 1991 r. koszt utrzymania przedszkoli spadł na barki samorządów. Jesteśmy jednym z nielicznych krajów w Europie, który w ten sposób finansuje przedszkola. W zdecydowanej większości stanowi to wydatek państwa i zapewne dlatego stopień upowszechnienia przedszkolnego jest zdecydowanie wyższy. W niektórych krajach sięga on nawet 100 proc., przeważnie w grupie 3 – 5 lat jest to około 90 proc. W Polsce niecałe 60 proc.

O takie zmiany w obywatelskim projekcie ustawy apeluje ZNP. – Jeżeli nie ma na to wystarczającej ilości pieniędzy, niech państwo finansuje 70 lub 50 proc. kosztów opieki przedszkolnej – wskazuje Sławomir Broniarz, prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego. On jednak nie widzi możliwości odejścia od obowiązku zatrudniania kadry według Karty nauczyciela. A to ona dodatkowo podnosi koszty prowadzenia placówek. W likwidację karty nie wierzą też samorządowcy, którzy od lat domagają się od rządu, by partycypował w kosztach utrzymania dzieci w przedszkolu. – W przyszłym roku, gdy do zerówek obowiązkowo pójdą wszystkie pięciolatki, ceny zapewne jeszcze wzrosną, bo proces przygotowania ich do nauki w szkole będzie droższy niż dzieci o rok starszych – przewiduje Olszewski. Jeżeli nic w tej sprawie nie zrobi kolejny rząd, to rodzice mogą być pewni: to oni pokryją tę różnicę.

Rząd narzuca obowiązki, samorząd płaci

Przedszkole dla 40 maluchów to co najmniej trzej wykwalifikowani nauczyciele wychowawcy. Do tego grono współpracowników prowadzących zajęcia dodatkowe, np. z rytmiki i umuzykalnienia, języka obcego, gimnastyki korekcyjnej, a także psycholog, logopeda, katechetka lub ksiądz. Potrzebne są także kucharka oraz sprzątaczka. Nauczyciele wynagradzani są według Karty nauczyciela, ci najlepiej wykwalifikowani dostają 4 – 5 tys. zł miesięcznie. Wszelkie podwyżki dawane przez rząd wypłaca kasa samorządu.

Przedszkole musi spełniać zaostrzone wymagania budowlane, sanitarne i przeciwpożarowe. Działka, na której stoi budynek, musi być w pełni uzbrojona, z gazem, prądem, kanalizacją. Pomieszczenia muszą być wentylowane. Lokal ma mieć 3 m wysokości, a jeśli nie ma, należy go wyposażyć w drogą wentylację grawitacyjną. Na terenie przedszkola muszą być zainstalowane hydranty o zwiększonej wydajności, a budynek musi mieć odpowiedniej szerokości schody i wejście ewakuacyjne.