Marta Jarosz: Ma Pani dziś dobry dzień, czy zły, jeśli chodzi o kondycję psychiczną?

Anka Mrówczyńska: Trudno powiedzieć. W tej chwili niby dobrze się czuję, ale za chwilę może być okropnie. Nigdy tego nie wiem.

To musi bardzo utrudniać życie, prawda?

Oj tak, bardzo.

Jak dokładnie nazywa się Pani jednostka chorobowa?

Mam osobowość chwiejną emocjonalnie, typu borderline – oficjalnie nieuznawaną za chorobę psychiczną. W specjalistycznej klasyfikacji to coś pomiędzy nerwicą a psychozą. Pacjenci z tym rodzajem zaburzeń są zwykle zaliczani do trudnych.

Jaki są objawy Pani zaburzeń?

Jest ich sporo, ale chyba najgorsze są drastyczne zmiany nastrojów. W jednej chwili potrafię być szczęśliwa i radosna, a za chwilę banalna sytuacja powoduje, że mam ochotę się zabić.

Próbowała Pani to zrobić?

Tak, sześć razy.

Pamięta Pani, kiedy to się stało pierwszy raz?

Oczywiście. To było 12 lat temu. Miałam 17 lat. Dużo wcześniej już się okaleczałam, wiele razy przedawkowałam leki, piłam alkohol od 14 roku życia…

Co się myśli na chwilę przed targnięciem się na swoje życie?

Ja nic nie myślałam. Zupełnie nic. Chciałam skończyć to wszystko. Uwolnić się od myślenia o beznadziei istnienia.

Ale sześć razy obudziła się Pani PO… Co wtedy Pani czuła?

Chyba ulgę, że jednak żyję. Te próby samobójcze były dla mnie pewnego rodzaju katharsis. Emocje kumulowały się do tego stopnia, że tylko tak mogłam je rozładować.

Można zatem uznać, że tak naprawdę wcale nie chciała się Pani zabić? Że to było tylko wołanie o pomoc?

Nie. To, co uznaję za próby, to były sytuacje, gdy naprawdę chciałam się zabić. Zawsze robiłam to na przykład wtedy, gdy nikogo nie było w domu. Z jednej strony to zawsze był impuls i nigdy tego nie planowałam, a z drugiej tak się właśnie składało.

Więc miała Pani dużo szczęścia, że żadna z tych prób się nie powiodła…

Tak. Na przykład pękał pasek, na którym się wieszałam. Gdy powiesiłam się w wieku 21 lat, znalazł mnie obecny narzeczony, a ówczesny chłopak. Miałam szczęście.

Czy dostrzega Pani jakiś konkretny czynnik, który sprawia, że zmienia się Pani nastrój – z tego pozytywnego na depresyjny?

Nie ma jednego takiego czynnika, ale na pewno kontakty z ludźmi tak na mnie działają. Bardzo boję się ludzi. Rozmów z nimi. W zasadzie z nikim nie rozmawiam – poza narzeczonym i terapeutą.

Pracuje Pani?

Zdalnie. Wykonuję wolny zawód. 99 procent kontaktów, które utrzymuję z ludźmi, odbywa się przez Internet.

Rozmowa ze mną (przez Skype – przyp red.) sprawia Pani trudność?

Bardzo się jej bałam. Odchorowuję ja od 4 dni. Miałam silne stany lękowe od chwili, gdy ustaliłyśmy jej termin. Bolał mnie brzuch. Ale teraz widzę, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Zaskakująco łatwo mi to przychodzi, mimo że nigdy wcześniej tego nie robiłam i nawet nie myślałam, że będę robić.

To dlaczego się Pani zdecydowała?

Terapeuta powiedział, że powinnam próbować otwierać się na ludzi i pomyślałam, że to dobra okazja.

Kiedy ostatni raz zrobiła sobie Pani krzywdę?

Pocięłam się latem. Wcześniej miałam 8 miesięcy przerwy.

Co takiego się stało, że znowu to Pani zrobiła?

Właściwie to już nawet nie pamiętam. Nic szczególnego. Jak zwykle to był impuls.

Przewiduje Pani, kiedy znowu może się to stać?

Nie. To znaczy teraz jest już tak, że czuję narastające negatywne emocje i wiem, czym może się to skończyć, ale jak ostatecznie będzie, tego nie wiem. W każdym razie doszłam już do takiego momentu w samorozwoju, że kiedy widzę, co się dzieje, staram się z tym walczyć. Uzewnętrzniam emocje. Chcę o tym rozmawiać albo pisać. To mi pomaga. Kiedyś, jak to się zaczynało, to nie umiałam już tego powstrzymać. Nakręcałam się dodatkowo. Jedna czarna myśl ciągnęła za sobą kolejną, a ja nie chciałam, żeby to się kończyło.

Wspomniała Pani, że problemy pojawiły się bardzo wcześnie. Była Pani nastolatką. Coś konkretnego się wtedy zadziało?

W sumie to dziwne, bo w podstawówce i gimnazjum nie byłam akceptowana w grupie rówieśników, a poważne problemy zaczęły się, gdy trafiłam do szkoły średniej, w której byłam lubiana. Ludzie nawet liczyli się z moim zdaniem. Wyróżniałam się. Chodziłam zawsze w czarnym płaszczu ze skóry ekologicznej. Siedziałam w nim nawet na zajęciach. Byłam inna, ale grupa mnie akceptowała. Powodem na pewno nie były więc te relacje.

A w rodzinie?

To chyba to. Zawsze miałam dobry kontakt z rodzicami, ale kiedy byłam nastolatką, mama zachorowała na nowotwór złośliwy i rodzice podjęli decyzję, żeby nie obarczać mnie tym problemem. Kiedy wchodziłam do pokoju, rozmowy milkły. Kiedy mama miała mieć operację, wiedziałam tylko, że idzie do szpitala. Później wyjeżdżali na przykład z tatą nad morze na weekend – żeby zobaczyła plażę – a mnie o tym nie mówili. Zostałam zepchnięta na margines. Ale trudne myśli miewałam już wcześniej. Miałam 12 lat, gdy zmarła babcia i nie mogłam zrozumieć tego, że ludzie śmieją się podczas stypy. Zapytałam o to ojca, a on powiedział, że owszem, ona umarła, ale życie toczy się dalej. Wcale nie poczułam się wtedy lepiej. Wręcz przeciwnie – zaczęłam myśleć, że życie nie ma żadnego sensu.

Jaki był finał historii z chorobą Pani mamy?

Po długim leczeniu wyzdrowiała.

W jakich relacjach jest Pani teraz z rodzicami?

Od półtora roku w bardzo dobrych. Miałam 28 lat, kiedy napisałam do nich list, w którym dużo o sobie opowiedziałam. Do tamtej chwili nie wiedzieli o większości moich prób samobójczych, ani o pobycie w szpitalu. Nie oskarżałam ich o nic, ale chciałam, żeby wiedzieli, że ich postawa sprzed lat pewnie wpłynęła na to, co się ze mną stało.

Mieszka Pani z narzeczonym?

Tak. Jesteśmy razem od dziewięciu lat.

To łatwy związek, czy trudny?

Bardzo trudny. Przeze mnie. Wiele razy wszystko wisiało na włosku.

Partner od początku wiedział o Pani problemach?

Tak. Od chwili, gdy się poznaliśmy.

A gdzie się Państwo spotkali?

Online. Połączyły nas wspólne zainteresowania.

Myśli Pani czasami o tym, jak bardzo on musi Panią kochać…?

Tak. Teraz już tak. Kiedyś tego nie doceniałam. W jednej chwili myślałam, jaki jest cudowny, a za pięć minut widziałam w nim całe zło świata.

Jak wspomina Pani pobyt w szpitalu psychiatrycznym?

Byłam tam dwa razy i za każdym razem było inaczej. Po pierwszej próbie samobójczej, tej w wieku 21 lat, czułam się uwięziona, zniewolona. A po paru latach, gdy trafiłam tam trochę bardziej na własne życzenie, czułam się bezpieczna. Nawet nie chciałam wychodzić po tych sześciu tygodniach, bo bałam się tego wszystkiego, co jest na zewnątrz.

Co to znaczy, że trafiła Pani do szpitala na własne życzenie?

Zupełnie świadomie wzięłam udział w terapii na oddziale dziennym. Kiedy w niej uczestniczyłam, mój stan okazał się na tyle poważny, że wspólnie z lekarzem zadecydowaliśmy, że będzie lepiej dla mnie, jeśli przez pewien czas będę pod stałą obserwacją i opieką.

Najgorsze wspomnienie z tej drugiej strony?

Wcale nie sceny jak z horroru, czyli przypinanie pacjentów pasami do łóżka i zimne wnętrza z drzwiami bez klamek. Najgorsze było cierpienie ludzi, które widziałam.

W sensie fizycznym, czy psychicznym?

I jednym, i drugim.

Jak ocenia Pani poziom opieki?

W pierwszej placówce było fatalnie. Lekarka, która się mną zajmowała, powiedziała na przykład, że tacy jak ja się nigdy nie zmieniają i że będę miała szczęście, jeśli umrę. Za drugim razem – o wiele lepiej. Wszystko zależy od personelu. W budynku wyglądającym od zewnątrz na ruderę, można zapewnić pacjentom bardzo dobre warunki i odwrotnie. Nowoczesny obiekt może być zupełnie niesprzyjający leczeniu.

Czuje się Pani „naznaczona” pobytem w szpitalu?

Nie. To nie jest nic wstydliwego. Problemy z psychiką to choroba, jak wiele innych, tylko inaczej postrzegana.

Ale woli Pani pozostać anonimowa. W książce, a nawet w kontakcie ze mną występuje Pani pod pseudonimem. Dlaczego?

To, kim jestem w książce, to moje alter ego. Lubię je. Tamta ja jest otwarta. Umie mówić o tym, co ją porusza. Ja na tym korzystam, ale w prawdziwym świecie nie chcę być Anką M., tylko tym, kogo mam wpisanego w dowodzie. Poza tym nie chcę powodować problemów sobie i innym. Wiem na przykład, że czytelniczą mojego blogu i książki jest kobieta mieszkająca na tej samej ulicy, co ja. Ona nie wie, że ja to ja. A ja wiem, że ona to ona. Nie potrafiłabym znieść tego, że ktoś obcy może spojrzeć mi w oczy, znając moje myśli, problemy, bardzo intymne zwierzenia z książek czy bloga. Niektórzy mogliby mnie wskazywać palcem.

A myśli Pani, że tak mogłoby się dziać?

Tak. Ludzie wciąż mało wiedzą o chorobach psychicznych i stereotypowo oceniają osoby, które na nie cierpią.

Pani zaburzenia można całkowicie wyleczyć?

Są na ten temat różne teorie. Ogólnie uznaje się, że wraz z wiekiem objawy borderline ustępują i około 40 roku życia przestają być w ogóle dokuczliwe, ale każdy przypadek jest indywidualny. To, co się ze mną dzieje, to między innymi efekt nieprawidłowości w procesach biochemicznych zachodzących w mózgu. Próbuje się to leczyć farmakologicznie, ale nie na wszystkich działa to samo. Ja na przykład mam nieswoiste reakcje na leki. W pewnym momencie to bardzo utrudniało terapię. Jednak w moim przypadku głównym sposobem leczenia jest psychoterapia, na którą chodzę od ponad dwóch lat.

Myśli Pani, że byłaby w stanie samodzielnie funkcjonować? Utrzymywać się sama?

Na razie nie jestem w stanie pracować. Kilka podejść do pracy na etat kończyło się poważnymi kryzysami, hospitalizacją. Coś tam zarabiam, ale samej na pewno byłoby mi bardzo ciężko. Nie wiem, jak bym sobie poradziła. Może gdyby udało mi się żyć z pisania…

To Pani marzenie?

Tak. Od zawsze łatwiej przychodziło mi komunikowanie się w piśmie. Tworzyłam wiersze. Zapiski, które powstały podczas drugiego pobytu w szpitalu, to pierwsza tak długa forma, którą stworzyłam. Bardzo ważny element terapii – choć, kiedy zaczynałam pracę nad nimi, w ogóle o tym nie myślałam.

A gdyby książka ukazała się w wersji drukowanej (teraz jest e-bookiem – przyp. red) i konieczna była promocja, pokazałby Pani swoją twarz, spotkała się z czytelnikami na wieczorze autorskim?

Nie, to nie wchodzi w grę i mój wydawca jest tego świadomy.

Lubi Pani siebie?

Nie wiem. Chyba trochę tak. Na pewno bardziej, niż kiedyś, bo dziś inaczej o sobie myślę. Kiedy ktoś mnie pyta, jaka jestem, mówię „bardziej wrażliwa”, a nie „depresyjna”. „Twórcza”, a nie „nieumiejąca się komunikować na żywo”.

Czyli terapia działa?

Na pewno. Bez niej bym sobie nie poradziła.

Czy Pani wie, że brzmi nadzwyczaj spokojnie w rozmowie? Zupełnie nie słychać w Pani głosie zdenerwowania.

Już kilka razy to słyszałam. Ludzie tak mnie odbierają, bo na zewnątrz chyba faktycznie robię takie wrażenie. Ale w środku mnie wszystko się gotuje…

Zdarza się Pani domyślać na ulicy, że mijana osoba może mieć podobne problemy do Pani?

Tak. To widać. Kiedy drugi raz trafiłam do szpitala, pierwszego dnia zobaczyłam w świetlicy taką dziewczynę. Niby niczym się nie wyróżniała. Siedziała i pisała coś. Podeszłam i zapytałam, czy ona też ma borderline. Spojrzała na mnie i powiedziała „skąd wiesz?”

A skąd Pani wiedziała?

Nie wiem. Po prostu wiedziałam. A na ulicy wiem, jak ktoś ma puste oczy, jest nieobecny. Niby się śmieje, ale wcale go tu nie ma. Sama na pewno czasami tak wyglądam. Na przykład kiedy stoję w kolejce w sklepie i wyłączam się, żeby móc to znieść. Tych ludzi dookoła i to, że świat jest.

Myśli Pani czasami, że w tych wszystkich słabościach jest mimo wszystko jakaś siła?

Chyba jest, skoro jeszcze żyję i teraz nawet chcę żyć. To wszystko jest kwestią spojrzenia. Ja ciągle się uczę tego pozytywnego patrzenia na wszystko.

Życzę więc samych pozytywnie nastrajających widoków i dziękuję za rozmowę.