Barbara Giertych
Nikt nie okazuje mi niechęci

Pewna siebie prawniczka. Bardzo kocha swoje dwie córki, ale nie jest typem matki Polki. Nowoczesna, odważna i tolerancyjna. Nie chce, by kojarzono ją tylko z mężem. Głos w słuchawce brzmiał ostro. - O czym konkretnie będziemy rozmawiać? - wypytywała. I potem zaskoczenie. Na spotkanie do warszawskiej kawiarni przychodzi atrakcyjna, sympatyczna blondynka. Dobrze skrojony kostium podkreśla zgrabną figurę. Wystarczy kilka minut rozmowy, by zamieniła się w ciepłą i serdeczną dziewczynę. - Przyzwyczaiłam się, że ludzie są zdziwieni, kiedy widzą mnie po raz pierwszy - mówi. Widok nowoczesnej, modnie ubranej kobiety nie pasuje do wizerunku żony konserwatywnego polityka.

Marysię urodziła jeszcze na studiach. Miesiąc później miała sesję z ośmioma trudnymi egzaminami. Kiedy na świat przyszła druga córka, już pracowała i jednocześnie kończyła drugi kierunek - prawo. W pracy zaczęła się pojawiać, gdy Karolinka miała pięć tygodni. Obie dziewczynki były w tym czasie pod opieką niani. - Podziwiam kobiety, które tylko zajmują się domem, ale to ponad moje siły. Jestem lepszą, szczęśliwszą matką, jeśli jakiś czas spędzam w pracy. Jest przeciwniczką stereotypów - kobieta musi to, musi tamto. Sama nie potrafi robić niczego, czego naprawdę nie czuje. Jest bardzo zakochana w mężu. Poznali się na zjeździe Młodzieży Wszechpolskiej. On był przywódcą, ją - siedemnastolatkę - na zjazd zabrali dwaj starsi bracia. Też chciała się udzielać. Roman Giertych wypatrzył ją w tłumie. Kilka tygodni później do niej zadzwonił, spotkali się.

Dziś nie potrafi powiedzieć, za co go pokochała. To się po prostu stało. Od tamtego spotkania stali się właściwie nierozłączni. Ich miłość ciągle jest młodzieńcza. On jest romantykiem. Ona nie potrzebuje do szczęścia kwiatów i ciągłych wyznań. - Jak to się dzieje, że ciągle kochamy się jak nastolatkowie? Regularnie chodzimy na randki - śmieje się. Chociaż zaraz dodaje: - O ile w ogóle można chodzić na randki z politykiem. Już nie potrafi sobie przypomnieć, ile wspólnych wieczorów zostało odwołanych z powodu jego służbowych spotkań. A ile z nich spędziła na korytarzach sejmowych albo w pobliskich kawiarniach. - Kochanie, to potrwa tylko chwileczkę. Napij się kawy, poczytaj gazetę - słyszała wiele razy. Chwileczka przedłużała się do godziny, dwóch. Przyzwyczaiła się. Sama nie lubi bywać. Nie przyjaźni się z żonami innych polityków, choć jest pewna, że miałyby o czym plotkować.

Interesuje się polityką, ale nie rozmawia o niej z mężem. - On ma tego dość na co dzień. Dom jest po to, by w nim odpocząć, nabrać sił. Jego poglądy nigdy nie budziły w niej zdziwienia. Sama wychowała się w domu o narodowych tradycjach. Ojciec był działaczem Stronnictwa Narodowego, od lat 60. działał w podziemiu. Śmieje się, że choć poglądy mają podobne, jest od męża bardziej zasadnicza.

- Nie mogłabym się zgodzić, żeby ministrem był ktoś, kto zostawił żonę. Skoro zdradził ją, może zdradzić też kolegów - twierdzi. Pasjonuje się projektowaniem wnętrz i modą. Właściwie nie kupuje ubrań w sklepach. Ma swoją krawcową, która szyje według jej projektów. Prowadzi normalne życie. Kiedy przeciwnicy Romana Giertycha manifestują na ulicach Warszawy i krzyczą: "Za Giertycha Polska zdycha”, ona robi zakupy w osiedlowym sklepie.

Sprzedawczynie doskonale wiedzą, kim jest ta blondynka, ale nie komentują politycznych wydarzeń. Zagadują o zdrowie Marysi i Karoliny. - Nikt nie okazuje mi niechęci - mówi. - Mamy wielu prawdziwych przyjaciół o różnych poglądach politycznych. Zresztą ja nie jestem zacietrzewiona. Nie ma osoby, której nie podałabym ręki. Czuję się szczęśliwą, spełnioną kobietą. Boi się tylko jednego - że kiedyś jej córki usłyszą coś negatywnego na temat taty.

Aleksandra Kalinowska
Dla ludzi jestem tylko panią Olą

Wykształcona, elegancka. Porzuciła Warszawę i przeprowadziła się na wieś, by żyć jak sobie wymarzyła. Jej świat to Jackowo i praca w szkole. Najważniejsza rzecz - rodzina.
Niewysoka, zadbana. Kiedy parzy herbatę w kuchni, wygląda jak nastolatka.

Krótkie włosy, dżinsy i czerwony sweter. - To śmieszne, ale kiedyś kolor czerwony uważałam za krzykliwy - uśmiecha się. Zmieniła zdanie po konsultacjach z wizażystką, która współpracowała z jej mężem, kiedy został ministrem rolnictwa i wicepremierem. - Przekonała mnie, że dobrze wyglądam w żywych kolorach. Z dumą przynosi kartkę, która przyszła na adres ministerstwa: „Jest pani piękna i elegancka, w kwestii stylu powinna pani doradzać żonie Millera”.

Radosna, optymistycznie nastawiona do życia, uwielbia taniec, szczególnie ludowy. Od czasów studiów należą z mężem do zespołu ludowego. - Ja wogóle lubię ruch i muzykę - mówi. Jej dom we wsi Jackowo, 60 km od Warszawy, jest duży i przytulny. W salonie uwagę przykuwa ogromne okno, za którym rozciągają się hektary pól. - Piękny widok, prawda? - pokazuje z dumą. Świat polityki tu nie dociera.

Rytm jej dnia wyznacza szkoła, w której jest dyrektorką, praca w gospodarstwie i pięcioro dzieci. - Właściwie troje - śmieje się. - Bo dwójka już studiuje i przyjeżdża tylko w weekendy i na święta. Piętnastoletnia Danka jest u koleżanki. Pięcioletni Kacper biega, krzyczy, co chwila podbiega do mamy i szepcze jej coś do ucha. Ciepło, rodzinnie. To dlatego Jarosław Kalinowski prawie codziennie pokonuje ponad 120 kilometrów, żeby spać w domu. Nigdy nie przyszło jej do głowy, by wrócić do Warszawy. Chociaż wychowała się na warszawskim Mokotowie, od najmłodszych lat marzyła o życiu na wsi. Chciała hodować zwierzęta. To dlatego poszła na studia do Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. Tam poznała męża. W 1983 roku wzięli ślub. Chcieli mieć gospodarstwo, duży dom. Marzenia się spełniły.

Rzadko ogląda telewizję. Przed laty, kiedy mąż zaczynał karierę polityczną, denerwowała się, jak wypadnie. Dopingowała go. Ale polityka nie jest jej pasją. To tu, w Jackowie, jest jej świat. - Rodzina jest dla mnie najważniejsza - mówi. Dopóki dzieci były małe zajmowała się domem. Później dostała propozycję pracy w szkole, skończyła studia pedagogicznie. Została dyrektorem. - Cieszę się, że mam wpływ na życie naszej wsi.

Dla ludzi nie jest żoną posła tylko „panią dyrektor” albo „Olą”. Dopiero kiedy gdzieś z mężem wyjeżdżają, widzi, że jednak nie jest tylko Olą. Bawi ją, gdy ludzie proszą o autograf czy chcą zrobić sobie wspólne zdjęcie. - Na dłuższą metę byłoby to chyba nie do zniesienia - przyznaje. Nie lubi też jeździć do Warszawy, bo tam dopada ją duszna atmosfera miasta. No, chyba że wybierze się na premierę do opery czy na koncert…



Dorota Kuchcińska
Ze mną atakujący polityk nie miałby szans

Nie uczestniczy w karierze męża, wybrała spokojne życie z dziećmi w Przemyślu. Twierdzi, że w stolicy nie wytrzymałaby ani chwili. Ale uważnie śledzi wydarzenia, bo uwielbia politykę. Kariera polityczna męża wiele ją kosztuje. Nazbyt dobrze zna smak samotnych wieczorów, weekendów, bo często słyszy: nie mogę, nie przyjadę, zadzwonię później. Doskonale zna numery telefonów do fachowców, którzy naprawiają w domu to, czym nie może się zająć jej mąż. Ale się nie skarży. Twierdzi, że była na to przygotowana, w końcu decyzję, że mąż będzie kandydował do Sejmu podjęli wspólnie. Pogodzenie się z tym, że Marek Kuchciński, od kiedy został szefem klubu parlamentarnego PiS, właściwie nie bywa w domu, przyszło jej o tyle łatwo, że sama uwielbia politykę. Od roku 1989 działalność obywatelska pochłonęła ją bez reszty.

- Mama przyglądała się temu i mówiła, że powinnam gdzieś wyjść, kogoś poznać, zamiast ciągle siedzieć na zebraniach - wspomina. Ale to właśnie dzięki nim poznała Marka. Była wiosna 1989 roku, tuż przed pierwszymi wolnymi wyborami. - Spotkaliśmy się, zbierając podpisy pod listą poparcia kandydatów Przemyskiego Komitetu Obywatelskiego - wspomina. Wpadli sobie w oko. Jakiś czas później on zapukał do drzwi jej mieszkania. - Wiedział, że jestem polonistką, przyszedł poprosić o korektę tekstu do „Strychu Kulturalnego” - opowiada. - To była forma działalności opozycyjnej, nie mogłam odmówić. Od jednej korekty zaczęła się wspólna praca w różnych stowarzyszeniach, organizacjach samorządowych.

Połączyła ich przyjaźń, zainteresowania, cele, o które walczyli. Z czasem przyszła miłość. Kiedy dziesięć lat temu brali ślub, oboje byli radnymi Przemyśla. Rok później urodziła im się córka. - Mąż został wtedy w polityce, a dla mnie było naturalne, że zajmę się Julią - mówi. Dziś zajmuje się trójką dzieci - bliźniaki przyszły na świat w 2000 roku, kiedy Marek Kuchciński był już wicewojewodą podkarpackim. Rok później został posłem, wyjechał do Warszawy. Ona skupiła się na wychowywaniu dzieci i pracy w poradni logopedycznej. - Mojemu mężowi praca wypełnia życie. Ja tak nie mogę. Dla mnie praca jest ważna, ale nie może zastępować życia - wyznaje. W rodzinnym mieście jej życie ma spokojny rytm. Kiedy mąż rozwiązuje sprawy wagi państwowej, ona odwozi sześcioletnich bliźniaków Szymka i Ignasia oraz dziewięcioletnią Julię do przedszkola i szkoły, a potem jedzie do pracy. Po południu koniecznie spacer. - Nie umiałabym funkcjonować gdzieś, gdzie nie ma zieleni, przyrody. Dlatego ani przez chwilę nie brała pod uwagę przeprowadzki do Warszawy.

Nigdy nie była w Sejmie. - Ilekroć w polityce robi się gorąco i zanosi się na rozwiązanie parlamentu, mówię sobie: „muszę pojechać, zobaczyć to od środka” - opowiada. - Ale wtedy zawsze okazuje się, że tu muszę coś załatwić, na przykład iść z dzieckiem do lekarza, a to jest dla mnie znacznie ważniejsze. Jednak polityka, którą Dorota Kuchcińska odstawiła na margines, coraz częściej do niej wraca. Choćby wtedy, gdy jej córeczka siada przed telewizorem, żeby oglądać debaty z udziałem ojca.

- Ona to lubi. Staram się, żeby dzieci jak najrzadziej oglądały takie programy - mówi. - Poziom debat jest jaki jest, a dzieciom trudno wytłumaczyć, dlaczego ten pan czy ta pani są niemili dla ich tatusia. Czasem dzwoni jednak do męża i zwraca uwagę, że był za łagodny. - Często używa zwrotu: „Ja bardzo pana przepraszam”, więc pytam: „A za coś ty go przepraszał?!” - śmieje się. - Ze mną taki atakujący polityk nie miałby szans, zagadałabym go. W takich sytuacjach budzi się w niej uśpione zwierzę polityczne. Nie kryje, że na pewno kiedyś wróci do polityki. Czeka tam na nią mnóstwo ważnych, niedokończonych spraw.



Halina Borowska
Zostałam żoną wspierającą

Bizneswoman, która dla męża zrezygnowała z kariery. Przypomina mu o spotkaniach, terminach. Pilnuje, by zjadł śniadanie, poszedł na badania. Bez niej by nie istniał.

- No cóż, kiedyś wyobrażałam sobie, że mój mężczyzna będzie się mną opiekował, postawiłam jednak na rozum i inteligencję - śmieje się. Siedzimy w jej pięknej kuchni w mieszkaniu na warszawskiej Sadybie. Halina Borowska robi wrażenie osoby świetnie zorganizowanej. Konkretna, pewna siebie, elegancka.

Męża poznała w 1966 r. Marek szukał partnera do brydża przed jakimś turniejem. - Może spróbowałbyś z Haliną - zaproponowała ich wspólna koleżanka. Cztery lata później się pobrali. To on nauczył ją kochać politykę i o niej rozmawiać. Nigdy nie zamierzała stać w cieniu męża, rozwijała się zawodowo. - Praca jest zbawieniem dla każdego normalnego człowieka - mówi. Zdarzało się, że pracowała znacznie więcej od Marka Borowskiego. I zawsze więcej zarabiała.

Podczas kampanii prezydenckiej gazety nazywały ją jedyną bizneswoman wśród żon kandydatów na prezydenta. Przez 11 lat była prezesem firmy zajmującej się produkcją i eksportem odzieży. Wcześniej w tej samej firmie pięła się po szczeblach kariery. Najpierw handlowiec, potem kierownik działu, w końcu - dyrektor handlowy. Zawsze często wyjeżdżała. Delegacje czasem trwały kilka dni, a czasem nawet kilka tygodni. Wtedy domem i Kubą, ich synem, zajmował się mąż. Ale nawet ona, kobieta, dla której własna kariera była bardzo ważna, w którymś momencie podporządkowała ją mężczyźnie. W 2001 roku, kiedy Marka Borowskiego wybrano marszałkiem Sejmu, zrezygnowała z funkcji prezesa i chociaż została w radzie nadzorczej firmy, postanowiła objąć funkcję „żony wspierającej”. - Cóż, pewnych rzeczy nie da się pogodzić - mówi. Została jego oficjalną asystentką. W nowej pracy najbardziej przerażały ją te wszystkie telefony i faksy, które po raz pierwszy musiała sama wykonywać i wysyłać. - Nie wiedziałam, że to zajmuje tyle czasu - śmieje się.

W telewizji ogląda debaty polityczne, a w gazetach szuka nazwiska męża. Kiedy czyta o nim coś złego albo jej zdaniem nieprawdziwego - bardzo się martwi. To zwykle on ją pociesza, mówiąc: „Ech, uszatku, nie przejmuj się”. Dba o jego wizerunek, denerwuje się, kiedy mąż założy niepasujący do garnituru krawat, czy wybierze złą koszulę. Dzień wcześniej zawsze przygotowuje mu ubranie. - Ale czasem Marek wyjeżdża i wtedy tracę nad tym kontrolę - mówi z uśmiechem. Mówi, że częsta nieobecność bliskiej osoby nie musi oznaczać samotności. Pisze blog, uczy się języków (aktualnie szlifuje rosyjski), uwielbia spotykać się z przyjaciółmi, grać w brydża, scrabble. Jeśli tylko mąż jest w domu, robią to wspólnie.

Bardzo rodzinna. W domu państwa Borowskich często dymi zupa z kalafiora - ulubiona potrawa wnuczka, a w garnku dochodzi wołowina na sztukamięs - ulubione danie Marka Borowskiego. Jest szczęśliwa, kiedy cała rodzina przychodzi na kolację: syn z żoną oraz trójką wnuków - Jasiem, Antosiem i Kajtkiem. Te spotkania - jak mówi - mobilizują ją do dalszej aktywności.

Plany? Myśli o założeniu firmy, być może doradczej. Ale podkreśla: - Jeśli w jakiś sposób będzie to przeszkadzać w karierze męża, zrezygnuję z tego pomysłu.