"Przepisy Joli" to blog, który wystartował 1 stycznia 2014 roku. Jola Caputa, która jak sama o sobie mówi, na co dzień jest żoną, matką i babcią, zamieszcza na nim posty z przepisami, głównie na klasyczne dania polskie, często w nowej, nieco zmienionej odsłonie. Już po zaledwie dwóch miesiącach blog zaczął notować imponujący, jak na debiut, wynik ponad 300 tys. wyświetleń miesięcznie. Obecnie stronę odwiedza ponad milion użytkowników, a jej profil na Facebooku ma już ponad 578 tys. obserwatorów. "Przepisy Joli" na YouTube miały z kolei ponad 17 milionów wyświetleń.

Zanim zaczęłyśmy tę rozmowę poprosiłaś mnie żebym mówiła do ciebie na "Ty". Dlaczego?

Kiedy pracowałam w wydawnictwie wszyscy byli bardzo młodzi, tylko ja jedna byłam "staruchą". Wszyscy ciągle zwracali się do mnie "pani Jolu" i "pani Jolu". Strasznie mnie to denerwowało, ten dystans, który się tworzył. Dlatego też, gdy tylko kogoś spotykam na swojej drodze od razu proszę, żeby mówił do mnie po imieniu. Sama tak robię w sklepie, do którego chodzę po zakupy. Mam nadzieję, że te panie nie mają mi tego za złe, bo już znamy się tyle lat (śmiech).

A więc Jolu…twój blog, czyli "Przepisy Joli", który stworzyłaś, po dwóch miesiącach istnienia miał ponad 300 tys. wyświetleń miesięcznie. Skąd pomysł żeby właśnie tak się realizować?

Jak już wspomniałam pracowałam w dużym wydawnictwie kulinarnym. W jednym z pism miałam swój kącik kulinarny, w którym polecałam przepisy na swoje ulubione potrawy. Byłam ekspertem kulinarnym, który udzielał rad. W pewnym momencie zauważyłam, że brakuje mi bezpośredniego kontaktu z ludźmi, a ja kocham ludzi, jestem towarzyska. Pomyślałam, że może to odpowiedni moment i czas żeby założyć coś swojego, żeby dzielić się swoją wiedzą w tym internetowym świecie. Tak zaczęła się moja przygoda z blogiem.

Szybko opanowałaś technikę i poznałaś tajemnice internetu?

W tym pomagały i do dziś pomagają mi moje dzieci. Aż taka komputerowa nie jestem jak młodzież, która odwiedza mojego bloga.

No właśnie kto najczęściej odwiedza "Przepisy Joli"?

Średnia wieku jest bardzo szeroka, bo zarówno młodzi, jak i starsi, ale rzeczywiście to młode pokolenie jakoś mnie polubiło i korzysta z moich porad oraz przepisów. Prowadzę bloga od pięciu lat, ale ogromny boom i szał na to, co na nim zamieszczam, zauważyłam rok temu. Muszę przyznać, że czuję z tego powodu ogromną satysfakcję. Nie tylko dlatego, że rozmawiam z tymi ludźmi na tematy kulinarne, ale poruszamy też różne prywatne sprawy, rozwiązujemy wspólnie problemy.

Chcesz powiedzieć, że pytają nie tylko o to, jak coś ugotować, ale też jak żyć?

Zdarza się i tak, choć najczęściej rzecz jasna pytają o kulinaria.

Z czym mamy zazwyczaj największy problem?

Najczęściej zadawanym pytaniem jest "Co zrobić na obiad w piątek?". To jest największy problem Polaków, bo duża część wciąż przestrzega postu w piątek. Dlatego też pytają się, co można zrobić najszybciej, najprościej, by nie stać za długo przy garach w kuchni. Ludzie młodzi, którzy wyjechali za chlebem, pozakładali swoje rodziny z dala od domu, chcą z kolei odtwarzać smaki z dzieciństwa, gotować tak, jak robiła to ich mama, babcia. Nie dociekam dlaczego zwracają się z tym do mnie, a nie do swoich rodzicielek, ale jest mi z tego powodu bardzo miło.

PRZEPISY NA PIĄTKOWY OBIAD ZNAJDZIESZ TU>>>>>

To jakich przepisów i dań jesteśmy spragnieni najbardziej?

Klusków i pierogów. Bardzo dużo osób po wypróbowaniu moich przepisów, pisze, że to co im wyszło, przypomina smak z ich dzieciństwa. Nie każdy, kto korzysta z moich receptur musi i interesuje się gotowaniem, czasem po prostu chce zabłysnąć przed rodziną i ja mu w tym pomagam (śmiech).

A twój smak z dzieciństwa? Przepis odziedziczony od babci, czy mamy?

Babci niestety nie pamiętam, ale w moim domu gotowało się bardzo dużo, a właściwie robił to głównie tata. Miał przeróżne pomysły. Swego czasu prowadził nawet restaurację, stąd to gotowanie wzięło się w naszym domu. Przyznam szczerze, że wolałam nawet, jak gotuje tata, a nie mama.

Dlaczego?

Mama trzymała się zawsze przepisu, a tata lubił eksperymentować. Tworzył coś nowego, wymyślał. Jest taki przepis, który wielokrotnie odtwarzałam, ale jego smak mi jakoś nie wychodzi. To kotlety, dziś powiedzielibyśmy, że to bardziej burgery z fasoli i bobu. Być może nie uzyskuję tego samego smaku, bo tata piekł je w piecu węglowym. Inną rzeczą, którą pamiętam do dziś i, którą robił tylko raz w roku, była wielkanocna nadzianka. To były pieczone wcześniej w piekarniku twarde placki, podobne do ciasta na makaron, tylko nieco grubsze. Łamane na nieregularne części, wymieszane z farszem jajecznym z podrobami Wkładał do keksówki i to piekł. Dla mnie Wielkanoc miała więc smak nie jajek faszerowanych, ale tej nadzianki.

A co jest hitem wśród twoich przepisów?

Sporym powodzeniem cieszą się udka po kujawsku. Dużo osób wyszukuje przepisy na imprezy, czy na sajgonki, ale największym powodzeniem cieszą się klasyki. Choć staram się, aby czasem były one w innym wydaniu. Na przykład do łazanek nie dodaję kapusty, tylko fasolę „Jaś”. Zanim jednak coś zmienię w klasyce, coś zaproponuję moim fanom, to testuję to we własnej kuchni i podaję przepis z dokładną gramaturą, a nie na oko.

A szybkie danie według ciebie to…

Na przykład ugotowany al dente makaron z podsmażonymi na maśle listkami szałwii i parmezanem. Przepyszne, zdrowe jedzenie.

Czy blog to twój sposób na życie na emeryturze?

Nie siedzę przed telewizorem, nie mam na to czasu. Gdybym tak siedziała i patrzyła w ekran, to pewnie byśmy się z mężem zaczęli kłócić, a tak to i na to nie mam czasu, więc żyjemy w zgodzie (śmiech). Szczerze powiedziawszy, to owszem bałam się trochę tej emerytury. Może dlatego, że byłam cały czas na chodzie. Ale na dobre wyszło, jak widać. Emerytura, to nie wyrok. Widzę, że ludzie w moim wieku, którzy kończą swoje zawodowe życie zamykają się w domach, robią się niedołężni, a ja uważam, że żyć należy na pełnych obrotach. Na tyle, na ile życie pozwala.

Masz jeszcze jakieś hobby oprócz gotowania?

Tak. Zbieram porcelanę. Niestety już mam niewiele miejsca w domu, więc się ograniczam, ale często wolę kupić porcelanę niż sukienkę.

A jest coś czego nie lubisz jeść i gotować?

Nie przepadam za krupnikiem. Nie lubiłam go w wydaniu mojej mamy, a w swoim, jak muszę to zjem. Moja mama zawsze gotowała krupnik na kościach, ja gotuję na żołądkach albo sercach. Odrzucało mnie zawsze i do tej pory mam alergię na to, jak znajdę w zupie kość. Nie ma prawa pływać żadna, nawet drobna, za to lubię dodać do krupniku dużo świeżego koperku.