Zostałaś prowadzącą program "Justyna Żyła. Pierzemy brudy do czysta". Będziesz godzić w nim skłócone pary?

Absolutnie nie. Nie będę im doradzała, od tego są psychologowie, mediatorzy obecni w naszym zespole i w programie. Ja będę umożliwiała osobom, które mają niepozałatwiane sprawy przeszłości, są ze sobą skłócone, spotkanie w komfortowych warunkach. Można powiedzieć, że moja rola sprowadza się do tego, by nie było przysłowiowego trzaskania drzwiami, uciekania od problemów.

Sama tego doświadczyłaś? Ten program w pewnym sensie opiera się na tym, co ty sama przeżywałaś przez ostatni rok?

Też nie do końca. To nie jest program tylko i wyłącznie o związkach partnerskich, czy małżeńskich, ale też relacjach między przyjaciółmi, których drogi rozeszły się w dziwnych sytuacjach losowych. Szczerze powiedziawszy sama dużo się od nich uczę. Analizuję, czego nie robić w przyszłości, czasem na chwilę patrzę wstecz i zastanawiam się, co ja sama źle zrobiłam. Niektórzy bohaterowie programu tak długo noszą w sobie te złe emocje, że po kilku latach, wciąż nierozwiązanych problemów, nadal w nich tkwią. Czasem wybuchają, a czasem nie mogą znaleźć ujścia.

A jak jest z tobą? W tobie ta złość wciąż tkwi?

Nie. A co? Widać żeby tkwiła? (śmiech).

To ty mi powiedz. Domyślam się, że cała sytuacja medialnego szumu wokół twojej osoby, rozstania z Piotrem, do łatwych nie należała.

Jestem osobą, która stara się tak jak szybko coś przyszło, tak szybko to przetrawić i iść dalej. Owszem trochę to trwało. Była złość, płacz, pytania, dlaczego ja, dlaczego tak. Po kilku miesiącach doszłam jednak do wniosku, że trzeba tę przeszłość zostawić daleko w tyle, daleko za sobą, bo nie cofnie się czasu, nie naprawi pewnych spraw.

To, po co i komu potrzebne były te medialne oskarżenia, wpisy na Instagramie?

Moim zamiarem, choć pewnie mało, kto w to uwierzy, nie było to, żeby przez rozstanie zaistnieć w mediach. Nie chodziło mi o zdobycie popularności, czy publiczne dokopanie mojemu byłemu mężowi. Prawda jest taka, że miałam otwarty profil na Instagramie, na który każdy mógł wejść, zobaczyć, co tam piszę. W tamtym czasie byłam osobą mało rozeznaną w tych wszystkich mediach społecznościowych, elektronice. Zresztą do dziś tak jest, że nie zawsze wszystko ogarniam. Ktoś ten wpis zauważył, podłapał i medialna fala poszła. Zrobił się szum, było głośno, ale z dzisiejszej perspektywy myślę sobie, że może tak właśnie miało być. Nie cofnę czasu, a nawet gdybym mogła, to chyba bym go nie cofnęła.

Podobno nic nie dzieje się przez przypadek…

Jestem podobnego zdania. Myślę sobie, że ktoś tam na górze postanowił sobie, że wszystko wydarzy się tak, a nie inaczej. Trzeba to zaakceptować, iść dalej do przodu. Tym bardziej, że mam dwójkę fantastycznych dzieciaków i to one dają mi pozytywnego "powera" do życia. Tak jak mówię, oczywiście zdarzało mi się być złą na to, co się dzieje, popłakać w samotności, wykrzyczeć to, co leżało mi na sercu i wątrobie, czasem zrobić jakąś kolejną głupotę, ale nie zakopałam się pod ziemię, nie schowałam przed całym światem. I to też nie było dobrze odbierane.

Co masz na myśli?

Ludzie zarzucali mi, że chodzę umalowana, dobrze ubrana, mam zrobione włosy. Pewnie wielu z nich chciałoby żebym kreowała się na cierpiętnicę, która założy worek na ziemniaki, burkę albo habit i zamknie się w klasztorze. Niestety zmartwię ich, nie jestem takim typem kobiety. Chociaż z drugiej strony, gdy pojawiały się komentarze na mój temat, nie potrafiłam się nie przejmować, dużo rzeczy we mnie siedziało, przeżywałam to, sporo tego, co zrobiłam, robiłam w emocjach, bo jestem kobietą z temperamentem. Na szczęście moją zaletą, jest to, że szybko mi przechodzi.

Nadal zerkasz na te komentarze?

Nie idzie tego ominąć. To taka głupia ciekawość, choć częściej staram się nie zerkać, niż zerkać.

Na kogo mogłaś liczyć w tych trudnych chwilach?

Mam bardzo dużą rodzinę i wielu przyjaciół, na których zawsze mogę polegać. To nie było tak, że Piotrek nagle zniknął z domu i ja zostałam w nim sama, samotna, bez bratniej duszy u boku. On jako sportowiec, większość czasu spędzał poza domem – na treningach, zawodach. Nie miałam poczucia, że nagle pojawia się jakaś luka, wyrwa po ukochanym mężu. Ci ludzie, którzy zawsze byli obok mnie, zostali. Pomogły mi rozmowy z psychologiem, chociaż nie do końca wiem, czy tak naprawdę potrzebowałam tych spotkań. Wiedziałam, że przede wszystkim muszę sobie sama ze sobą poradzić, sama ze sobą się dogadać. Być może psycholog, z którym pracowałam, nie do końca mi podpasował. Teraz jestem na etapie, kiedy staram się być uśmiechnięta i zadowolona.

Pochodzisz z rejonu, który postrzegany jest jako bardzo konserwatywny, w którym małżeństwa broni się do końca.

Oczywiście nie było tak, że nie chciałam walczyć. Chciałam ratować ten związek, zadbać o to by ojciec moich dzieci nadal był z nami, ale wyszło jak wyszło. To, że górale postrzegani są jako dosyć konserwatywni, nie oznacza, że rozwody to temat tabu. Są wszędzie, więc i w naszych stronach się niestety zdarzają.

Sąsiedzi gadali?

Kiedy to wszystko się działo, jeszcze nie mieliśmy sąsiadów. Nasz dom znajdował się na małym odludziu. Ale pokaż mi sąsiadów, którzy nie gadają, którzy nie lubią obrobić ci przysłowiowej d…

A jak dziś wygląda twoja relacja z Piotrem?

Staramy się tak to wszystko poukładać, żeby było w miarę normalnie. Oczywiście na to potrzeba czasu i chęci, które są po obydwu stronach. Po rozstaniu, prowadziłam wiele długich rozmów z moimi koleżankami, które też się rozwiodły. Niektórym ustabilizowanie sytuacji i rozpoczęcie życia na nowo zajęło pięć lat, niektórym kilka miesięcy. Różnie to w życiu bywa. Ja mam nadzieję, że będzie jak najlepiej.

Niektórzy dziwili się, że razem z dziećmi oglądasz skoki.

To mnie bardzo rozbawiło. Po pierwsze kręciłam wtedy program, po drugie poszłam z dziećmi, bo chciały iść. Zawsze oglądamy skoki. Adam Małysz to moja rodzina, a te imprezy, to też okazja żeby spotkać pół rodziny, która w tej dyscyplinie bierze udział. To zawsze była i jest okazja żeby pogadać, zobaczyć się. Prawda jest taka, że czego bym nie zrobiła, będzie odbierane w innym kontekście i z innymi zamiarami, niż było to moim założeniem. Już się do tego przyzwyczaiłam. Nie chcę się z niczego tłumaczyć, ale to na pewno nie jest żadna gra dziećmi. To na dłuższą metę nie zdaje egzaminu.

Jak wasze dzieci odnajdują się w całej tej sytuacji?

Jestem z nich bardzo dumna. Są mądre i bardzo dojrzale znoszą całą tę trudną, szczególnie dla nich, sytuację. Na tyle, na ile jest to możliwe, spędzają czas ze swoim ojcem. Czasu się nie cofnie, ale robimy wszystko żeby jak najmniej na tym ucierpiały.

Jakie są twoje dzieci?

Mądre. Zaskakują mnie swoją dojrzałością, zrozumieniem dla mnie. Uwielbiam to, że nie wstydzą się mówić: „Kocham cię mamo”. Nawet starszy syn nie ma z tym problemu. Urzekają mnie swoją szczerością i dobrocią.

Odkąd media zaczęły się o tobie rozpisywać, a ty sama wykorzystałaś swoje pięć minut, co się zmieniło?

Kiedy mleko się rozlało, co tak jak mówię, nie było moim zamiarem, w pewnym momencie ten cały szum mnie przerósł. Na szczęście na mojej drodze pojawiła się Kasia, moja obecna menedżerka, która pomogła mi te jak mówisz, "pięć minut" wykorzystać. Zaczęłam pracować nad blogiem o gotowaniu, o którego już dawno dopominali się moi znajomi, a kolejne propozycje to był efekt tej śnieżnej kuli mojej rozpoznawalności (śmiech).

Co ci ta sława dała?

Wciąż największym moim priorytetem są moje dzieciaki, ale to, że przyjadę na nagrania do Warszawy na dwa dni, to jest dla mnie oddech, odskocznia od codzienności. Nie było we mnie takiego zdrowego egoizmu, żeby coś zrobić dla siebie. Wszystko było dla dzieciaków, pod Piotrka. Logiczne, bo to on zarabiał, on wyjeżdżał, on trenował, on się realizował, a ja wychowywałam dzieci. I nie miałam nigdy o to pretensji. Teraz dzieci są na tyle duże, że mam ten komfort, że mogę skupić się trochę bardziej na sobie, swoich pasjach. Uwierzyć w siebie i to, że potrafię.

Ta krótka kariera nauczyła cię wiary w siebie?

Również, ale nauczyła mnie też tego, że nie warto zbytnio ufać ludziom, niestety.

A sesja w Playboyu?

To był przede wszystkim prezent na 30. urodziny. Chciałam poczuć się kobieco, seksownie. Już dawno myślałam o takiej sesji, swojej, prywatnej, ale nigdy nie mogliśmy się terminowo zgrać z fotografem. Gdy pojawiła się propozycja, pomyślałam, czemu nie. Znajomi też mnie do tego mocno namawiali, tłumacząc, że to subtelne, ładne zdjęcia, a dużo więcej nagości w wulgarnym wydaniu można znaleźć w sieci. Te zdjęcia są bardzo artystyczne. Zrobiłabym to drugi raz, w sensie takim, że tego nie żałuję. Na razie drugiej propozycji nie mam i na razie drugi raz się nie rozbiorę, choć takie plotki krążą w sieci.

ZOBACZ WIĘCEJ TUTAJ >>>>>>

Jesteś otwarta na nową miłość?

Wszyscy mnie o to pytają. Nie myślę o tym. Faceci dla mnie nie istnieją, nie zauważam ich, są niewidzialni. Nie mam ani czasu, ani ochoty. Mam moje kochane dzieciaki, mam pracę. Muszę i chcę się w tym odnaleźć.

Co lubisz w sobie?

Jestem kobietą z temperamentem, ze specyficznym poczuciem humoru, który nie każdy rozumie. Niejednego może ono urazić, więc często muszę tłumaczyć, że żartowałam. Staram się być uśmiechnięta. Polubiłam w sobie to, że jestem bardziej otwarta, mniej nieśmiała, a gdy się wkurzę to umiem komuś ostro dowalić.

Jakie masz marzenia?

Marzę o własnej, malutkiej restauracji w Wiśle. Nie typowej karczmie, jakich wiele, ale z trochę innym menu, innym stylem. Innych marzeń nie chcę zdradzać, bo się boję, że się nie spełnią.