"Życzę Państwu dobrej nocy"

Blisko pół wieku temu odczułam po raz pierwszy brzemię publicznej odpowiedzialności. Byłam wtedy spikerką i początkującą dziennikarką. Była piękna wrześniowa noc. Stałam w oknie na 27. piętrze Pałacu Kultury, z którego wtedy emitowano jedyny w Polsce program telewizyjny. Właśnie milionom Polaków powiedziałam "życzę Państwu dobrej nocy". Po tych słowach powoli wygaszały się światła w domach. Patrzyłam na to z zachwytem, do momentu, w którym zdałam sobie sprawę, że to właśnie ja między innymi spowodowałam ten koniec dnia Kowalskich. Poczułam wagę słów wypowiadanych w telewizji.

Pojawiła się wtedy trema. Kilkanaście zdań, które miałam do powiedzenia poprawną polszczyzną w ciągu dyżuru, było przeze mnie szlifowanych na blachę, sprawdzanych, konsultowanych. Każdą uwagę od kolegów, a nie daj Boże od widzów, przeżywałam boleśnie. Analizowałam każdy swój występ. Zazdrościłam innym łatwości i swobody, z jaką pełnili swoje obowiązki.

Koniec "sprzedwania" swojej twarzy

Wtedy telewizja i ludzie, którzy w niej pracowali, byli pod ścisłą kontrolą władzy. Ale nie docierało to w pełni do mojej świadomości w prawdziwym - jak dziś - wymiarze. Z czasem zaczęłam sobie uświadamiać, że przecież to, co się działo na ekranie telewizora, łącznie z tym, co mówili inni ludzie, nie ja, tak czy owak firmowałam po części własną twarzą. Postanowiłam, że już nigdy więcej nie będę "sprzedawać" swojej twarzy. Po 1981 r. przez dwadzieścia lat nie pokazywałam się na ekranie. Choć przez lata pracy w TVP odpowiadałam za kształt i produkcję wielu programów ("Camerata", "5.10.15", "Czar par"), dziś wiem, że tak naprawdę ciężar prawdziwej odpowiedzialności poczułam dopiero jako prezes Fundacji TVN "Nie jesteś sam". I to nie z powodu odpowiedzialności za finansowo-organizacyjną stronę działalności fundacji, a za wybory dramatycznie trudne - komu pomóc?

Zamiast wzruszenia - działanie

W 2001 roku pojawił się w grupie TVN projekt stworzenia fundacji charytatywnej. Postanowiono, że na czele tego przedsięwzięcia stanę ja. Początkowo wyobrażałam sobie, że będzie to żebranina po firmach. Proszenie o pieniądze. Zaczęłam od konsultacji z osobami, które już takie fundacje prowadziły. Od pani Jolanty Kwaśniewskiej i Małgorzaty Solorz-Żak. Obie panie starały mi się uzmysłowić skalę odpowiedzialności za prowadzenie tak wielkiego i ważnego społecznego przedsięwzięcia. Postanowiłam spróbować. Byłam ciekawa, czy sobie poradzę z tym zupełnie dla mnie nowym zadaniem. Pierwsze listy, które czytałam osobiście, były porażające. Nie zdawałam sobie sprawy z rozmiaru tragedii, jakie mogą dotknąć aż tak wielu ludzi. Bieda połączona ze skomplikowanymi chorobami. Startowałam z pracą w fundacji z ogromnymi wewnętrznymi oporami. Nie jestem osobą, która łatwo się wzrusza. Gdy się stykam z nieszczęściem, raczej nie płaczę, staram się działać. I sądzę, że ta cecha okazała się bardzo pożyteczna w mojej nowej pracy. Fundacja TVN dysponuje potężną bronią, jaką jest dostęp do telewizji. Nie trzeba żebrać. Wystarczy wiarygodnie opisać telewidzom zdarzenia i pokornie prosić o nadsyłanie pieniędzy, czyli SMS-ów.

"Zielone drzwi"

Wprowadziłam na antenę fundacyjny program "Zielone drzwi", dzięki któremu znów poczułam się w swoim żywiole. Jak by nie było, około 40 lat spędziłam na robieniu telewizyjnych programów. "Zielone drzwi" zarabiają także spore pieniądze dla podopiecznych fundacji. Początkowo spędzałam godziny na nagraniach. Przeprowadziliśmy kilka znaczących akcji. Odnowiliśmy wspólnie z fundacją Jolanty Kwaśniewskiej, pod telewizyjną wodzą Rinke Rooyensa, prawie wszystkie kliniki Centrum Zdrowia Dziecka, wybudowaliśmy Klinikę Patologii Noworodka w Krakowie. Regularnie, kiedyś z programem "Pod Napięciem", a teraz z "Uwagą" przygotowujemy specjalne świąteczne wydania programów fundacyjnych.

Wyjąć rękę z kieszeni i położyć na sercu..

Nigdy nie chciałam być damą, która "wspomaga" biednych. Jestem po prostu osobą, mającą dosyć łatwy dostęp do narzędzi (telewizja), którymi można zdobywać pieniądze, nie biegając od firmy do firmy (zresztą większość bogatych firm ma swoje własne fundacje i nie ma zamiaru dzielić się z innymi). Kiedyś zarząd TVN nie był zachwycony, gdy próbowałam "wepchnąć" nadmiar wzywających do pomocy spotów, czy zabiegałam o stałe miejsce dla "Zielonych drzwi". Dziś mogę im tylko podziękować, że tak szybko wyjęli rękę z kieszeni i położyli na sercu. Chęć pomagania to stan umysłu, a właściwie rozumu, a rozum dyktuje: jeśli mam, to daję. Gdy się przywykło przez całe życie pracować, trudno nagle odseparować się od działania, choć nachodziły mnie myśli: wsiąść do pociągu byle jakiego...

Wiem, jak wygląda bieda

Ja, moja rodzina, przyjaciele przez większą część życia żyliśmy skromnie, zmagaliśmy się z chorobami, spotykaliśmy biednych ludzi. Ale dopiero dziś, po prawie sześciu latach działalności fundacji, mogę powiedzieć, że wiem, jak wygląda prawdziwa bieda, tragedia ciężkiej choroby, nieszczęście matki, której skromna renta nie starcza na życie, a cóż dopiero na leczenie dziecka. Ponieważ fundacja jest utrzymywana przez TVN, postanowiliśmy, że przede wszystkim będziemy pomagać bohaterom reportaży telewizyjnych. To był i mądry, i bezpieczny ruch. Osoby, którym zaczęliśmy pomagać, były sprawdzone przez dziennikarzy. Nie wchodziło w grę oszustwo, a dziennikarz mógł nie tylko pokazać czyjś dramat na antenie, ale także dzięki fundacyjnym pieniądzom często całkowicie zmienić życie swojego bohatera.

Kiedyś obejrzałam reportaż, z którego jeden obraz do dziś mam przed oczami. W małym pokoju matka między dwoma łóżkami. Za oknami pole zwiędniętych goździków (rodzina przed tragedią zajmowała się ogrodnictwem). Na jednym łóżku kilkunastoletni chłopak w śpiączce, na drugim dwudziestoparoletni, też w śpiączce. Jeden w ostatniej chwili odcięty od sznura, na którym chciał się powiesić z miłości, drugi cudem uratowany z wypadku samochodowego. Dwóch synów. Między nimi bezradna, zrozpaczona matka, ze ssakami odsysającymi niebezpieczną wydzielinę z płuc. Dramat niewyobrażalny. Z podobnymi stykamy się na co dzień w fundacji. Trzeba dużo siły, by przez to codziennie przechodzić.

Moje życie jest pożyteczne

Mimo iż ja i moja rodzina staramy się zminimalizować nieszczęścia wokół nas, dotyczące najbliższych, to coraz trudniej nam się cieszyć np. świątecznymi zakupami. Świadomość i namacalność nieszczęścia, wiedza o tym, jak wielu Polaków żyje w prawdziwej biedzie, ciąży mi coraz bardziej. To z jednej strony, z drugiej zaś dopiero teraz mogę powiedzieć, że życie moje i całej fundacyjnej rodziny nareszcie jest naprawdę pożyteczne. Robimy coś ważnego. Potrzebnego. Ten stan satysfakcji z niczym nie da się porównać - ani z czasami mojej niegdysiejszej popularności, ani z jakąś akceptacją programów, które kiedyś robiłam.

Bożena Walter urodziła się w 1938 roku w Krakowie. Tam też na Uniwersytecie Jagiellońskim ukończyła Wydział Filologii Orientalnej. W latach 70. i 80. była jedną z najpopularniejszych dziennikarek i prezenterek Telewizji Publicznej. Była też współautorką i współprowadzącą słynny program "Studio 2". Kierowała także programem dla dzieci 5-10-15. W 2002 roku na 50-lecie TVP otrzymała statuetkę Gwiazda Telewizji Polskiej. Prywatnie żona Mariusza Waltera, założyciela TVN. Ma dwie córki Sandrę i Katarzynę oraz syna Piotra, obecnie prezesa TVN. W 2001 roku założyła Fundację TVN "Nie jesteś sam".