Trudno dzisiaj rozpoznać w blond wampie dziewczynę, która jakby od niechcenia wygrała "Szansę na sukces".

Katarzyna Cerekwicka: Zmieniłam się nie tylko fizycznie. Ale nie chciałabym być oceniana za wygląd. Nie jestem modelką, a często muszę wysłuchiwać uwag na ten temat. Jestem, jaka jestem, nie noszę rozmiaru 36, nie będę się katować dietą.

Wierzysz już, że twoja kariera dzieje się w realu, czy cały czas szczypiesz się w rękę?

K. C.: To jeszcze do końca do mnie nie dociera. Czasem patrzę na twarz z okładki płyty jak na kogoś obcego. Szokiem było dla mnie, kiedy tysiąc osób przyszło na koncert. Pytałam, czy po mnie występuje jakaś gwiazda.

Nie mierzyłaś tak wysoko?

K. C.: Nigdy. Moim marzeniem było zobaczyć Warszawę. Kiedy w podstawówce moja klasa jechała do stolicy, ja akurat byłam chora. Po latach silną grupą ze znajomymi jeszcze z podstawówki wsiedliśmy w nocny pociąg i pojechaliśmy m.in. do „Szansy na sukces”.

W tym programie pokazuje się mnóstwo nieprzeciętnie utalentowanych osób. Jak myślisz, dlaczego wygrałaś?

K. C.: Szkoła muzyczna daje pewność siebie. Wiedziałam, że mnie nie zje trema. Gdy niedawno oglądałam tamto nagranie, stwierdziłam nawet, że chyba mam talent. Sama siebie zaczęłam podziwiać za to, że ja, siedemnastoletni dzieciak, dałam radę.

Nie jesteś tamtym dzieciakiem. Czujesz się już panią Katarzyną?

K. C.: Czuję się Kasią, Kaśką, ale nie Katarzyną, bo to brzmi twardo i zobowiązująco. Wiem, że ludzie mnie odbierają jako osobę zimną i niedostępną, a ja jestem ciepłą kobietką.

Śpiewasz ukochanemu do ucha?

K. C.: Nie, ale tylko jemu i rodzicom mogę oddać stuprocentową siebie. Oni mnie nie zranią.

Specjaliści od spraw damsko-męskich twierdzą, że nieposkromiona szczerość może tylko zaszkodzić związkowi.

K.C.: Lubię się podroczyć, troszeczkę ponarzekać jak każda kobieta. Mężczyzn trzeba czasem wodzić za nos. Ale po co udawać kogoś, kim się nie jest. I jakie to męczące.

Ty wykładasz kawę na ławę?

K. C.: Z moim narzeczonym poznaliśmy się, gdy obydwoje byliśmy po dosyć bolesnych rozstaniach. Musieliśmy wiedzieć, co do siebie czujemy. Byłam nawet gotowa zrobić pierwszy krok. W ogóle lubię jasne sytuacje. Z moim mężczyzną przeżyliśmy wzloty i upadki, ale potrafimy się dogadać. Nienawidzę obrażania się. Jeśli coś jest nie tak, mówię o tym od razu. Życie zawodowe na tyle mi się skomplikowało, że we własnym domu chcę mieć święty spokój.

Czy to możliwe, skoro właśnie uczycie się mieszkać pod jednym dachem?

K. C.: Nie jestem kobietą, która nie potrafi przeżyć jednego dnia bez faceta. Mój partner wie, że jak go poproszę, żeby skręcił półkę, to musi ją skręcić natychmiast, bo rano będzie po sprawie. Ale ostatnio pewne obowiązki domowe mnie przerosły. Miałam dość pustej lodówki, przeterminowanych rachunków…

Do tego można zatrudnić gosposię.

K. C.: O nie, gosposia nie zgadnie, że wieczorem będę miała ochotę na truskawki. Krótko mówiąc, dojrzałam do tego, żeby poza moim kotem czekał na mnie w domu mój ukochany. Chcę przy nim zasypiać i odpoczywać, jemu opowiadać, co się wydarzyło.

To nietypowe dzisiaj - zamieszkanie razem dopiero po czterech latach znajomości?

K. C.: Strasznie się tego bałam. Wszyscy krakali, że będzie ciężko, bo prawda wyjdzie na jaw. Po 3 miesiącach życia pod jednym dachem mogę powiedzieć, że nic się między nami nie zmieniło. Ale faktem jest, że się do tego przygotowywaliśmy. Znaleźliśmy nowe mieszkanie, żeby nikt do nikogo się nie wprowadzał, bo to rodzi niepotrzebne konflikty. Urządzaliśmy je razem. Uzgodniliśmy, że musimy mieć dwa komputery, dwa telewizory i dwa osobne kąty, żeby móc od siebie odpocząć.

Masz opinię osoby nie do zdarcia.

K. C.: W tym zawodzie trzeba być silnym, inaczej się nie da. Fizycznie i psychicznie. Za długo pracowałam z Edytą Górniak, żeby tego nie wiedzieć. Na szczęście dziś nawet gdy coś mnie mocno zaboli, szybciej się z tego oczyszczam. Żyję bardzo intensywnie. Ostatnio przy moich muzykach spytałam głośno samą siebie, dlaczego mnie boli głowa, serce kłuje, w uszach szumi. Wybuchnęli śmiechem. Przejechaliśmy w dwa dni ponad 600 km, daliśmy koncerty w kilku miastach. Wtedy dotarło do mnie, że wpadłam w pułapkę.

Twój mężczyzna nadąża za tobą?

K. C.: To druga rzecz, której się bałam. Był taki moment, kiedy odsunęliśmy się od siebie. Gdy zauważyłam, że robi się naprawdę niebezpiecznie, zabrałam go na tydzień w trasę i zapytałam: "Czy ty to wytrzymasz?”. Wytrzymuje. Nauczył się, że nie wolno mi przeszkadzać, że trzeba przeczekać, aż przejdzie huragan, wyłączy się ADHD i wróci jego Kaśka.

Robicie plany na przyszłość?

K. C.: Kiedyś planowałam i przez to fundowałam sobie stany depresyjne. Przejmowałam się tymi polskimi stereotypami. W wieku 25 lat wydawało mi się, że już jestem stara, że w zasadzie to jest mój koniec. Po czym przypominałam sobie taką Jennifer Lopez, Kayah… Zaczęłam spotykać ludzi, którzy myślą inaczej, mówią: "Kaśka, masz czas”. Moje dwie babcie urodziły dzieci po trzydziestce. Pewnie kiedyś hormony zrobią swoje i ja też będę miała dzieci. Gdy koleżanka wypłakiwała mi się, że jest z chłopakiem siedem lat i nie ma pierścionka, mówiłam jej: "To idź i sobie kup, w czym problem, przecież to tylko symbol”. Nie traktuję życia strasznie serio. Nie wkładam niczego w ramki.

Może łatwo ci tak mówić, bo o nic nie musiałaś prosić?

K. C.: Nie wydaje mi się. A pierścionek na początku mnie parzył. Dopiero mój narzeczony mi uświadomił, że do niczego mnie nie zmusza. Przysięgliśmy sobie, że chcemy być razem. A ślub nie jest mi potrzebny do szczęścia. Byłby podążaniem ścieżką, którą nie chciałam iść: studia, mąż, najlepiej na studiach, dziecko przed 30., najlepiej parka - chłopak i dziewczynka itd.

Nie chcesz żyć tak jak inni?

K. C.: Zawsze byłam inna. Chciałam przeżyć życie po swojemu. Moi znajomi też to widzieli, pytali: "Co cię tak goni do śpiewania?”. Dopiero gdy nadeszły smutne lata i nic się nie działo, zrozumieli, że jest mi to potrzebne jak powietrze.

Ukazała się twoja druga płyta. Boisz się?

K. C.: Boję się, ale nie tak jak przed debiutem. Jeżeli płyta nie odniesie sukcesu, nie załamię się. Miałam swoje 5 minut, nie jestem zachłanna. Czuję się szczęśliwa i nie wiem, czy potrafiłabym unieść więcej.

Z Katarzyną Cerekwicką rozmawiała Katarzyna Józefowicz