Kiedy byliśmy nastolatkami, rodzice martwili się, że zbyt szybko wchodzimy w związki miłosne. Pamiętam, jak moje koleżanki musiały ukrywać przed rodzicami, że jadą na weekend ze swoim nowym chłopakiem. Bo gdy się tylko przyznały, mama zaraz pytała: Co to za chłopak? Co studiuje? Z jakiej jest rodziny? Jakie ma zainteresowania i plany życiowe? I tata przestrzegał: Zanim się z kimś zwiążesz, musisz go dobrze poznać. Przekonać, jak się zachowuje, kiedy boli cię głowa: czy przyniesie proszek? Czy nie będzie zbyt zazdrosny o tych wszystkich chłopców, z którymi lubisz flirtować? Czy będzie po tobie sprzątał, bo ty przecież bałaganisz?

Podobnie twierdzą pisma kolorowe i poradniki: miłość polega na wzajemnym zrozumieniu i poznaniu. Druga połówka naszej pomarańczy to ten człowiek, którego myśli jesteśmy w stanie odgadnąć. Trzeba go sprawdzić w domu i w podróży, w zdrowiu i w chorobie. A dopiero gdy wszystkie testy wyjdą pomyślnie, wiązać się. Bez tych egzaminów grozi nam katastrofa.

Na przykład taka, jaka przydarzyła się ostatnio mojej koleżance Ewie. Ewa poznała fantastycznego faceta. Był męski, to znaczy: zaradny, ambitny i odpowiedzialny. Robił świetną karierę w Londynie, którą potrafił zaimponować: jeszcze nie słyszała, żeby ktoś tak zabawnie opowiadał o spadkach i wzrostach na giełdach światowych. Uprawiał, jakie trzeba, sporty, i był w dodatku bardzo czarujący. A nawet, mimo że bankier inwestycyjny miał dobre serce: wspierał jakąś organizację charytatywną i pomagał młodszemu bratu, o czym donosiła mi w entuzjastycznych SMS-ach coraz bardziej zauroczona. Krótko mówiąc: facet z idealnym CV, w dodatku sympatyczny i zainteresowany związkiem z kobietą, która zajmuje się kulturą (Ewa pracuje w pewnym instytucie kulturalnym). Bankierzy, konsultanci i tak dalej z reguły marzą o dziewczynie, która zajmuje się kulturą - to prawie tak ciepłe i kobiece zajęcie jak gotowanie, a znacznie lepiej się z nim można pokazać przed kolegami. Parę razy przyjechała do niego do Londynu. Kiedy wracał z pracy i nie miał akurat kolacji służbowej, spędzali razem uroczy wieczór: samotny bankier po całym dniu obracania milionami miał w sobie wielkie pokłady czułości, którymi chętnie się dzielił z panią od kultury.

Aż pewnego dnia spotkali się, jak już wiele razy przedtem, na lunchu w kawiarni w londyńskim City. On w koszuli z mankietami na spinki i w sweterku na pewno bardzo dobrej firmy. Z humorem i pewnością siebie właściwą dla bankierów inwestycyjnych opowiadał zasłuchanej kobiecie, jakie straty notują banki Merrill Lynch i Goldman Sachs (znaczne), jakie będą bilanse pod koniec roku (ujemne) i co się niedługo stanie ze światową gospodarką (nic dobrego). Wokół ociekające złotem budynki tej bogatej dzielnicy, wielki świat, władza i pieniądze. Ewa była w siódmym niebie i już w myślach przymierzała swoją biblioteczkę intelektualistki do jego mieszkania w elitarnej dzielnicy Earls Court. Ale przez te myśli nieopatrznie powiedziała coś o książce, którą właśnie czyta. I przy okazji zapytała, co on czytał ostatnio. A wtedy bankier, chcąc zapewne udowodnić, że on również ma życie duchowe, zamiast powiedzieć "Financial Times" czy "Wall Street Journal", czym pewnie jeszcze bardziej by ją rozczulił, wyznał: "Bardzo lubię książki Paulo Coelho. Czytałem <Alchemika>. Ciekawe i dające do
myślenia".

No i tak się skończyło marzenie Ewy, by zostać żoną bankiera. Opowiadała mi to ze łzami w oczach po powrocie do Polski. "Już widziałam siebie wychowującą jego dzieci! Ale co miałam zrobić po czymś takim? Musiałam się z nim rozstać. Z władcy świata zrobił się nagle półinteligent!".

Tak, moja wyrafinowana przyjaciółka, która oprócz silnej ambicji, żeby bogato wyjść za mąż, ma równie silne zamiłowanie do TR Warszawa i do rozmów o kolejnych numerach Dziennikowej "Europy" w awangardowej cafe Karma, nie mogłaby poważnie traktować choćby najbardziej seksownego milionera, który będzie jej czynił przy kawie takie wyznania lekturowe. Marketingowy produkt ku pokrzepieniu serc kucharek na nocnej szafce ukochanego - na to jednak intelektualistka Ewa nie mogłaby sobie pozwolić. Ale czy to znaczy, że popełniła błąd, nie zadając wcześniej tego pytania? Że zanim przyjechała do Londynu i zaczęła snuć swoje marzenia, by zostać Penelopą czekającą co wieczór na bohatera wracającego z bojów na rynkach światowych, powinna była urządzić mu egzamin z gustów literackich?

Otóż, wcale nie. Bo przecież miłość się skończya nie dlatego, że nie znała faceta - ale właśnie dlatego, że go poznała. Gdyby bankier siedział cicho w sprawie Coelho, zapewne czekałoby ich jeszcze wiele romantycznych tete-a-tete w londyńskich restauracjach. Ładnych parę drinków w barach. Jeszcze wiele razy by się śmiała do łez, jak ten twardy facet umie z wisielczym humorem opisywać okrutne procedury wdrażane przez bank, żeby kogoś zwolnić. A on jeszcze wiele razy wracałby do domu z satysfakcją, że czeka na niego taka kulturalna dziewczyna. Może więc powinna była w ogóle nie zadawać tego pytania? A i sam bankier powinien wiedzieć, że nie ma się czym chwalić - i czytać sobie Coelho, ale kiedy Ewy nie ma w domu?

Niezliczone są rozczarowania, jakie zafundować nam może druga osoba: nie te książki, nie te filmy, nie taka muzyka, nie ten temperament. Ale gdybyśmy tego wszystkiego nie wiedzieli o ludziach, o ile dłużej moglibyśmy ich kochać i szanować. Gdyby nowy chłopak oszczędził nam obiadku u swoich rodziców - może trochę dłużej byśmy z nim wytrzymały? Gdyby folgował nałogowi gier komputerowych tylko wtedy, kiedy my jesteśmy w podróży służbowej, i potem pomijał ten szczegół w swoich SMS-ach, może nie byłoby nam za niego wstyd? Gdyby nasza dziewczyna pozostawiła dla swoich przyjaciółek informację, że codziennie ogląda w telewizji seriale-może nie musielibyśmy znowu zostać sami?

Zresztą, czy nie tak było przez wiele stuleci? W czasach, kiedy zawierało się małżeństwa, bo uznali to za stosowne rodzice i swatki, nikomu by do głowy nie przyszło, że ludzie powinni się dobrze poznać przed ślubem. Czy nie dlatego, że dobrze znano tę prawdę: im więcej o kimś wiemy, tym mniej możemy go znieść? I czy kiedy się czyta stare powieści, nie widać wyraźnie, że istniała kiedyś cała etykieta, która nawet małżonkom uniemożliwiała lepsze poznanie? Osobne fraucymery i salony do palenia cygar dla mężczyzn. Facet na wojnie, kobieta w domu - żeby nie mieli zbyt wiele czasu, by się sobą rozczarować. Relacje między małżonkami określane były przez ścisłe reguły: on był władczy nie dlatego, że był taki w istocie, ale dlatego, że taki być musiał. Ona to akceptowała nie dlatego, że była uległa, ale że nie miała innego wyjścia. I dzięki tym maskom wiele lat mogło upłynąć, zanim naprawdę się poznali jako ludzie - a co za tym często idzie, zanim zrozumieli, jak bardzo się nie znoszą. Weźmy choćby Emmę Bovary-czy nie wtedy zaczęła zdradzać męża, kiedy go dobrze poznała i zrozumiała, jak nudna jest z nim konwersacja? Póki tego nie wiedziała, byli bardzo szczęśliwym małżeństwem.

I my razem z nieszczęsną Emmą już dawno weszliśmy w epokę związków zawieranych w wyniku świadomych indywidualnych decyzji. Sęk w tym, że zbytek świadomości prowadzić musi często do decyzji negatywnej. Wkładać ludziom do głowy, że powinni się dobrze nawzajem poznać, zanim się zwiążą, to skazywać ich na dożywotnią samotność. Kto wytrzyma z kimś, czyje marzenia przed zaśnięciem pozna?

A przecież ciągle potrzebujemy bliskości. I żeby ta bliskość była możliwa, konieczna jest elementarna niewiedza: niewiedza, co czuje nasz mężczyzna, kiedy widzi Scarlett Johansson w rozbieranej scenie. Niewiedza, co myśli nasz narzeczony o naszej mamie. Niewiedza, że nasz kandydat na męża, twardy mężczyzna z karierą i samochodem, w ramach rozwoju duchowego czyta Paulo Coelho albo Whartona. Ile zaprzepaszczonych pieszczot i straconych spojrzeń w oczy, bo ktoś powiedział, na jaką partię głosuje.

I tylko pozornie jest to temat prowokacyjny i niepoważny. Nasza kultura zachęca na wszystkie sposoby: poznaj siebie. Zrób sobie psychoanalizę i zrozum mechanizmy swoich zachowań. Ale im bardziej znamy siebie, tym lepiej wiemy, czego nie znosimy u innych-i tym trudniej nam kogokolwiek zaakceptować.
Przeprowadź test psychologiczny i zbadaj charakter swojego partnera. Ale czy naprawdę chcemy ten charakter poznać? Nie, właśnie niewiedza jest zbawieniem. Niewiedza, do czego zdolni są ludzie, z którymi żyjemy, oraz niewiedza, do czego my jesteśmy zdolni.

Kochamy kogoś, ale nie wiemy, jak ten człowiek by się zachował, gdyby powiedzmy, wybuchła wojna. Żyjemy sami ze sobą w jakiej takiej zgodzie - ale gdyby ktoś nam kazał ratować dziecko z płonącego domu? Nie mamy sobie nic do zarzucenia, ale gdyby pokazano nam, jak ukraść milion złotych i nie pójść do więzienia? Cała nasza kultura nastawiona jest na pogłębianie wiedzy o nas i o świecie. Ale może jednak pewnej wiedzy nigdy nie zdobywać? Jaka szkoda, że Ewa i bankier w ogóle rozmawiali o literaturze.