Nelly Rokita niespecjalnie przysłużyła się kobiecej sprawie. Epizod w Kancelarii Prezydenta był ośmieszający i przykry - nie tylko dla niej, ale i dla sprawy kobiecej w ogóle. Z poważnych problemów zrobiony został kabaret. Jednak mam wrażenie, że polityk mężczyzna nie spotkałby się z aż taką wrogością za podobnie niezrównoważone wypowiedzi. Natrząsanie się z Nelly Rokity podszyte jest bowiem szkodliwymi stereotypami: że kobieta, że wariatka, że nosi kapelusz i ma dziwny akcent.

Chciałabym, by opinia publiczna stosowała równe miary wobec polityków, bez względu na ich płeć. Tak naprawdę mężczyzn, którzy opowiadali podobne - albo i gorsze - nonsensy nie spotykał nigdy ostracyzm. Wręcz przeciwnie: Stefan Niesiołowski jest dziś wicemarszałkiem Sejmu, a jego kuriozalne wypowiedzi o feministkach czy mniejszościach seksualnych traktuje się jako rodzaj osobistego uroku. Podobnie pobłażliwie wysłuchuje się uwag rzecznika praw obywatelskich Janusza Kochanowskiego, który np. na temat strajkujących pielęgniarek powiedział, że kobiety są irracjonalne i on ich nie rozumie. Ilość agresji skierowanej na Nelly Rokitę jest więc przesadna.

Nie zmienia to jednak tego, że powołanie jej na doradcę Lecha Kaczyńskiego ds. kobiet to był humbug. Tak naprawdę wciąż nie wiemy, kim Nelly Rokita jest i jaką rolę miała odegrać. Jako przewodnicząca Europejskiej Unii Kobiet nie angażowała się w oddolne ruchy kobiece, które mnie są bliskie. Być może z tego powodu niewiele wiem o jej wcześniejszym zaangażowaniu społecznym. Z jej wypowiedzi wnioskować mogę co najwyżej, że w głębi duszy pewnie rzeczywiście czuje się feministką. Zapisawszy się jednak do konserwatywnej prawicy, musiała lawirować w swoich poglądach tak, że sama je ośmieszyła. Prawdopodobnie w ogóle nie mówiła swoim głosem, a stała się jedynie przedmiotem męskich machinacji i gier o władzę. Dobrze więc, że ten etap jej kariery mamy za sobą. Jestem pewna, że Nelly Rokita jeszcze się rozwinie i kiedyś coś mądrego zrobi.

Na razie machnijmy ręką na to, co było, i zacznijmy się zastanawiać nad tym, co będzie. Organizacje kobiece oczekują dziś, by nowy rząd i nowy premier posprzątali po PiS i naprawili to, co zostało zepsute. Mamy więc nadzieję, że przywrócona zostanie funkcja pełnomocnika rządu ds. równego statusu kobiet i mężczyzn. To dziś standard w nowoczesnej Europie, do której Platforma Obywatelska aspiruje. Niepokoi więc wypowiedź Donalda Tuska, że pełnomocniczki nie powoła, zwłaszcza że dyrektywy europejskie nakazują ustanowienie tego urzędu. Kobiece organizacje pozarządowe napisały już do nowego premiera list, by tę funkcję przywrócił. Nie jest to żaden nadzwyczajny postulat, lecz wypełnienie norm europejskich. Polityka równościowa jest unijnym priorytetem i rząd, który mieni się proeuropejskim, powinien do tych standardów zmierzać.

Na razie polityka równościowa jest konsekwentnie przez polską prawicę zaniedbywana. Zwraca uwagę to, że w nowej kadencji wręcz ubyło kobiet w Sejmie, a do zrobienia w ich sprawach jest przecież bardzo dużo. Joanna Kluzik-Rostkowska, na której działania feministki patrzyły z uznaniem, była jedynie wiceministrem, a później ministrem pracy. Sprawy kobiet zaś to tematyka o wiele szersza niż tylko - skądinąd najsłuszniejsze nawet - inicjatywy na rynku pracy. Dlatego domagamy się powołania osobnego urzędu pełnomocnika w randze ministra, tak jak to było, gdy funkcję tę pełniły Izabela Jaruga-Nowacka, a później Magdalena Środa. Niedobrze by się stało, gdyby casus Nelly Rokity przysłonił teraz całą sprawę kobiecą i ułatwił politykom mężczyznom jej lekceważenie.