Czym jest dla Pani udział w programie "Jak oni śpiewają"? Sprawdzeniem się w nowej roli, ciekawym doświadczeniem, zabawą...
Aleksandra Woźniak: Jest nowym wyzwaniem. Uczę się panować nad sobą w nowej sytuacji. Z programu na program zaczynam odczuwać coraz większą przyjemność, stojąc na scenie. Dzięki temu, że przetrwałam tyle odcinków bez nominacji, uświadomiłam sobie, jak wielu ludzi jest mi życzliwych. Jestem chora, nie za dobrze śpiewam, ale mimo wszystko mnie wspierają. Jestem ich postawą wzruszona.

Widzowie oglądając Panią w superkreacji i makijażu, może nawet nie zauważają, że jest Pani przeziębiona i ma tremę. To duży stres?
A.W.: Tak naprawdę największy stres jest tuż przed wejściem na scenę. Wynika ze świadomości, że ogląda mnie na żywo parę milionów widzów. A także z tego, że robię to, czego nigdy do tej pory nie robiłam i co wcale nie jest moją najmocniejszą stroną. Żeby to miało sens, trzeba się dobrze bawić, być na luzie. Od trzeciego programu nauczyłam się powoli panować nad nerwami.

Po 3 latach spędzonych z dziećmi zdecydowała się Pani oddać je do przedszkola. To musiał być też stres - i dla Pani, i dla córek. Jak zniosły tę pierwszą, poważną rozłąkę z mamą?
A.W.: Na początku bardzo przeżywały. Gdy tylko przekraczałyśmy próg przedszkola, jedna przylepiała się do prawej mojej nogi, druga do lewej. Na szczęście mają podobny charakter do mnie. Intensywnie popłaczą kilka minut, a potem już pogodzone z sytuacją biegną do zabawy. Dzieci niektórych moich koleżanek przeżywały to bardziej dramatycznie: były apatyczne, nie jadły, nie brały udziału w żadnej zabawie. Nie wiem, jak coś takiego bym zniosła. Na szczęście moje dziewczynki szybko się zaaklimatyzowały. One zawsze jakby w jednej kieszonce miały płacz, a w drugiej śmiech.

Pewnie to Pani bardziej przeżywała niż one?
A.W.: To prawda. Byłam pełna obaw. Wybrałam prywatne przedszkole ze względu na kameralność. W grupie jest dwanaścioro dzieci oraz są dwie panie do opieki (i potrafią odróżnić bliźniaczki jedną od drugiej!). O dowolnej porze mogę zadzwonić i zapytać, jak się dziewczynki czują, czy ładnie zjadły itp.

Kto Pani pomaga w codziennych domowych obowiązkach?
A.W.: Dotychczas sama prowadziłam dom. Gotowałam, sprzątałam i zajmowałam się dziećmi. Ciocia lub niania przychodziły wtedy, kiedy ja szłam na plan lub miałam jakieś sprawy na mieście. Ale to nie zdarzało się częściej niż dwa, trzy razy w tygodniu. Tak naprawdę dopiero udział w "Jak oni śpiewają" spowodował, że po raz pierwszy od urodzenia dzieci zaczęłam intensywnie pracować zawodowo. Codzienne lekcje śpiewu, przymiarki kostiumów, próby z orkiestrą, a do tego praca na planie "Złotopolskich". I jeszcze dom, dzieci, zakupy. Tego mój organizm nie wytrzymał i przez parę tygodni nie mogłam się wyleczyć z poważnej infekcji. Obiecałam sobie, że zacznę dbać o siebie. Zdrowie ma się przecież tylko jedno. Pierwszym krokiem w ramach programu dbania o siebie będzie... wynajęcie osoby do sprzątania!

Ma Pani braci bliźniaków i sama urodziła bliźnięta. To przypadek?
A.W.:
Może to geny, skoro moja mama miała bliźniaki i ja też. Ale ani w jej rodzinie, ani w rodzinie taty nie było takich przypadków. Spełniło się moje wielkie marzenie, bo ja od zawsze chciałam mieć córeczki bliźniaczki. Mam nawet rysunki z okresu, kiedy byłam małą dziewczynką, na których już wtedy narysowałam moje córeczki!

Jak odnalazła się Pani w nowej roli - samotnej matki?
A.W.: To nie jest dla mnie nowa rola, bo już blisko 3 lata jestem sama. Rozstanie było dużym przeżyciem i utrudnieniem, ale dla mnie w życiu najważniejszy jest wewnętrzny spokój. Trwanie w układzie, który kosztuje dużo nerwów, to marnowanie życia. Nic więcej na ten temat nie powiem.

Jednak wiele kobiet w podobnej sytuacji stara się ratować związek za wszelką cenę. Choćby dla dobra dzieci. A Pani zdecydowała się na drastyczne cięcie...
A.W.: Tak. I nie żałuję. Dzieci były za małe, aby to jakoś przeżywać. Dołożyłam jednak wszelkich starań, by miały częsty i dobry kontakt z tatą. Z byłym partnerem staram się utrzymywać pozytywne relacje. Tata mieszka osobno, ale dziewczynki czują się kochane przez oboje rodziców.

Teraz, po kilku nieudanych związkach jest Pani bardziej ostrożna w doborze partnera?
A.W.: Myślę, że macierzyństwo sprawiło, że stałam się dojrzalsza emocjonalnie. Dzieci zmieniają hierarchię wartości. Teraz inaczej podchodzę do wielu spraw. Wiele umiem przewidzieć wcześniej, zanim jeszcze coś się zacznie. I już wiem, że nic z tego by nie wyszło.

Cóż za skrajny pragmatyzm!
A.W.: No trudno! Jest dobrze tak, jak jest. A co będzie dalej, zobaczymy.

Chyba każdej kobiecie przyda się silne męskie ramię?
A.W.: Ale nie za wszelką cenę. Wierzę w przeznaczenie. Co ma być, to będzie. Pierwszy krok zresztą należy do mężczyzn. Ja nigdy na nich nie polowałam i polować nie będę!

Czy Pani serduszko zadrżało ostatnio na widok jakiegoś supermana?
A.W.: Na razie nikt taki się nie pojawił!

Jaki jest Pani ideał mężczyzny? Nie wierzę, by jakiś nie krążył po orbicie wokół Pani...
A.W.: Niech to pozostanie moją słodką tajemnicą.

Jakie są Pani marzenia, te najbliższe?
A.W.: Chciałabym mieć większe mieszkanie i urządzić je sama, od podstaw. Żeby miało duże okna, widok na zieleń, koniecznie w sercu Warszawy. Kocham to miasto i nie chciałabym mieszkać nigdzie indziej!

Jakiej komercyjnej propozycji nie przyjęłaby Pani?
A.W.: Sesji do "Playboya". Już nieraz odmawiałam.

Dlaczego? Nie ta kasa?
A.W.: Pieniądze to nie wszystko. To po prostu nie mój styl bycia. Nie czułabym się z tym dobrze. To nie dla mnie.

A gdyby to była propozycja za milion dolarów?
A.W.: Na to pytanie odpowiem, kiedy się taka propozycja pojawi!