Któregoś dnia do wieczora siedziałam sama w domu w piżamie, nie mogąc się do niczego zmusić. Odwołałam wszystkie zaplanowane spotkania i oglądałam filmiki na komputerze: po raz drugi Jamesa Bonda w "Moonrakerze", bo nic innego w domu nie mam, a potem jeszcze odkryłam stronę satyryczną "The Onion".

Sprawdziłam swój horoskop na stronie Dziennik.pl („będzie rozpierać cię energia w życiu towarzyskim i zawodowym”, przeczytałam), zaparzyłam sobie herbatę i zjadłam jeden jogurt. Nic więcej nie było w lodówce, ale na wyjście do sklepu nie mogłam się zdobyć.

Około godz. 15 zadzwoniła do mnie przyjaciółka z pytaniem, czy nie mam przypadkiem ochoty iść z nią wieczorem do kina. "Nie mogę rozmawiać, jestem zajęta" - powiedziałam i odłożyłam słuchawkę.

Za godzinę zadzwonił brat, który właśnie wrócił z Argentyny po trzech tygodniach nieobecności z całą masą opowieści, których nie mogłam się doczekać. "Zadzwonię do ciebie jutro, teraz nie mogę gadać".

No i jeszcze mój szef: jemu powiedziałam, że średnio się czuję, że, zdaję się, łapie mnie jakaś grypa. Nikt się specjalnie nie zdziwił. Każdemu zdarza się przecież być ogromnie zajętym, biegać od spotkania do spotkania, a i choroba to rzecz społecznie akceptowalna.

Sęk w tym, że ja nie byłam ani zajęta, ani chora. Ale co miałam powiedzieć: że siedzę w domu i na nic nie mam ochoty? Przyznać się, że spędzam właśnie dzień bezproduktywnie na parzeniu herbaty? Nie, o tym lepiej nikomu nie mówić.

Owszem, można nie mieć czasu dla przyjaciół, ale wyłącznie pod warunkiem, że się kończy tego dnia prezentację, a wieczorem idzie się na basen. Rodzice zrozumieją, że się do nich oddzwania zazwyczaj dopiero po wyjściu z pracy, z samochodu, nerwowo i na chwilę, bo się jest już prawie spóźnionym na zasłużony po całym dniu stresu kurs tańca. I nawet można w ogóle nie oddzwonić przez tydzień - jeśli się jest akurat służbowo w Pradze albo w Londynie.

Wszyscy też zrozumieją, jeśli powiemy, że mamy czas wolny - pod warunkiem, że będzie to czas zaplanowany. "W sobotę spałam do południa, tak byłam zmęczona całym mijającym tygodniem. Potem sprzątałam mieszkanie, a wieczorem miałam kolację z przyjaciółmi, w niedzielę natomiast cały dzień spędziłam na zakupach" - taki weekend ma sens, o takim weekendzie można mówić znajomym bez wstydu. Co nie znaczy, że nie dopuszcza się żadnych szaleństw: "W piątek poszłam na imprezę i wróciłam do domu dopiero o szóstej rano. O ile dobrze sobie przypominam (śmiech). Przez to całą sobotę byłam jak nieżywa".

Wszyscy zrozumieją, jeśli powiemy, że zaczęliśmy trenować jazdę konną, tańczyć tango, wspinać się na skałkach. Zrozumieją tajny romans, grypę - i że przez to nie możemy się spotkać. Ale broń nas, panie Boże, przed niedyspozycją wynikającą z niczego. Uchowaj, żebyśmy jak ten bohater powieści Johna Bartha mieli wejść na stację, kupić bilet, usiąść na ławce - ale do pociągu już nie wsiąść. Wszystko wolno, ale stracić nagle energii i kreatywności nie wolno nam pod żadnym pozorem nigdy. Biec, pędzić - owszem. Nagle się zatrzymać i wyjechać na kurs jogi do Indii - jeszcze lepiej. Ale zatrzymać się, usiąść i zacząć liczyć muchy na suficie - do tego nie mamy absolutnie żadnego prawa.

I jeśli zdarzają się takie chwile, kiedy stajemy się nagle nijacy i rozmemłani jak ten bohater Bartha albo jak Iwona, księżniczka Burgunda, ze sztuki Witolda Gombrowicza, czujemy wstyd i wyrzuty sumienia.

Dlaczego? Być może dlatego, że takie chwile to chwile całkowitej samotności - a na samotność nie ma w naszym społeczeństwie zgody. Bo samotność to znaczy: nagle staliśmy się na tyle nieważni dla świata, że świat może się spokojnie bez nas obyć. Że wypadliśmy poza kołowrotek, na który tak narzekamy, ale bez którego nasze życie byłoby niewyobrażalnie nieznośne - bo byłoby całkowitym zdaniem się na siebie.

A siebie właśnie nie możemy znieść. I cały ten optymizm, całe to zalatanie, wszystkie te spotkania, telefony komórkowe i laptopy są właśnie po to, żeby ograniczyć do minimum liczbę chwil, które spędzimy sami, w domu, w piżamie, z wolnością patrzenia samym sobie w oczy.

Tak, trzeba przede wszystkim uniknąć straszliwej samotności tej chwili: kiedy nie jesteśmy ubrani na żadne spotkanie, umalowani, żeby się komukolwiek podobać. Nieprzygotowani na nic. I czy cała ta mowa o szaleńczym indywidualizmie naszej epoki to nie jest tylko czcza gadanina, absolutny wymysł, a podstawową troską człowieka i dziś, i wczoraj, nie jest wcale być sobą, ale całkiem przeciwnie, za wszelką cenę, za pomocą najwymyślniejszych zajęć, karier, spotkań, wakacji, sobą nie być?

Kiedyś jeszcze tak łatwo robił to za nas świat - przydzielając nam rozmaite role społeczne, religie, przynależności klasowe, od których nie było żadnej ucieczki. Dziś musimy wziąć sprawy w swoje ręce, sami się napędzać w tej ciągłej pogoni za sukcesem, pieniędzmi i wypoczynkiem - która jest w gruncie rzeczy ucieczką przed samym sobą. Wszystko robić tak, żeby się nigdy nie spotkać z tą osobą, która jest nami. Tak żyć, żeby nie móc nigdy zostać w domu w piżamie, przez cały dzień sam na sam ze sobą.