Chodzą słuchy, że najnowsza seria przygód niani Frani Maj i rodziny Skalskich będzie bardzo „gwiazdorska”.

Pojawianie się znanych osób na planie naszego serialu to już tradycja. I atrakcja nie tylko dla widzów, którzy chcą oglądać tzw. gwiazdy w innych niż na co dzień rolach. Dla nas, filmowej ekipy, to spore urozmaicenie w codziennej, serialowej rutynie (śmiech).

A kiedy wreszcie Skalski poprosi Franię o rękę?

Na pewno nasi amerykańscy koledzy, twórcy serialu, postarali się o oryginalność intryg i tych wszystkich zdarzeń, które mają miejsce w domu Skalskich. Powiem tylko, że praca na planie "Niani” to sama przyjemność, a granie Skalskiego sprawia mi autentyczną frajdę.

Czy kreując postać Skalskiego, może pan sobie pozwolić na… improwizację?

Gdyby traktować "Nianię” w kategorii zabawy, wygłupu, to po jakimś czasie ta zabawa mogłaby się znudzić. Choć wielu widzom może się wydawać, że my na planie filmowym cały czas się zaśmiewamy, to jest to przede wszystkim nasza praca - tak samo ciężka i męcząca, jak każda inna. Nie bez znaczenia jest też fakt, że na czele ekipy stoi Jerzy Bogajewicz. Spotkanie z nim było dla mnie wielką przyjemnością i inspiracją! Również do innych ról.

Patrząc na pana role, można odnieść wrażenie, że Tomasz Kot wyzwala pozytywne emocje.

Z tym że plan filmowy i życie to dwie różne sprawy. Bo kiedy idę po pracy z wózkiem i któryś raz słyszę "dowcipne” pytanie: "A gdzie jest niania?”, to już się nie uśmiecham. To nie jest śmieszne, ale irytujące. Na co ludzie się obrażają, bo nagle okazuje się, że ten sympatyczny pan z "Niani” nie jest tak miły, jak w telewizji. A codzienne życie aktora to także wiele nieraz trudnych sytuacji, z którymi trzeba się zmierzyć.

A nie uwiera pana wizerunek przystojniaka w garniturze?

Nauczyłem się czuć w nim jak ryba w wodzie (śmiech). A już zupełnie serio - grzechem by było, gdybym teraz zaczął marudzić. Dobrze pamiętam, jak na początku mojej zawodowej drogi nie przelewało się. Wydaje mi się, że im lepiej będę przykładał się do pracy, to w przyszłości na pewno coś dobrego z tego wyjdzie!

Jeżeli tak dobrego, jak pana rola w „Testosteronie”, to widzowie mogą być spokojni! Ale nie uwierzę, że nie marzy się panu zagranie drania - kogoś drastycznie różnego od bohaterów z "Niani”, "Na dobre i na złe" czy "Heli w opałach”, że wywróci do góry nogami wszystkie skojarzenia na temat Tomasza Kota?

Bardzo dużo dał mi film "Skazany na bluesa”, w którym nie byłem "Kotem od garniturów”. Dzięki roli Ryszarda Riedla, wokalisty Dżemu, mogłem pokazać, że umiem więcej, niż wymaga tego serial komediowy. Na pewno pamiętają o tym ci, którzy znają moje teatralne role, choćby Hamleta. A telewizyjnych widzów chciałbym uspokoić - jeżeli wpadnę w zbyt dużą szufladę, to na pewno coś z tym zrobię. Stanę na głowie, a nawet schowam się gdzieś na rok, by wszystkich zaskoczyć (śmiech)! Kariera Janusza Gajosa jest przykładem na to, że, aby uwolnić się od wyrobionego image’u, potrzeba zarówno świetnych ról, jak i dużo samozaparcia. A tego mi nie brakuje.

Na pewno nie brakuje panu również ciekawych pozaaktorskich propozycji. Na przykład notorycznie odrzuca pan zaproszenie do „Tańca z gwiazdami”…

Bo choć szanuję wszystkich, którzy wkładają wysiłek w ten program, to nie widzę w nim siebie. Nie czuję tego. A ja bardzo nie lubię robić czegoś wbrew sobie.

Ale na propozycję roli w znakomicie zapowiadającym się filmie "Lejdis” przystał pan podobno bez wahania?

I to z wielką radością! Bardzo się cieszę, że zagram w kolejnym filmie Andrzeja Saramonowicza i Tomka Koneckiego, twórców "Testosteronu”. Już po pierwszej próbie czytanej miałem wrażenie, że oto spotkało się na planie siedmiu szczęśliwych, spełniających się facetów. Oczywiście jak w każdym męskim gronie pojawiła się rywalizacja, ale nie było w tym tej typowej polskiej depresji z kierunkiem agresywnym. Wierzę, że takie same pozytywne emocje towarzyszyć mi będą podczas realizacji kolejnego filmu, który ma być "Testosteronem” dla kobiet. Aha, byłbym zapomniał - w "Lejdis” także zagram faceta w garniturze, czego się jednak nie boję (śmiech)! O.: Wspomniał pan o szczęściu, którego wszyscy poszukujemy i na które nie ma recepty. Nie chcę być wyrocznią, ale myślę, że do szczęścia potrzebna jest praca nad sobą, a tej nigdy za wiele. Trzeba systematycznie piąć się do góry, dzień po dniu i to bez oglądania się na innych.

Czy to przypadek, że tuż po trzydziestce został pan mężem i ojcem? To nie takie znowu codzienne w czasach, kiedy większość mężczyzn okazuje się zbyt niedojrzała, żeby założyć i utrzymać rodzinę?

Znam też młodszych ojców i mężów. Nie przywiązuję jednak większej wagi do wieku. Ale jeżeli urodziny mają być przyczyną do przemyśleń, to wydaje mi się, że między trzydziestką a czterdziestką mogą się zdarzyć fajne rzeczy. I na to liczę. Wydaje mi się też, że nie powinno się celebrować nieszczęścia, pielęgnować niepowodzeń oraz zamykać się we własnych oczekiwaniach co do świata. Trzeba samemu projektować sobie przyszłość.

Czy tak samo jest z kontaktami z mediami? Odnoszę wrażenie, że niewielu aktorów w naszym kraju trzyma dziennikarzy na dystans, tak jak Tomasz Kot.

Bo kiedy czytam jakieś bzdurne, wyssane z palca artykuły, że jestem pantoflarzem, albo że moja żona nie boi się, że ją zdradzę, to wiem, że nieupublicznianie mojego życia prywatnego to dobra decyzja. I co chwila dostaję dowody, że ten wybór jest słuszny. Kiedy przeczytałem, że to był "supertajny ślub”, nie wiedziałem, czy mam się śmiać, czy płakać. Nie komentuję tego, nie chcę zużywać energii na siłowanie się z brukowcami. A poza tym nie rozumiem potrzeby oczerniania innych. Mnie, osobie, która hołduje zasadzie, żeby nie czynić drugiemu, co tobie niemiłe, nie mieści się to w głowie!

A może lepiej dać jeden wywiad okładkowy w wysokonakładowym piśmie. Najlepiej z rodziną. Miałby pan spokój przez pół roku.

Tylko niestety istnieje spore ryzyko, że to się nie skończy na jednym wywiadzie. Co nie znaczy, że nie mam propozycji. Konsekwentnie odmawiamy. I odnieśliśmy mały sukces, bo po urodzeniu córki nikt nie zadzwonił! A już szczerze - ja chyba nawet nie wiedziałbym, o czym mam opowiadać w takim rodzinnym wywiadzie. Bo wydaje mi się, że nie jesteśmy wyjątkowi - oboje z żoną pracujemy, wychowujemy córkę. O zawodzie aktora też nie ma sensu wiele opowiadać, bo niby co? Że nie lubię wstawać przed świtem i jechać na plan?

A widzi pan sens życia bez aktorstwa?

Kiedy widzimy kogoś na wózku, nie wyobrażamy sobie siebie w położeniu tej osoby. Ale kiedy zdarzy się - odpukać! - wypadek, musimy sobie to życie wyobrazić. I to jak najszybciej. Dlatego nie zastanawiam się, co by było gdyby.

A jakie marzenia ma Tomasz Kot?

Mogę sobie marzyć, że chciałbym żyć na Karaibach, ale nie wiem, czy po pół roku by mi się nie znudziło. Lepiej chyba poświęcić uwagę sprawom przyziemnym. Kiedy byłem mały, nie czułem się człowiekiem zbyt atrakcyjnym. Gdybym jednak cofnął się w czasie i jako 10-latek powiedział na podwórku, że zostanę "gwiazdą”, to wszyscy pukaliby się w czoło. Więc skoro duże skoki są w życiu możliwe, to nie ma sensu zamykać sobie drogi. Mogę marzyć o tym, że zdobędę Oscara, ale jeżeli kiedyś przywiozę główną nagrodę z Gdyni, to też będę szczęśliwy. Życie trzeba jeść małą łyżką…

METRYCZKA

  • data urodzenia 21 kwietnia 1977 r.
  • miejsce urodzenia Legnica
  • znak zodiaku Byk
  • stan cywilny żonaty z Agnieszką Olczyk, absolwentką psychologii i artystką fotografikiem
  • dzieci półroczna córka Blanka n edukacja PWST w Krakowie