Mieszkałabym w małym bungalowie na palach zanurzonych w lazurowej wodzie, z basenem na dachu, w którym pływałabym wśród pachnących kwiatów. W przerwach pomiędzy zabiegami, otulona powiewem morskiej bryzy, odpoczywałabym na leżaku pod palmą.

Nie wymagam, aby wśród obsługi znaleźli się przystojni australijscy surferzy, wachlujący mnie podczas wyczerpujących masaży. Aby arabski książę czytał mi baśnie 1001 nocy, a łudząco podobny do Brada Pitta kelner donosił pyszne przekąski. Chociaż przyznaję, że niechętnie zrezygnowałabym z kokosowych drinków z palemką.
Na początek mojego wyśnionego i w pełni relaksującego wyjazdu, zafundowałabym sobie oczyszczający peeling całego ciała z użyciem soli z Morza Martwego. Następnie zanurzyłabym się cała w nieocenionych algach. Nic tak nie odpręża, jak ciepły okład z glonów, od stóp do głów. Na pewno wypróbowałabym także zabiegi z dodatkiem czekolady - co lepiej od słodyczy może poprawić nastrój kobiecie?

Zajęłabym się wreszcie na poważnie moim cellulitem, poddałabym go obróbce zawinięta w folię w odpowiedniej stymulującej kapsule - w końcu czego się nie robi dla urody?

Miałabym wreszcie czas aby skorzystać z sauny, którą zazwyczaj niestety omijam. Poddałabym się z rozkoszą wielorakim masażom, zaczynając od zabiegu z kamieniami, na leczniczym masażu mego umęczonego kręgosłupa kończąc.

Nie musiałabym nigdzie gnać, nigdzie się spieszyć. W końcu do dzieci miałabym wynajętą idealną opiekunkę, a mąż niczym lew morski pławiąc się w basenie, byłby zajęty testowaniem miejscowych trunków:-)