Wirtualny romans bez happy endu
Internet jest jest wygodną formą zawierania znajomości i... wyznawania wirtualnej miłości. Pragniemy kochać i być kochane, dlatego często dajemy nabrać się na piękne, czułe słowa wklepane w klawiaturę przez człowieka, którego nigdy nie widziałyśmy na oczy... I wierzymy w nie. Dlaczego jesteśmy aż tak "głupie"? Bo chcemy kochać. Tak jak nasza Internautka.
- Wyznanie zdrajczyni
- ... i nie opuszczę Cię aż do śmierci
- Aparat tylko dla szczęśliwych
- Kobiety, przejrzyjcie na oczy!
- Teraz ja!
- Kataryna: Nie jestem Rokitą ani Kolendą-Zaleską
- Pożyczona rodzina
- "Zła miłość" - Lista Laureatek tygodnia
- Miłość znad kieliszka
- W labiryncie życia
- Byłam tą drugą
- Górskie rozstanie
- Trójkąt zła
- Matura bez bólu >>
Pogoda
POLSKA
Sobota 2012-05-26

temp. min 3°C max. 24°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Damiana poznałam banalnie, bo przez Internet. Świetnie nam się "rozmawiało" za pomocą klawiatury, wysyłaliśmy zdjęcia z najważniejszych chwil w naszym życiu, zwierzaliśmy się z codziennych radości i kłopotów. I coraz bardziej byliśmy sobie bliżsi. Uściślijmy... on stawał się dla mnie coraz bliższy. Ech, wyobraźnia robiła swoje.
Niestety, nigdy się nie spotkaliśmy. Facet, który coraz bardziej mnie fascynował, najzwyczajniej w świecie robił uniki, kiedy pytałam, czy spotkamy się w jak najbardziej realnym świecie. Na początku wierzyłam w jego usprawiedliwienia, ale z czasem zaczęło mnie to męczyć. Ile razy można dłużej zostawać w pracy, spędzać czas u dentysty czy pomagać mamie w trzepaniu dywanów? Muszę dodać jeszcze jeden szczegół: mój Książę przedstawiał siebie jako ideał, a ja byłam tak naiwna i mu wierzyłam. Ależ byłam głupia! Na zdjęciach, które wysyłał mi w ilościach niemal hurtowych, także wyglądał bardzo zachęcająco (ale czy to na pewno był on?). Pomimo trzydziestu lat, nie miał żadnych pogmatwanych sytuacji uczuciowych za sobą, a jedyną jego wadą, jaką wymieniał, był romantyzm.
Nawet teraz, kiedy to piszę, kiwam z politowaniem głową (na samą siebie oczywiście!) i zastanawiam się, jak mogłam "łykać" takie bajki.
Nasz wirtualny romans (a może mój romans z moją wyobraźnią???) trwał trzy miesiące. Przez pierwsze dwa fruwałam jak na skrzydłach, bo wierzyłam, że spotkałam Tego Właściwego Mężczyznę i jak oszołomiona uczuciem kobieta widziałam już happy end z najmniejszymi szczegółami.
Co się stało, że nie chciało mi się już czekać na dalsze zapewnienia, że spotkamy się, że ciągle myśli o mnie, że nie może beze mnie żyć? Samo życie... Na mój adres mailowy wysłał list (z bardzo gorącymi zapewnieniami, że kocha), który miał być skierowany do Marioli (czyli na pewno nie do mnie). Kiedy przeczytałam te gorące wyznania, poczułam się potwornie oszukana i właściwie nie miałam na nic ochoty.
Dopiero kiedy ochłonęłam, napisałam do niego list, w którym zapytałam z iloma kobietami romansuje wirtualnie. Nie odpowiedział, i ta odpowiedź znaczyła aż za wiele. Od tamtego czasu nie zawieram wirtualnych znajomości, na szczęście w realnym świecie znalazłam kogoś, komu mogę ufać. Mężczyznę, który... nie przesiaduje bez przerwy u dentysty i nie trzepie mamie dywanów.
















































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!