Marta Jarosz: Zacznijmy trochę od końca… Żałuje Pani?

Karolina: Nie. To część mojego życia. Nie wstydzę się tego. Ludzie mają różne doświadczenia, a ja nie robiłam nic nielegalnego.

Dlaczego weszła Pani do tego biznesu?

Żeby mieć czym zapłacić rachunki. Wcześnie wyniosłam się z domu i szybko okazało się, że nie ma za co żyć.

Ile miała Pani lat, gdy zatańczyła po raz pierwszy na scenie?

Skończone 18. To było w wakacje po drugiej klasie liceum. Zamieszkałam z chłopakiem. Niby był samodzielny, ale już po miesiącu to ja musiałam zarabiać.

Skąd decyzja o zamieszkaniu razem w tak młodym wieku?

Poznaliśmy się, kiedy miałam 16 lat. On był 6 lat starszy i bardzo buntował mnie przeciw rodzicom. Oni zresztą od początku go nie akceptowali. Teraz wiem, że mieli stuprocentową rację, ale wtedy wszystko widziałam inaczej. Dałam się przekonać, że rodzice mnie wykorzystują do opieki nad młodszym bratem, że nie doceniają tego, jaka jestem dobra i że ogólnie wszystko jest nie tak.

Zamieszkali Państwo razem i natychmiast poszła Pani pracować do klubu?

Nie. Najpierw popracowałam chwilę w chińczyku za 6 złotych za godzinę, ale bar splajtował, więc poszłam rozdawać ulotki – tak się akurat złożyło, że właśnie z tej branży. Za 3 godziny płacili 50 zł plus prowizja za każdego przyprowadzonego klienta, więc nie było źle. Przy okazji spędzałam dużo czasu z dziewczynami i to one zachęciły mnie, żeby spróbować. Mówiły, że zarobię dużo więcej.

To znaczy ile?

Mówiły o tysiącu do dwóch na tydzień.

Kwota Panią skusiła?

Tak. Poszłam do managera i powiedziałam, że chcę tańczyć. On powiedział OK i zaczęłam.

Tak po prostu?

Tak to się odbywa.

A jakiś test umiejętności? Rozmowa kwalifikacyjna? Weryfikacja urody?

Nie. Dziewczyny nauczyły mnie wszystkiego w dwa wieczory. Ubrania i buty miałam swoje. A jeśli chodzi o urodę: jest zapotrzebowanie na bardzo różne dziewczyny, więc nikomu nie przeszkadzało, że byłam pulchna. Kiedyś, już później, usłyszałam nawet od klienta, że jestem za szczupła i że on wolałby taką koło stówki (śmiech).

Da się tak po prostu wejść na scenę i zatańczyć na rurze, bez solidnego przygotowania?

Lekcje od dziewczyn naprawdę wystarczyły. Tam nie potrzeba żadnych szczególnych umiejętności. Opanuje się kilka podstawowych ruchów i można pracować. Niektóre dziewczyny były wręcz koślawe do tańca, a też dawały radę. Klienci nie są wybredni, jeśli o to chodzi. Często taniec na rurze sprowadza się do stania przy niej i poruszania się wokół, a kiedy już idzie się z klientem na prywatny występ, to tam nawet nie ma rury.

Jak wygląda harmonogram pracy w takim zawodzie?

Pracuje się zwykle 5 dni, czyli właściwie 5 nocy w tygodniu. U nas to było od 20.00 do 6.00. Przychodzi się, przebiera, siada i czeka na klienta.

On wybiera którąś spośród pań?

Tak. Obserwuje, jak tańczymy na scenie. Przysiada się, zagaduje, a my proponujemy, żeby postawił drinka, a później prywatny taniec.

Zdradzi Pani jakiś swój trik na przyciągnięcie klienta?

To nie tak działa. Dziewczyna musi się spodobać. No i jeśli on wybiera na przykład blondynkę z dużym biustem, to już wiadomo, że płaska brunetka nie będzie miała szans. Chociaż bywa tak, że klient zagaduje kolejne dziewczyny. Tylko wtedy zwykle żadnej nie chce stawiać, więc następne w kolejce nie są za bardzo chętne do zajmowania się nim, bo wiedzą, że i tak nic z tego nie będzie.

Miała Pani problemy z rozbieraniem się?

Na początku tak, ale później już nie. Zresztą ja zawsze unikałam rozebrania się do rosołu. Stanik ściągałam, ale z majtkami kombinowałam. Gdzieś tam na końcu się odwracałam i czekałam, aż muzyka się skończy. Wtedy mówiłam, że już po wszystkim, a majtki obniżałam tak, żeby jemu wydawało się, że je zdjęłam.

Nie obowiązywały żadne ogólne reguły co do rozbierania się?

Nie. Miałyśmy dużo swobody. Wiem, że niektóre dziewczyny obnażały się do końca, a nawet pokazywały krocze klientowi, ale nie było takiego nakazu.

A w ogóle jakieś reguły pracy były?

Tak. Nasz klub był kulturalny. Klient nie mógł dotykać dziewczyny, rozbierać się przy niej, ani onanizować. Te zasady były powszechnie znane, ale oczywiście nie brakowało chętnych do obmacywania dziewczyn czy robienia im minety na tańcu prywatnym. Jeśli ona się na to godziła, musiała się liczyć z tym, że zanurzy głowę w kiblu…

Co to znaczy?

Taki samosąd. Pilnowałyśmy siebie nawzajem i jeśli któraś przekraczała wyznaczone granice i sprzedawała klientowi więcej, niż powinna, była karana przez resztę.

Jak rozchodziła się informacja o tym, że dziewczyna zrobiła coś takiego?!

Tańce prywatne odbywały się w innej części klubu. Żeby czuć się tam bezpiecznie, zawsze któraś zaglądała do pokoju, gdy inna pracowała. Jeśli zobaczyła coś, co nie powinno się dziać, dawała znać reszcie.

Czuła Pani wspólnotę z dziewczynami?

W jakimś sensie tak. Stawaliśmy się trochę taką rodziną. Pewne rzeczy zostawiało się na zewnątrz, ale o wielu, naprawdę o wielu, też się rozmawiało. Dzieliło się problemami życia codziennego. Urządzałyśmy sobie urodziny w klubie. O północy wbiegałyśmy na scenę z tortem i śpiewałyśmy „sto lat” jubilatce. Świeczki, baloniki. Klienci nie wiedzieli, o co chodzi. Byłyśmy blisko.

Co to były za kobiety? Coś je łączyło?

Niewiele poza wiekiem. Ja byłam najmłodsza, ale większość miała między 20 a 30 lat. Jedna tylko była w okolicach czterdziestki. Faceci wolą młode. W domu mają 40-letnie i starsze żony, więc w klubie chcą czegoś innego.

Historie życiowe Pani koleżanek były z gatunku „skomplikowane”?

Różne. Wiele przyjechało do Warszawy zarobić na określony cel, a później wracały do rodzinnych miejscowości. Sporo było Ukrainek. Nie brakowało samotnych matek. Jedna była w ciąży i pracowała, dopóki nie było widać brzucha. Zbierała na ślub. Większości rzeczywiście źle się w życiu ułożyło. Nie brakowało przemocy. Ale były też kobiety z wyższym wykształceniem i studentki, które w ten sposób zarabiały na utrzymanie w Warszawie.

Zarobki były rzeczywiście spełnieniem Pani marzeń?

Nie. Zupełnie nie. Rzeczywistość była totalnie inna niż wyobrażenia o tej branży i możliwościach zarobku. Zdarzały się tygodnie, że zarabiało się 300 zł. Za dobre uznawało się te, gdy tygodniówka wynosiła 1000.

Największa kwota, jaką Pani zarobiła?

Miałam taki strzał: 2000 zł w jedną noc. Klientem był Arab. Chyba jakiś szejk. Przyszedł z prostytutką i to ona sobie mnie upatrzyła. Akurat byłam tego dnia normalnie ubrana, bo miałam wolne i to jej się spodobało. Spędziłam z nimi wieczór. Alkohol lał się strumieniami.

Dużo alkoholu się piło?

W pierwszym klubie, w którym pracowałam, tak. W drugim się ćpało. Ja mam słabą głowę, więc zawsze przed zmianą piłam setkę porzeczkówki z sokiem i to mi wystarczało, ale ogólnie picie jest częścią tej pracy. Zarabiamy na tym, ile alkoholu zamówi dla nas klient, więc zawsze trochę trzeba się napić. Większość tego, co on kupuje, jest wylewana po kryjomu, ale i tak zawsze trochę się wypije.

Jak to wylewana? Te drogie szampany?!

Oczywiście. Żadna dziewczyna nie dałaby rady wypić wszystkiego, co się jej stawia co noc, a w tym biznesie o to chodzi, żeby klient zamówił jak najwięcej, więc wylewa się kolejne butelki do doniczek, za kanapę. Wychodzi się kieliszkami do łazienki i tam je wylewa, a bar uzupełnia szkło sokiem albo wodą. Jak klient chce czegoś więcej niż standardowe usługi, zawsze mówi mu się jestem jeszcze za mało pijana; zamów coś jeszcze. I on zamawia, a dziewczyna wylewa. Miałam taką koleżankę, która za każdym razem, gdy facet przyłapywał ją na wylewaniu, mówiła, ze bierze antybiotyki i to dlatego.

Mężczyźni naprawdę się na to łapią?

Oczywiście. Niby obie strony wiedzą, jakie są reguły gry, ale oni chcą wierzyć, że one się w nich naprawdę bujają i dlatego pójdą z nimi do łóżka, a one z jednej strony chcą tylko wyciągać z nich kasę, a z drugiej liczą, że któryś facet okaże się ich wielką wyśnioną miłością. Zabierze je stamtąd i będą żyli długo i szczęśliwie.

I co, często tak się dzieje?

Nie… (śmiech).

Pani partner wiedział, jaką pracę Pani podjęła?

Przez chwilę to ukrywałam. Później mu powiedziałam i, tak jak się spodziewałam, zabronił mi tego, ale nie odeszłam, tylko znowu to ukrywałam. A niedługo później zdecydowałam się z nim rozstać i musiałam jeszcze przed nim uciekać. W okolicy Bożego Narodzenia wróciłam do rodziców. Mama pomogła mi się od niego wynieść, kiedy nie było go w domu. Później przez chwilę skupiłam się na szkole i na nowym związku. W listopadzie trzeciej klasy liceum poznałam w pracy faceta, z którym się związałam. Był dużo starszy ode mnie. Spotykaliśmy się około pół roku, ale ostatecznie okazało się, że miał żonę i dziecko w drodze. Trochę żeby się na nim zemścić, na wiosnę, tuż przed maturą, wróciłam do biznesu, ale już do innego klubu. Wtedy mieszkałam już u rodziców.

Oni wiedzieli, co Pani robi?

Mama tak. Ale o nic nie pytała. Prała mi nawet majtki i inne służbowe ubrania, ale nie rozmawiałyśmy o tym.

Supermama…?

Oj, tak. Super.

A supertata?

Tata nigdy o niczym nie wiedział. Był bardzo mało obecny w moim życiu. W mamy zresztą też, ale to już inna historia. Nie wiedział, mimo że z nimi mieszkałam.

W szkole nikt się nie domyślał, co Pani robi?

Dziewczynom podobały się moje fajne torebki po pięć, sześć stówek. Pytały, skąd mam na to pieniądze. Mówiłam, że jestem kelnerką. Najbliższe mi koleżanki wiedziały, gdzie pracuję. Reszta nie.

Jak Pani godziła pracę ze szkołą?

Kiedy były lekcje, pracowałam tylko w weekendy. Do ustnej matury uczyłam się, siedząc w klubie. Miałam mieć wolne dzień przed egzaminem, ale ostatecznie szef się nie zgodził, więc tak wyszło.

Po zdanej maturze coś się zmieniło?

Awansowałam. Zostałam managerką dziewczyn.

Z jakimi obowiązkami to się wiązało?

Musiałam ich pilnować. Odpowiadałam za grafiki. Szukałam tancerek chętnych do pracy. Ogólnie: dużo roboty i duża odpowiedzialność. Jak coś nie działało, ja byłam winna, a często i karana. Szczególnie, że manager, który był nade mną, strasznie mobował. Mnie i dziewczyny. Wystarczyło, że weszła na scenę 10 sekund po rozpoczęciu piosenki i już była kara – 200 zł z pensji. Nie przyszła do pracy – 5 stówek kary!

A dlaczego nie przychodziły do pracy? I czego Pani konkretnie musiała pilnować?

Nie przychodziły, bo na przykład dzień wcześniej tak zapiły albo zaćpały, że nie były w stanie wstać. Jasne, tak nie powinno być, ale przecież w ten sposób zarobiły dla klubu. Menager powinien to zrozumieć. Ale nie. On tylko karał. A jeśli chodzi o moje pilnowanie, to właśnie o to chodziło, żeby nie dopuszczać do takich sytuacji.

Kiedy Pani awansowała, już Pani nie tańczyła?

Tańczyłam. Robiłam i to, i to.

Pani nie brała narkotyków?

Brałam.

Kiedy Pani zaczęła?

Prawie zaraz po tym, jak drugi raz weszłam do biznesu.

Dlaczego?

Każdy brał. Chciałam spróbować. To szybko wciąga. Mnie też wciągnęło. Najpierw brałam raz na tydzień. Później dwa razy i tak coraz częściej, aż doszło do tego, że wciągałam kreskę każdego dnia.

Co to były za narkotyki?

Najpierw kokaina, ale była za droga, więc skończyło się na dopalaczach. Dziewczyny brały też amfetaminę. Ogólnie raczej twarde rzeczy.

Mówi Pani o tym tak… oficjalnie. To było oficjalne?

Można tak powiedzieć. Szef pozwalał nam mieć. Mówił tylko, żeby nikt nie znalazł. Generalnie to wyglądało tak, że przed zmianą każda wciągała. Taka robota…

Że trzeba się znieczulić?

Tak. Żeby nie myśleć.

O czym konkretnie?

O tych facetach. Oni nie zawsze są mili i kulturalni. Raczej często nie są. Ślinią się, obmacują. Niby nie mogą, ale obmacują. Ja na początku nie mogłam patrzeć na siebie w lustrze. Takie obrzydzenie…

Myślałam, że to, o czym Pani teraz mówi, dotyczy raczej prostytutek…

No, niby tak, ale jak się można czuć, kiedy widzi się faceta, któremu podnosi się penis na twój widok i który tylko czeka na to, żeby klepnąć cię w tyłek…

Najgorsze wspomnienie?

Byłam na tańcu prywatnym. Klient zaczął się onanizować. Mówiłam mu, że nie wolno i że ma przestać, ale nie poskutkowało. Wybiegłam i powiedziałam ochroniarzowi, co się dzieje. Oczekiwałam, że weźmie faceta za fraki i go wyrzuci, ale akurat pojawił się szef i powiedział „niech sobie dokończy”. Poczułam się jak ścierwo. Dokończył. Szef kazał kelnerce wytrzeć podłogę i za chwilę kolejna dziewczyna wiła się na niej przed swoim klientem.

Jak daleko jest z tego miejsca, w którym Pani była, do prostytucji?

Blisko. Bardzo blisko. Te światy są bardzo podobne. W obu rządzą pieniądze, alkohol, narkotyki i seks. Parę dziewczyn odeszło od nas TAM. Pewnie skusiły je zarobki. Jak odchodziły, zrywało się z nimi kontakt. Dziewczyna przestawała być jedną z nas.

Nigdy Pani nie myślała o tym, żeby zarobić więcej, posuwając się tę odrobinę dalej?

Nie. Nigdy nie uprawiałam seksu za pieniądze. Ale okazje do tego były, bo większość klientów uważa, że tancerki to takie łatwe dziewczyny. Związałam się z klientem, ale kiedy już byliśmy razem, nie było mowy o pieniądzach za seks.

Dlaczego Pani odeszła na dobre?

Dużo rzeczy się zbiegło. Najpierw brat nakrył mnie, jak wciągałam kreskę w domu. To uświadomiło, w jakim miejscu jestem i że trzeba z tym skończyć. Kocham brata ponad życie i nie mogłam ryzykować, że matka zabroni mi kontaktów z nim. Od tamtego razu nigdy więcej nie wzięłam narkotyków. Odstawiłam i koniec. W tym samym czasie wakacje zbliżały się do końca, a mama coraz bardziej naciskała, żebym znalazła normalną pracę. Ten menadżer, o którym mówiłam, coraz bardziej mobował. I jeszcze taka historia: poprosiłam kiedyś przypadkowego faceta na Marszałkowskiej o ogień, a on spojrzał na mnie i powiedział o, ty dla mnie tańczyłaś w takim i takim klubie. Uciekłam i pomyślałam, że to już za daleko zaszło. Jestem z Warszawy. Tu mieszka moja rodzina. W klubie bywali faceci, których znałam z widzenia ze swojej dzielnicy. Mogło stać się tak, że spotkalibyśmy się w firmie mamy albo jeszcze gdzie indziej. Nie wyobrażałam sobie tego. No i myślałam już o dziennej szkole kosmetycznej.

Łatwo było odejść?

Nie. Kilka razy już miałam to zrobić i nie robiłam. Bo na przykład „przypominałam sobie”, że muszę pójść do klubu jeszcze chociaż jeden raz, bo umówiłam się z koleżanką, że rozpisze mi dietę. Innym razem znajdował się inny powód. Znam dziewczynę, która 5 razy odchodziła z biznesu i 5 razy wracała. Ostatnio tak, że zostawiła chłopaka, który jej tego zabronił.

Uzależnienie…?

Trochę tak…

Od czego?

Od tego świata. Od adrenaliny. Od emocji, które się ma, tańcząc. Ja nigdy wcześniej i nigdy później nie byłam tak pewna siebie i nie czułam się tak atrakcyjna jak wtedy, gdy tańczyłam. Wyglądałam dokładnie tak samo jak teraz, a kiedy szłam ulicą w rozdeptanych trampkach – jak zwykle – czułam na sobie wzrok facetów.

Czuła Pani, że ma nad nimi władzę?

Chyba tak. Płacili za to, żeby na mnie patrzeć. Za mój czas. Za rozmowę ze mną. Kiedyś przyszło takich dwóch, którzy zostawili żony w hotelu obok i wyszli na piwo. Trafili do nas przypadkiem. Nie chcieli oglądać striptizu. Od razu to wiedziałam, ale akurat nie miałam dużo roboty, więc z nimi pogadałam. Jak wychodzili, zostawili mi dwie stówki…

To podnosiło Pani samoocenę?

Tak.

Czuła się Pani uwielbiana, kobieca?

Tak. Ja w ogóle uwielbiałam tańczyć. Czasami myślę, że gdybym kiedyś mogła jeszcze tam pójść, jak klub będzie zamknięty, i wejść na scenę i potańczyć, to byłoby super. To uwalniało we mnie kobiecość.

Teraz ma Pani stałego partnera?

Tak.

On zna Pani przeszłość?

Tak. Powiedziałam mu na drugiej randce. Nie miał z tym problemu. Ale jak kiedyś chciałam go zabrać do klubu, na takie zwykłe wyjście, bo sama lubię popatrzeć na tańczące dziewczyny, to nie chciał.

On Panią uwielbia?

Jesteśmy razem. Kochamy się. Uprawiamy seks, ale… to nie jest to samo, co tamto.

Nie ma dreszczyku emocji – o to chodzi?

Tak, chyba o to.

Tamten świat jest niebezpieczny?

Jest. Pomyślałam o tym na poważnie kiedyś, jak tańczyłam dla faceta na wózku i później się okazało, że był sparaliżowany, bo działał w przestępczości zorganizowanej i postrzelono go w porachunkach. Nigdy nie wiadomo, co by zrobił taki gość, jakby mu się coś nie spodobało. Mógł na przykład uprzeć się na coś więcej i czekać na mnie przed klubem. W tym drugim miejscu, gdzie pracowałam, było tylne wyjście, z którego korzystałyśmy, ale w tym pierwszym – nie. Ochroniarz wsadzał nas do taksówki, a przecież klient mógł za mną pojechać. I co wtedy…?

A w samym klubie czuła się Pani bezpiecznie?

Niby tak, ale to też nigdy nie wiadomo. Raz przyszła jedna znana aktorka z ekipą i okradła trzy dziewczyny!

Jak to?!

Każda z nas ma zawsze przy sobie torebkę. Tam się chowa notes do zapisywania utargu, perfumy, chusteczki, telefon. Wtedy trzem dziewczynom torebki znikły. Ale szybko się zorientowałyśmy, co się stało. Wzięłyśmy „gwiazdę” na taniec prywatny i kiedy tam siedziała, dziewczyny zaczęły dzwonić na swoje numery. Dzwonki było słychać w jej rzeczach. Dopadłyśmy do nich, a tam nasze fanty. Tak się sprawa wyjaśniła.

Brzmi jak scenariusz filmu o życiu półświatka…

No, trochę tak jest. W klubie nikt nie miał umowy o pracę. Każda zarabiała na procent, więc wszystko zależało od tego, czego i ile się sprzedało. Jak kiedyś wpadła kontrola z PIP-u, szef uciekł i zostawił mnie ze wszystkim. To było wtedy, jak byłam menadżerką. Musiałam mówić, że dziewczyny to moje koleżanki, a ja jestem kochanką szefa.

Często zdarzały się takie naloty?

Nie, bardzo rzadko. Policji takie rzeczy nie obchodzą, zresztą większość ochroniarzy to policjanci na emeryturze, więc tu nie ma się o co martwić. Ta sytuacja, o której mówię, to była kontrola nasłana przez byłą tancerkę.

Szef zaszedł jej za skórę?

Nie dostała pieniędzy, bo nie dopilnowała sprawy z klientem, który miał kartę na podpis. Następnego dnia po tym, jak facet wydał u nas kawał forsy, poszedł do banku, złożył reklamację i ostatecznie nie zapłacił, więc szef powiedział jej, że nie dostanie żadnego procentu. No i się wściekła. I nasłała PIP. Po tej akcji szef zaproponował mi umowę o pracę, ale powiedziałam, że teraz już nie chcę. Wiedziałam, że za chwilę odejdę.

Jeśli miałaby Pani córkę, pozwoliłaby pracować jej w branży?

Zrobiłabym wszystko, żebym móc jej dać pieniądze i żeby nie musiała tego robić…

Wszystko? Nawet wróciłaby Pani do zawodu?

Jeśli sytuacja by mnie do tego zmusiła, wróciłabym, ale ogólnie to dzięki tej przeszłości teraz poradzę sobie w każdej sytuacji. No, bo co trudniejszego mogłoby mnie jeszcze spotkać?

Co powiedziałaby Pani dziewczynom, które rozważają wejście do biznesu?

Nie warto. Zarobki nie są takie znowu wspaniałe. Dziś można dostać tyle samo w normalnej pracy. Tutaj traci się szacunek do facetów. Już się wie, że każdy jest taki sam. Że w domu fajnie i kochany, a tak naprawdę tylko patrzy, żeby zdradzić. No i trzeba się liczyć z tym, że zmieni się postrzeganie intymności i nagości. Już nie będzie tak, jak wcześniej. Ja nie mam problemu z przejściem topless po plaży. Dla mnie cycek, to cycek. Moje cycki widziało tysiąc osób. Żadna różnica, jak zobaczy jeszcze jedna…

Czyli ten świat ciągle w Pani siedzi?

Siedzi.

A kiedyś wyjdzie?

Takie rzeczy nigdy z człowieka nie wychodzą…

Dziękuję za rozmowę.

* Imię bohaterki to Jej pseudonim zawodowy. W opisywanym biznesie wszystkie dziewczyny posługują się fikcyjnymi personaliami. Karolina powiedziała, że nawet szef nie znał jej prawdziwego imienia. To pomaga w oddzieleniu życia zawodowego od prywatnego.