Marta Jarosz: Ile dzisiaj spałaś?

Anna Kowalska: Chyba ani chwili. Miałam nocną zmianę w pracy – wypada raz w miesiącu i to było akurat dziś. Kiedy mam ten dyżur, rzadko udaje mi się zdrzemnąć.

Nie rozumiem. Twoja nocna zmiana nie jest podoba do szpitalnej? Tam dyżurujący lekarze i pielęgniarki - mniej lub bardziej wygodnie - ale zwykle odpoczywają.

Dom pomocy społecznej, w którym na stałe przebywają ludzie przewlekle chorzy psychicznie, to nie szpital. Owszem, u nas też obowiązuje cisza nocna i inny niż w ciągu dnia tryb pracy, ale nasi mieszkańcy bardzo często nie potrzebują dużo snu i na przykład już o północy są na tyle wypoczęci, że stają się aktywni. Poza tym nie wyobrażam sobie, że mogłabym spać, kiedy wiem, że w nocy personel stanowi co najwyżej pięć osób.

Na ilu pacjentów przypada te pięć osób?

Budynek ma trzy piętra. Na tym „najbardziej zaludnionym” znajduje się około 50 miejsc, więc można założyć, że na pozostałych jest po około 40 łóżek. Wychodzi więc grubo ponad setka w pawilonie…

Mówisz o miejscach, ale rozumiem, że ludzi jest mniej, niżby mogło być, gdyby ośrodek był pełny?

Nie, ludzi jest prawie dokładnie tyle ile miejsc - dużo ponad sto.

Nimi wszystkimi opiekuje się w nocy pięć osób?!

Nie zawsze. Dziś na przykład cztery, bo jest sezon urlopowy i mamy braki w kadrze. Na co dzień wygląda to inaczej. Na nocnej zmianie oddziałem opiekuje się przynajmniej kilka osób: pielęgniarka, jednej pokojowa na każde piętro i jeden opiekun na każdy pawilon. W naszym przypadku zwykle jest to pięć osób.

Jak w takim składzie wygląda czuwanie nad mieszkańcami?

Można się przyzwyczaić i wszystko tak ułożyć, żeby sprawnie działało. Każdy z personelu ma jakieś swoje zadania, które musi wykonać na nocnej zmianie. Ja jako opiekun zaczynam pracę od szczegółowej kontroli swojego piętra, czyli tego, na którym jestem, kiedy mam zmiany dzienne. Później sprawdzam pozostałe piętra, ale spędzam na nich mniej czasu, bo nie znam się z pensjonariuszami tak dobrze jak „u siebie”. Taki obchód powtarzam kilka razy w ciągu nocy. Oczywiście stale muszę być czujna, bo dodatkowych "zdarzeń" nigdy nie brakuje.

Co masz na myśli?

Tak jak już wspomniałam, moje podopieczne - mówię „one”, bo w tej chwili pracuję na oddziale żeńskim - naprawdę wymagają uwagi. Nie mogę na przykład dopuścić do tego, żeby w nocy wychodziły do łazienki na papierosa. Wolno im palić tylko w specjalnie przeznaczonym do tego pomieszczeniu, ale w nocy nie mogą tam chodzić, a pewnie gdyby nawet mogły, to i tak by im się nie chciało. Jeśli więc mieszkanka poczuje silną potrzebę puszczenia dymka, idzie do łazienki, a ja muszę zadbać o to, żeby ta wizyta nie zakończyła się pożarem. Moim obowiązkiem jest też uspokajanie kobiet, nakłanianie ich do spędzenia nocy w łóżku – wcale nierzadko zupełnie nie mają na to ochoty, czuwanie nad ich bezpieczeństwem.

Praca na dziennej zmianie jest lżejsza?

To zależy, jak na to spojrzeć. Na pewno jest wtedy więcej personelu – na moim piętrze pięć osób – ale też obowiązki są zupełnie inne. Zmiana zaczyna się o 7.00 i kończy o 19.00. Czasami jestem po pracy tak wyczerpana, że dosłownie nie mam siły się ruszyć. Na szczęście pracuję co drugi dzień, więc jest czas na regenerację. Inaczej naprawdę byłoby bardzo ciężko, bo to wymagająca praca fizyczna. Myję pacjentów, przebieram, robię pełną toaletę tych nieporuszających się, karmię, doglądam na każdym kroku, kiedy potrzeba, jadę z kimś do lekarza. Tak wygląda cały dzień.

Co to znaczy, że jedziesz do lekarza? W takiej placówce jak Wasza nie ma specjalistów na stałe?

Lekarz ma wyznaczone dni i godziny pracy, a mieszkańcy często potrzebują pomocy innych specjalistów lub porady o innych porach.

W takich przypadkach przyjeżdża karetka?

Karetka przyjeżdża wtedy, gdy wymaga tego sytuacja, a nie zawsze tak jest. W „lżejszych przypadkach” mamy samochód z kierowcą do dyspozycji. Jeśli pacjent jest w stanie się poruszać, ktoś z personelu jedzie jako jego opiekun i tyle. Wszystko działałoby całkiem sprawnie, gdyby nie przepisy, przez które nie mam prawa wiedzieć nic o chorobach mieszkańców. Czasami to powoduje koszmarne sytuacje. Przyjeżdżam z pacjentem do lekarza, sygnalizuję aktualny problem i dodaję, że to człowiek przewlekle chory, no i zaczyna się… Na żadne dodatkowe pytanie nie potrafię odpowiedzieć. Dokumentów choroby z zakładu nie wolno mi zabrać, sama niewiele wiem, więc lekarzom czasami puszczają nerwy. Nawet się nie im nie dziwię. Tacy pacjenci jak nasi mieszkańcy wymagają szczególnego traktowania. Każda informacja o ich ogólnym stanie zdrowia jest ważna do podejmowania decyzji o leczeniu doraźnych schorzeń, a tu taka blokada….

Jak to możliwe, że taki personel jak Ty nie ma dostępu do informacji o pacjencie?

W świetle prawa nie jestem zaliczana do personelu medycznego, a ustawa o ochronie danych osobowych tylko lekarzom i pielęgniarkom zezwala na dostęp do tego rodzaju informacji o pacjentach, więc i o naszych mieszkańcach. Z tego wynikają przedziwne sytuacje, ale nie ma innego wyjścia, jak akceptacja takiego stanu rzeczy.

Jakie sytuacje na przykład?

Całkiem niedawno jedna z moich wieloletnich mieszkanek odmawiała przyjęcia jakiejkolwiek pomocy, również podczas posiłków i podawania leków. Żadne prośby nie pomagały. Sytuacja zrobiła się poważna – a kobieta nadal trwała przy swoim. Nie mogliśmy znaleźć powodu takiego postępowania. Wypytywałam ją z koleżankami na wszelkie możliwe sposoby. Ostatecznie wyznała nam, że to wszystko nie ma sensu, bo i tak skończy w więzieniu. Okazało się, że jako bardzo młoda dziewczyna zaszła w niechcianą ciążę, co spowodowało konflikt między nią a jej ojcem. Dawniej panna z dzieckiem przynosiła hańbę rodzinie, więc pozbawiono ją praw rodzicielskich, a jej dziecko oddano rodzinie zastępczej. W ataku szału, którego nie pamiętała, zamordowała ojca. Sąd podczas rozprawy orzekł jej niepoczytalność i umieścił ją w placówce dla chorych psychicznie. Ostatecznie trafiła do naszego zakładu. W jakiś sposób po wielu latach chwilowo wróciły wspomnienia tamtych makabrycznych wydarzeń. Takich historii podczas moich kilku lat pracy poznałam wiele. Nie o wszystkich mogę mówić ze względu na szacunek do swoich podopiecznych.

Nie przeszkadza Ci to, że nie poznajesz historii choroby pacjenta, gdy trafia on pod Twoją opiekę? Jako zupełny laik domyślam się, że to może utrudniać Ci wykonywanie obowiązków.

Ogólnie rzecz biorąc, to nie ma większego znaczenia. Wobec każdego powinnam zachowywać się tak samo i stosować takie same standardy „obchodzenia się z nim”, ale fakt, zdarzają się sytuacje bardzo niekomfortowe, kiedy na przykład przystępuję do pielęgnacji osoby leżącej, a pielęgniarka nieoficjalnie udziela mi dobrej rady:  załóż do niej 2 pary rękawiczek…

Jak reagujesz w takiej sytuacji?

Szczerze? Zakładam trzy pary rękawiczek, bo lepiej dmuchać na zimne. Kiedy mam te trzy pary, pierwszą z wierzchu mogę zdjąć bez obawy o to, że przez tę spodnią coś się przedostanie, bo na przykład się uszkodziła. Robię tak, kiedy idę do mieszkanki, o której – oczywiście nieoficjalnie – wiem, że ma żółtaczkę i do takiej z gronkowcem.

Czego najbardziej boisz się w tej pracy?

Trudno powiedzieć. Ja ogólnie bardzo lubię swoją pracę i nie wyobrażam sobie, że mogłabym robić coś innego. Ale boję się. Boję się tego, że coś mogłoby się stać na mojej nocnej zmianie. W takim miejscu noc jest trochę czarniejsza, niż wszędzie indziej – wiesz, o czym mówię. Szczególnie w okolicach pełni księżyca, gdy wielu pensjonariuszy jest wyraźnie pobudzonych. Boję się, żeby ktoś nie umarł podczas mojego nocnego dyżuru. I pożaru nocą bardzo się boję. Nie wyobrażam sobie ewakuacji. W ogóle jej sobie nie wyobrażam, ale nocą szczególnie.

Jak to sobie nie wyobrażasz ewakuacji? Nie ma na to procedur?

Oczywiście, że są. Podobnie jak szkolenia i testy tego, czy spełniamy wymogi bezpieczeństwa. Wszystkie przechodzimy wzorowo, ale co z tego, jeśli każdy wie, jak wyglądałoby to w praktyce…

No, jak?

Chyba najlepszą odpowiedzą na to pytanie będzie kilka informacji o naszym pawilonie. Po pierwsze: najcięższy oddział – w sumie nie wiem, dlaczego - nie znajduje się na parterze; wiele jego mieszkanek jest przykutych do łóżka, a kiedy wybucha pożar, zgodnie z procedurą, stają windy. Po drugie: w oknach wielu pokoi są kraty – nie sądzę, aby w razie pojawiania się ognia w środku w nocy łatwo było sięgnąć po klucze do nich i wszystkie otworzyć. Po trzecie: oficjalna procedura na wypadek pożaru brzmi: "ratuj pacjentów, ratuj dokumenty, ratuj siebie", a strażak, który kiedyś prowadził dla nas szkolenie, powiedział wprost: jak wybuchnie tu pożar, ratuj siebie, bo nic innego i tak nie uratujesz. No i jeszcze ta kwestia liczebności personelu. Nawet gdyby było nas więcej, zapanowanie nad ponad stu spanikowanymi osobami z zaburzeniami psychicznymi byłoby zadaniem prawie nie do wykonania.

Praca ze świadomością tego wszystkiego musi szalenie obciążać psychikę…

Dla wielu pewnie jest. Wprawdzie ofert pracy nie jest u nas za wiele, ale też nierzadko zdarza się, że przychodzi ktoś nowy do pracy z mieszkańcami i po czterech, pięciu dyżurach rezygnuje, bo nie wytrzymuje. Mój mąż nawet nie lubi do mnie dzwonić, gdy jestem w pracy, bo przeszkadza mu hałas, który słyszy w tle (śmiech), ale mnie to nie problem.

A chociaż dobrze za to płacą?

Niecałe 2 tysiące na rękę pensji podstawowej – nie jest źle. Ja osobiście się cieszę, bo możemy też liczyć na dodatkowe świadczenia z funduszu socjalnego, ale dziś już nie wszędzie ma się takie przywileje. Mimo to do tej pracy nie ma zbyt wielu chętnych, bo na przykład w Niemczech za to samo płacą kilka razy tyle razy tyle - dużo ponad 5 tysięcy złotych, więc jeśli tylko ktoś może, woli wyjechać.

A jakie kwalifikacje trzeba mieć, żeby robić to, co Ty?

Żeby być opiekunem osób starszych, trzeba mieć co najmniej wykształcenie średnie i "zaliczyć" rozmowę z psychologiem. Tak wygląda rekrutacja, jeśli odpowiadasz na ogłoszenie o pracy i kandydujesz dokładnie na to stanowisko. U mnie przebiegało to według innego scenariusza, bo najpierw byłam pokojową - przed przyjęciem do pracy nie badał mnie psycholog - a później awansowałam, co wymagało w zasadzie tylko pozytywnych opinii kilku przełożonych.

Czy kiedy kończysz zmianę i wychodzisz z pracy, odcinasz się od myślenia o niej, czy może nieustannie żyjesz życiem swoich podopiecznych?

Od tego nie da się tak zupełnie odciąć. To, co robię, jest trochę podobne do pracy lekarza. On też myśli o ludziach, którymi się zajmuje, rozważa różne scenariusze rozwoju sytuacji z ich i swoim udziałem, „ma ich w głowie”. Możliwe, że w niektórych sytuacjach łączy mnie z mieszańcami nawet silniejsza więź, niż lekarza z jego pacjentami, bo spędzam z nimi bardzo dużo czasu. Myślę, że chyba nawet jest wskazane, żeby osoba wykonująca taki zawód, angażowała się w życie swoich podopiecznych, bo inaczej może być trudno o empatię, cierpliwość i zrozumienie. Niemniej jednak ja też potrzebuję po pracy porządnego resetu. Dlatego kiedy tylko mogę, wsiadam na rower i jadę, gdzie mnie oczy i nogi poniosą. W ten sposób najlepiej się relaksuję.

Dręczy mnie jeszcze jedno, bardzo konkretne pytanie - o strach towarzyszący Ci w pracy. Jak do tej pory ani słowem nie wspomniałaś o tym, że boisz się swoich podopiecznych… Boisz się ich, czy nie?

To nie jest strach w „czystej postaci”. Oczywiście cały czas musisz mieć oczy dookoła głowy, obserwować pacjentów, poznawać ich i „oswajać”, ale na co dzień o tym nie myślisz. Przestrzegasz po prostu pewnych standardów postępowania, żeby zapewnić sobie poczucie bezpieczeństwa, i to wystarcza. Choć oczywiście pamiętasz, że czasami dzieje się coś nieprzewidywalnego. Mnie osobiście jeszcze nic takiego nie spotkało, ale zdarzało się, że ktoś z personelu był atakowany przez mieszkańca.

Jak często zdarza się, że Wasi mieszkańcy opuszczają zakład – wracają do rodziny albo rozpoczynają samodzielne życie?

Niestety, bardzo rzadko. Trafiają do nas ludzie samotni albo tacy, którymi rodzina nie chce lub nie może się zająć. Dla niektórych z nich to kolejne miejsce pobytu tego rodzaju – wcześniej byli na przykład w podobnych placówkach dla nieletnich. Rotacja mieszkańców nie jest więc duża, choć ostatnio zmienił się jeden „trend”. Większość nowo przyjmowanych osób to bardzo młodzi mężczyźni, którzy mają zaburzenia spowodowane używaniem środków psychoaktywnych.

A jak wygląda „zwyczajny” dzień Waszego mieszkańca?

Większość z nich jest bardzo pasywna. Mimo różnorodnych zajęć, jakie są im oferowane, wolą pozostawać bezczynni, a my nie możemy ich do niczego zmuszać. Wszystko, co robią, musi być dobrowolne. Efekt tego jest taki, że nie są zmęczeni, przez co mają problemy ze snem. Kiedyś było inaczej. Pomagali w kuchni, sprzątali. Dziś przepisy na to nie pozwalają. Wszystko ma zrobić personel i oczywiście robi. Zdarza się jednak, że pokojowa zasugeruje mieszkance, że mogłaby zetrzeć kurz ze swojej szafki, a wtedy słyszy: tobie za to płacą.

Narzekają na warunki?

Raczej nie, bo nie mają na co. Jeśli chodzi na przykład o jedzenie, to po prostu nie mogą przejeść tego, co dostają, Każdego dnia wyrzucamy kosze jedzenia – ze względu na przepisy również wszelkich produktów paczkowanych. Kuchnia naprawdę smacznie gotuje. Leków nie brakuje. Opieka lekarska też jest należyta. Wiem, że obraz takich placówek jak nasza może nie być pozytywny, bo wielokrotnie media nagłaśniały przypadki fatalnego traktowania pacjentów w podobnych domach. Zwracam jednak uwagę, że zawsze były to jednostki prywatne. Kiedy o tym myślę, przypomina mi się pewna kobieta, która trafiła do nas właśnie po pobycie w prywatnym domu opieki i w pierwszych dniach nie mogła się nadziwić, jak wiele dostaje u nas do jedzenia. Tam, skąd przyszła, zawsze była głodna. U nas odwrotnie. Nie wyobrażam sobie też, że pacjenci mogą być tak zaniedbani, jak pokazują to czasami media. Ja osobiście na dziennej zmianie co dwie godziny przekładam każdego przykutego do łóżka, żeby nie miał odleżyn.

Największy absurd tej pracy?

Chyba to, że wiedząc o wszystkich naszych bolączkach, poza wszystkim co robimy, wymaga się od nas prowadzenia „działań terapeutycznych” z mieszkańcami – poświęcania im jak największej ilości czasu, rozmów, bycia blisko. Czy ktoś naprawdę wierzy, że jesteśmy w stanie robić jeszcze to?

Ja nie, ale na pewno znajdzie się ktoś, kto powie, że zawsze można dać z siebie więcej… Dziękuję za rozmowę.

* Imię i nazwisko rozmówczyni zostały zmienione na jej prośbę.