Jak wygląda Pani zwykły dzień?

Anna Komorowska: Za każdym razem inaczej. Jeden punkt jest stały, albo prawie stały - o ile pozwala mi czas - staram się zacząć dzień od pływania. Kolejne punkty są zmienne, w zależności od tego, czy jest to dzień "wyjazdowy", czy nie. Na przykład podczas niedawnej wizyty państwowej w Szwajcarii z hotelu wyszliśmy o godzinie 7.30, a do domu wróciłam o pierwszej w nocy. W ciągu dnia mieliśmy może godzinną przerwę na przebranie się na wieczorne spotkanie. Dzisiaj na przykład rano byłam na basenie, po czym miałam spotkania ze zdobywcami pierwszej nagrody w konkursie na wieniec dożynkowy podczas prezydenckich dożynek w Spale. Następnie w gabinecie podpisywałam pisma, odpowiadałam na listy, zapoznawałam się z wnioskami o patronaty, teraz mam wywiad z paniami, potem schodzę (gabinet Pierwszej Damy położony jest na pierwszym piętrze Pałacu Prezydenckiego) na spotkanie z grupą dzieci i panią Henryką Krzywonos - przyjeżdżają zwiedzać Pałac. Potem na godzinę wrócę do domu. Wieczorem czeka mnie bardzo miłe spotkanie sąsiedzkie, ponieważ zostaliśmy zaproszeni przez mieszkańców kamienicy, w której mieszkaliśmy przez 25 lat, organizowane z okazji ukończenia całego szeregu remontów w tej kamienicy.

Mówiąc "dom", ma Pani na myśli...?

"Dom" to teraz w mojej świadomości Belweder, ponieważ tam mieszkamy od prawie dwóch lat. Cieszę się, że jeszcze mieszkają z nami młodsze dzieci.

Państwu zdecydowali o tym, że jako pierwsza para mieszkacie w Belwederze, a nie w Pałacu Prezydenckim. Mówiła Pani, że należy oddzielać pracę od domu.

To prawda. I gdybym miała tę decyzję podejmować raz jeszcze, to jestem przekonana, że byłaby taka sama. Mając do wyboru ogromny i mało przytulny apartament w Pałacu na Krakowskim Przedmieściu, czy też górną część Belwederu - bo parter nadal służy celom reprezentacyjnym - bez wahania znowu wybralibyśmy Belweder. Chociażby z tego jednego względu, że warto przyjechać do pracy i z pracy wrócić do domu, a nie tylko kolejnymi korytarzami czy schodami zejść do gabinetu. Bo to bardzo ułatwia odpoczynek, odcięcie się od spraw służbowych, choć nie do końca można, bo są maile, telefony...

A w jaki sposób Państwo "udomowili" Belweder? Mają tam Państwo może meble z mieszkania na Rozbrat?

Dokładnie tak. Przenieśliśmy te meble, które pasowały do naszej koncepcji wystroju belwederskiego domu. Prywatne posiłki jadamy przy starym stole, w salonie stoją te same fotele, kanapa i stolik, przy którym pijaliśmy herbatę na Rozbrat. Zachowaliśmy nawet ten sam układ obrazów wiszących nad kanapą. Bardzo nam zależało na przeniesieniu klimatu naszego starego mieszkania.

Jak Państwo lubią wypoczywać? Wyjeżdżając, czytając książki, spędzając czas razem?

Staramy się, kiedy tylko jest wolny czas, wyjechać. Najchętniej i najlepiej odpoczywamy u siebie na Suwalszczyźnie, ale z racji dużej odległości nie zawsze się to udaje. Na Suwalszczyźnie spacery, czy nordic walking. Latem pływanie, rowery. Zimą biegówki. W czasie wyjazdów nadrabiamy zaległości rodzinno-towarzyskie. Ostatni weekend spędziliśmy z rodziną, pogoda nam dopisała, zbieraliśmy grzyby.

Były?

Mnóstwo. Zebraliśmy bardzo dużo, głównie podgrzybków.

A gdyby miała Pani więcej wolnego czasu, to, co by Pani chciała robić?

Na pewno chciałabym częściej jeździć na rowerze, spacerować. Nigdy nie jestem nasycona, jeśli chodzi o pływanie. A jeżeli byłby to sezon wiosenno-letni, to więcej serca wkładałabym w moje kwiaty na Suwalszczyźnie, pewnie bym też więcej czytała i spotykała się z rodziną i przyjaciółmi.

Biorąc pod uwagę wszystkie plusy i minusy, to nie najgorzej być jednak pierwszą damą...

Oczywiście, że nie (śmiech). Nie powiem, że jest to najgorsza praca w kraju. Nie, na pewno nie. Wiąże się ona z ogromną odpowiedzialnością, ale i satysfakcją, tym większą, że sondaże, które w pewien sposób są wskaźnikami, są dla męża bardzo korzystne. Uważam, że na jego dobry odbiór, również i ja w pewnym stopniu pracuję. To jest źródłem naszej wielkiej satysfakcji i potwierdzeniem, że ten wysiłek, bo jest to ogromny wysiłek i fizyczny i emocjonalny, ma sens.

A czy nie przeszkadza Pani brak takiego formalnego docenienia funkcji pierwszej damy? Chodzi już może nie tyle o wynagrodzenie, co o płacenie składek?

Rzeczywistość tak istotnie wygląda - obowiązki są, satysfakcja jest. Nie czuję się upoważniona by mówić w swojej sprawie. Jak się skończy prezydentura mojego męża, to się będę na ten temat wypowiadała. Podejmowaliśmy swoje decyzje z całą świadomością, więc nie narzekam.

A czy mąż się jakoś zmienił w domu, odkąd jest prezydentem?

Nie, zupełnie nie. Przecież już dużo wcześniej sprawował istotne funkcje państwowe, był ministrem, marszałkiem Sejmu. Można było się z tym oswoić. Poza tym w domu jest jednak przede wszystkim mężem i ojcem, a nie prezydentem.

Pani mówiła o równej roli matki i ojca w wychowywaniu dzieci. Czy u Państwa tak było, że relacje w tej kwestii były partnerskie?

Tak, ale to różnie na różnych etapach życia wyglądało. Rodzicami jesteśmy od przeszło 30 lat, ale jeżeli czas mężowi pozwalał, to jak najbardziej się w to angażował: jeśli chodzi o karmienie, o przewijanie dzieci, o wstawanie w nocy, wychodzenie na spacer, a przede wszystkim o rozmowy, jak dzieci były już starsze, o podsuwanie im książek czy propozycji dotyczących wspólnych wyjazdów.

Ktoś by bardziej surowy dla dzieci: Pani, czy pan prezydent?

Trudno mi powiedzieć, nigdy nie byłam nadopiekuńczą mamą. Oboje z mężem mieliśmy spójną linię wychowawczą.

Ciężko było Pani przyzwyczaić się do zmian spowodowanych objęciem przez Panią męża funkcji prezydenta? Mam na myśli na przykład ochronę, częściową utratę prywatności.

Jakoś to się ułożyło, ja i dzieci wyobrażaliśmy sobie, że to będzie bardziej opresyjne. Oczywiście towarzyszący nam oficerowie BOR-u są bardzo taktowni, ale jednak są. Rozumiem, że są takie wymagania, decyzja o starcie w wyborach mojego męża wiązała się z przyjęciem tego do wiadomości. Ale można się do wszystkiego przyzwyczaić, nie jest to takie strasznie trudne.

Czy nadal spotyka się Pani z dawnymi znajomymi?

Staram się podtrzymywać kontakty z moimi przyjaciółmi, spotykam się z tymi samymi osobami, z którymi spotykałam się przez szereg lat i to się udaje. Nasi przyjaciele na szczęście są wyrozumiali i wiedzą, że mamy zdecydowanie mniej czasu.

Czy udaje się pani zachować anonimowość?

Nie jestem w pełni anonimową osobą, tak jak przed prezydenturą. W Warszawie, np. podczas spacerów po Łazienkach czy w Juracie zdarza się uśmiech i "dzień dobry". Niekiedy jestem rozpoznawana przez Polaków podczas wizyt zagranicznych i to są miłe spotkania, tak jak ostatnio w Szwajcarii.

A jak Pani się odnajduje w roli babci?

Rola babci jest cudowna. Ostatni weekend udało mi się spędzić ze wszystkimi wnukami i nie wiem, czy ja jestem im bardziej potrzebna, czy one mnie. Bo ja mam ogromną przyjemność, patrząc na to, jak się rozwijają, budując sobie relacje z nimi od samego początku. Patrzę, jak one ze sobą się zaprzyjaźniają.

Mówiła Pani już kiedyś o kojącym wpływie wnuków na prezydenta.

A to też, wnukoterapia jest ważna dla nas obojga. Tu mamy absolutną zgodność z mężem, że czas spędzony z nimi jest bardzo miłym czasem. Dużo satysfakcji daje nam także patrzenie, jak nasze dzieci spełniają się w rodzicielskich rolach.

Czy po tych 2,5 roku prezydentury męża nie zaczęła Pani kusić aktywna polityka?

Nie, uważam, że u nas w domu polityki jest bardzo dużo i to wystarczy.

Dziękujemy za rozmowę.

Rozmawiały: Agata Jabłońska-Andrzejczuk i Elwira Krzyżanowska (PAP Life)