Anna Grodzka na pytanie, co będzie z nią teraz, odpowiada bez ogródek, że nie wie, jak dalej potoczy się jej życie. "Jestem oszołomiona (...). Chciałabym mieć jeszcze i wielką miłość, i chciałabym zrobić w Sejmie coś dobrego" - mówi w rozmowie z "Vivą!". Przyznaje, że w Sejmie znalazła się właściwie przypadkiem, a to, że ona - transseksualistka - dostała poparcie wyborców, świadczy o tym, że "jednak wiele się w Polsce zmieniło". Choć nie ukrywa, że bolą ją niektóre komentarze na jej temat. "Usiłują ze mnie zrobić małpkę w cyrku, a ja usiłuję się nie dać. Czasami jak mam gorszy humor, myślę sobie: Cholera, przecież oni po prostu jeżdżą po mnie i nie ma jak się obronić. Ale z drugiej strony dostaję tyle ciepłych słów" - zapewnia posłanka. Wspomina jednak także telefon od dziennikarki jednego z tabloidów, która powiedziała jej, że mają jej zdjęcia całującej mężczyznę. Okazało się, że z ukrycia sfotografowano ją z synem.

A z nim, jak zapewnia posłanka, ma bardzo dobry kontakt. Syn mówi do niej "Aniu", i który dwa lata temu kupił jej w prezencie perfumy. "To był znak, że zaakceptował" - dodaje. Wspomina też czas, kiedy zdecydowała się powiedzieć synowi o swym transseksualizmie. "Podsunęłam mu film o transseksualiście. Obejrzał, spodobało mu się. <Widzisz, powiedziałam, ja też jestem kimś takim>. A potem wszystko wyjaśniłam mu szczegółowo w liście" - relacjonuje Anna Grodzka.

O ile jednak syn pogodził się z ta sytuacją, o tyle decyzja o zmianie przez nią płci była potężnym szokiem dla jej żony. "Zastanawiało ją, że golę sobie ręce. Nie chciałam być taka owłosiona. Powiedziałam jej, gdy postawiono mi diagnozę" - wyjaśnia. Wspomina, że żona była zszokowana i miała pretensje o to, że Anna, a wówczas jeszcze Krzysztof, utrzymywał to w tajemnicy. "Nie chciałam jej utracić, obiecałam wtedy, że już nie poruszę tej sprawy. Będę mężczyzną, postaram się tę kobietę, która jest we mnie unicestwić. Będziemy żyli jak normalne małżeństwo" - opowiada.


Przełomowym momentem była jednak choroba - rak nerki. Wtedy - jak mówi Grodzka - uświadomiła sobie, że ma jedno życie i nie może dłużej udawać. Zdecydowała się na operację, a z żoną wzięły rozwód. Pytana, dlaczego w ogóle zdecydowała się na małżeństwo, odpowiedziała: "Myślałam, że nie ma innej opcji. Weszłam w to podwójne życie z premedytacją. Sądziłam, że już tak zostanie: Będę kobietą w męskim ciele. Ożeniłam się, urodził nam się syn, cieszyliśmy się nim oboje" - wspomina.

Wspominając swe dawne życie w ciele mężczyzny, przyznaje, że swe problemy zabijała pracą, karierą. Była wydawcą i producentem filmowo-telewizyjnym. Teraz, jak mówi, musi się odnaleźć w swoim życiu zawodowym na nowo. "Dawni znajomi nie wiedzą, jak zareagować, gdy dzwonię. Są zażenowani" - przyznaje.

I choć przyznaje, że w pracy zapewne wciąż byłoby jej łatwiej jako Krzysztofowi, bycie kobietą rekompensuje zawodowe braki. "Wielką przyjemność mi sprawił sposób, w jaki traktują mnie mężczyźni. Przepuszczanie w drzwiach, czasami zaczepki" - wyznaje. Mówi też, że jako kobieta ma wiele kompleksów. "Byłam przystojnym facetem..." - przyznaje pani poseł.