To było cztery lata temu. Pod koniec sierpnia. Piękna pogoda. Pamiętam, jakby to zdarzyło się dziś. Wyjechaliśmy na nasze pierwsze wspólne wakacje. Jak się później okazało ostatnie.

Kilka dni przed wyjazdem w Pieniny mój Rycerz (nazwijmy go tak, choć jak czas pokazał nie mogłam czuć się przy nim bezpiecznie) zrobił się markotny, nie mógł znaleźć miejsca dla siebie. Później wracał z pracy, w domu większość czasu spędzał przed komputerem. Nieśmiało nawet wspominał, że moglibyśmy przełożyć ten wyjazd na późniejszy termin, bo nawał pracy, bo stres, bo... W wymyślaniu najbardziej absurdalnych powodów był naprawdę dobry.

Dodatkowo jeszcze (mimo prawie trzydziestki) konsultował wszystko z szanowną mamusią. Wtedy jeszcze przymykałam na to oko, a raczej jak to zakochana kobieta myślałam, że się zmieni. Teraz już wiem, że byłam w błędzie. Ech, jak się myliłam...

Dzisiaj jestem już z kimś innym (bardziej rozważna, mniej romantyczna) i z kimś, kto nie jest Piotrusiem Panem, za to potrafi o mnie dbać!

Ale wróćmy do górskiego wyjazdu. Od samego początku naburmuszony Rycerz nie miał na nic ochoty. Skarżył się na stan podgorączkowy i podkreślał, że chce po prostu wyspać się za wszystkie czasy.

Uwielbiam góry i pewnego ranka sama więc wyruszałam na Trzy Korony. Podziwiałam widok z Sokolicy na przełom Dunajca i próbowałam cieszyć się przepięknymi Pieninami. Po głowie krążyło mi mnóstwo myśli, i zamiast wypoczywać, czułam się coraz bardziej zmęczona.

Podczas wyjazdu prawie ze sobą nie rozmawialiśmy. Razem jedliśmy tylko kolacje, najczęściej w jednej z pizzerii w Szczawnicy (do dziś pamiętam smak pizzy... oj, ciężko przełykało się kolejne kęsy!).



Kiedy wróciłam z jednej z samotnych wypraw (Palenica, straszny upał i kwiatek, który dzięki zatrzymaniu aparatu fotograficznego już zawsze będzie mi przypominał tamten czwartek) on spał w pokoju. Na stole leżała kartka z wiele mówiącym tekstem: "Wybacz, nie możemy już być razem". Scena jak z jakiegoś kiepskiego filmu, prawda? Oczywiście, wiedziałam, że coś jest nie tak, ale nie przypuszczałam, że rozstaniemy się w takich okolicznościach. On nawet nie próbował tłumaczyć, milczał... Nie wiedział, jak mi powiedzieć, że jest ktoś, o kim nie może przestać myśleć i z kim się spotyka od kilku tygodni. Był tchórzem i to pierwszej klasy. W końcu po lawinie moich pytań, przyznał się, że od dłuższego czasu miota się... Nie wie, jak mi to powiedzieć, że to, co nas łączy, to nie to, że spędziliśmy mnóstwo chwil, których nigdy nie zapomni, że dużo mi zawdzięcza, ale wypalił się i chce sobie ułożyć życie z kimś innym.

Nie pamiętam, czy kiedykolwiek wcześniej byłam tak zdenerwowana, jak wtedy. I to nie dlatego, że w jego życiu była inna kobieta, że już on i ja to dwa różne światy, ale dlatego, że zabrakło mu odwagi, aby po prostu powiedzieć, co czuje, jak widzi naszą przyszłość. Bolałoby, ale na pewno zrozumiałabym i rozstalibyśmy się w lepszej atmosferze. Może nawet moglibyśmy spotykać się jako dobrzy znajomi. A tak... wszystko prysło w jednej chwili. Nie mogłam tego zrozumieć, dlaczego udawał, dlaczego przy mamusi grał kogoś innego, dlaczego uległ koleżance z pracy...

Tak jak wspomniałam, jestem już z kimś innym, ale jednak od tamtego czasu, pomimo że uwielbiam góry, co roku jeżdżę nad morze albo na Mazury. Wspomnienia zostają w człowieku i powodują nieprzyjemne kłucie w sercu. To chyba prawda, że czas jest najlepszym lekarzem. W tym roku chcę się przełamać i pojechać w Bieszczady. Z kimś, kto potrafi rozmawiać, chce rozmawiać i nie może doczekać się naszego wspólnego wyjazdu. Już nie będę samotną turystką.

Chcę na nowo odkryć góry, i zapomnieć o tym, co wydarzyło się cztery lata temu...