To była wielka miłość. Myślałam, że już zawsze będziemy budzić się obok siebie, rozkoszując się poranną kawą i tostami z dżemem malinowym czy miodem akacjowym. Oczami wyobraźni widziałam nas za pięćdziesiąt lat siedzących na ławeczce w parku i trzymających się za ręce. Razem z nim potrafiłam nawet "wyczarować" różnokolorowe motyle w listopadzie i maki kwitnące na śniegu. Totalne odrealnienie rzeczywistości! Ach, jaka byłam naiwna...

Po pewnym czasie czar prysł. Nie zauważałam, a raczej nie chciałam zauważać przeróżnych drobiazgów, które podpowiadały mojej kobiecej intuicji, że nie do końca jest tak, jakbym chciała, żeby było.

Pierwsze trzy miesiące naszego bycia razem były rewelacyjne. A potem dzień po dniu codzienność zdecydowanie zaczynała nudzić mojego faceta. I ja chyba też byłam coraz większą nudziarą, jeśli coraz częściej dowiadywałam się od swoich koleżanek, że K. był widziany w kinie, kawiarni czy w jakimś centrum handlowym z atrakcyjną blondynką. Pewne było jedno - to nie ja byłam tą kobietą. Coraz częstsze spóźnienia i plątanina zmyśleń stawały się nie do zniesienia. Nie wspominając już o SMS-ach o drugiej nad ranem czy milczących telefonach (jasne - od szefa!).
Początkowo chciałam wierzyć, że to jakiś koszmarny sen, który minie. Byłam na granicy bytu i niebytu. Nie miałam ochoty na żadne ruchy, no może na kopanie w ścianę albo skok na główkę do pustego basenu. Marzenia spadały jak giełdowe aluzje. Nie chciało mi się ubijać piany z byle jakiego i tak już nieźle rozwodnionego życia.

Byłam w związku, a tak naprawdę czułam się najbardziej samotną osobą na świecie. Szukałam winy w sobie. Zastanawiałam się czy nie jestem już tak atrakcyjna, czy czytam mniej książek, a może za bardzo analizuję życie? Można odkrywać siebie na nowo, ale komu chciałoby się w fastfoodowym świecie bawić w takie puzzle, które układa się dzień po dniu? Miałam na to ogromną ochotę, ale do tego potrzeba i chęci tej drugiej osoby.

Teraz już wiem, że człowiek, którego kochamy, nie może stać się dla nas całym światem. Musi być ta mała wyspa, na którą wstęp mamy tylko my. A on dla mnie stał się wszystkim. Żyłam dla niego, a zapominałam o swoich pasjach, marzeniach, dawne znajomości pokrył kurz. Niezwykle ważna jest także rozmowa, a my prowadziliśmy oddzielne monologi, które w żaden sposób nie chciały stać się uroczym dialogiem.

Po rozstaniu przez osiem miesięcy żyłam na wstecznym biegu. W końcu powiedziałam "stop" (oj, ciężko było!) i przy wsparciu psychoterapeuty i niezliczonej ilości poradników zostałam scenarzystką i reżyserką swojego życia.

Coraz częściej przechodzę na słoneczną stronę życia. Wspomnienia zapakowałam do walizki i wysłałam na wakacje bez biletu powrotnego. Wierzę, że spotkam jeszcze tego właściwego mężczyznę z którym będę witać kolejne pory roku...