To dziwne. Jak obca osoba mogła stać się powiernikiem moich najskrytszych sekretów, myśli? Roberta poznałam w bardzo nietypowy sposób, mianowicie nasza znajomość opierała się głównie na pogawędkach internetowych. Byłam sceptycznie nastawiona do zawierania tego typu znajomości, ale Robert był wyjątkowy. Pod każdym względem różnił się od przeciętnego mężczyzny. Z dnia na dzień staliśmy się sobie bardzo bliscy, dzieliliśmy między sobą wszystkie radości i smutki. Robert potrafił ze zrozumieniem wysłuchiwać moich trosk i dawał rady jak najlepszy przyjaciel. Spędzaliśmy przed komputerem dużo wspólnego czasu, nawet jadaliśmy wspólne obiady po powrocie z pracy przed ekranem monitora. Dogadywaliśmy się wspaniale, na wiele spraw mieliśmy identyczne poglądy, potrafiliśmy czytać w swoich myślach.

Koleją rzeczy postanowiliśmy się spotkać. Mieszkaliśmy w tej samej miejscowości. Okazało się, że Robert pracował kilka lat temu jako przedstawiciel handlowy i świadczył usługi na rzecz firmy, w której pracowałam. Niestety nie potrafiliśmy sobie siebie przypomnieć. Któregoś dnia odwiedził mnie w pracy. Przy kawie rozmawiało nam się równie dobrze jak przez internet. To był przełom w naszej znajomości, zaczęliśmy się spotykać zawsze, gdy któreś z nas miało jakiś problem. Ot, tak by znaleźć ukojenie i pocieszenie. To był chyba pierwszy krok do przyjaźni. Postanowiliśmy sobie zaufać.

Spacery po parku, na które przyjeżdżał na rowerze z drugiego końca miasta, rozmowy, telefony, SMS-y... Ale to nie wszystko. Robert lubił zaskakiwać i sprawiać mi niespodzianki. Pewnego dnia zadzwonił i chciał się koniecznie spotkać. Myślałam, że zdarzyło się coś ważnego. A on pojawił się wręczając mi pojemniczek wypełniony po brzegi słodkimi poziomkami, które sam zebrał. Po czym ulotnił się jak kamfora tłumacząc, że rodzice czekają w samochodzie, bo właśnie wracają od rodziny ze wsi. Stałam oniemiała z uśmiechem dookoła głowy, rozkoszując się ich smakiem, jakbym jadła je pierwszy raz w życiu. Byłam szczęśliwa, nikt dawno nie zrobił mi żadnej niespodzianki.

To była dziwna znajomość, na początku on był związany z inną kobietą, ja przeżywałam rozstanie ze swoim partnerem. Później role się odwróciły. Ja znalazłam miłość swego życia, on się rozstał ze swoją, ale miejsce na naszą przyjaźń zawsze było. Lecz nie zawsze było tak różowo - to ja zawiodłam pierwsza, głupi numer którego do dziś nie mogę sobie darować. Z koleżanką, wpadłyśmy na "genialny" pomysł, by wystawić na próbę “męską naiwność”. Oczywiście kandydatem był Robert. Wysłałyśmy do niego z internetu anonimową wiadomość: “Przyjdź o 17.00 do Stylowej na pyszne cappuccino - Twoje przeznaczenie”. O umówionej godzinie przejechałyśmy z Asią obok restauracji. Gdy przez duże oszklone okno zobaczyłam go siedzącego z pochyloną głową, zrobiło mi się przykro.

Kazałam koleżance natychmiast odwieźć się do domu, gdzie pogrążyłam się jeszcze bardziej. Nie dawało mi to spokoju, wieczorem przyznała się Robertowi do wszystkiego. Czułam jego smutek, rozczarowanie. Rozmowa była chłodna, ale przeprosiny zostały przyjęte. Robiłam wszystko, by odzyskać jego zaufanie ... i chyba udało nam się odbudować więź, która nas łączyła, lecz znów do pewnego momentu...

Pracowaliśmy razem nad projektem witryny internetowej dla jednej z lokalnych firm. Zabrałam się ostro za pisanie stronki, on dokonywał tylko drobnych poprawek. Miałam za to dostać niewielki procent z należności, którą on zainkasuje. Oddaliśmy stronkę do użytku, a zaraz po tym Robert przestał się ze mną kontaktować. Nie odpowiadał na maile, nie odbierał telefonu. Po kilku miesiącach upomniałam się o zapłatę, a on zignorował moją prośbę i stwierdził, że jestem materialistką. Byłam wściekła, tyle zarwanych nocy nad głupim projektem i nic z tego nie miałam, na dodatek straciłam przyjaciela. Poczuam się oszukana, zawiedziona, teraz to ja cierpiałam.

Miałam narzeczonego, ale brakowało mi kontaktów z Robertem. Nie chciałam już żadnej zapłaty, chciałam ratować naszą przyjaźń. Ale przepadł jak kamień w wodę... Robert był pasjonatem Linuxa, dzięki niemu i ja zafascynowałam się tym systemem operacyjnym. Był dobrym nauczycielem, wiele mu zawdzięczam. Któregoś dnia, korzystając z uprawnień jakie miałam do jego komputera, przejrzałam całą jego zawartość, przekopiowałam (ukradłam) kilka jego fotek, które następnie przesłałam mu mailem. Wtedy odpowiedź była błyskawiczna: “Jak byś się czuła, gdyby ktoś przeszukał Tobie torebkę - tak ja się czuje, gdy ty beztrosko buszujesz po moim dysku” - i znów długa cisza....

Po roku nastąpił przełom. Robert wysłał mi wiadomość zawierającą piekną stokrotkę (stokrotka - mój pseudonim w internecie) i tak znów nasza przyjaźń odżyła. Okazało się, że obojgu nam brakowało siebie. Znów zaczęły się długie nocne rozmowy, trwające do białego rana. Było cudownie. Postanowiłam zaprosić go do siebie, miał poznać mojego narzeczonego. Spotkanie jednak nie doszło do skutku, bo właśnie trwała kłótnia między mną a przyszłym mężem. On chciał oglądać telewizor, ja dla odmiany słuchać muzyki. W gruncie rzeczy w domu panował ogromny hałas wydobywający się z ryczącego telewizora i zagłuszającego go radia ... pukania Roberta nikt nie usłyszał. Myślałam, że to już koniec. Po tym jak odnaleźliśmy się na nowo, taka gafa - ale on wybaczył mi ponownie.

I znów było sielankowo, do momentu, gdy zaprosiłam go na swój ślub. Powiedział tylko: "Dlaczego mnie nie chciałaś?". Poczułam się strasznie dziwnie, mimo bliskości panującej między nami, nigdy nie było mowy o uczuciach. Ot, zwyczajnie po kumpelsku, choć nie zaprzeczę, że przez pewien czas myślałam o relacji łączacej nas, ale nie umiałam jej nazwać. Noc przed ślubem, spędzona na rozmowie z Robertem często przebłyskuje mi w pamięci. To była noc szczerości, takiej aż do bólu, wiele się wtedy dowiedziałam.

Po ślubie, w naszych kontaktach zawiało chłodem. Robert zmienił się drastycznie. Stał się wredny i bezwzględny, wszystko co robiłam i mówiłam było złe. Krytyka stała się jego domeną. Wiedział, czym sprawić mi ból i często to wykorzystywał. Mocno to przeżywałam. Zaczął zaglądać do kieliszka. Kiedyś spędzaliśmy czas na wieczornych rozmowach, teraz siedział w domu samotnie zawsze z kieliszkiem pod ręką. Nie mogłam dopuścić do tego, by pił. Nadal był dla mnie ważny. Domyślałam się, że ma jakiś problemy. Lecz do rozmowy trudno było go zmusić. Po czasie dowiedziałam się tylko tyle, że cierpi na jakąś nieuleczalną chorobę. Nie chciał o tym rozmawiać, zaczął wspominać o śmierci, o tym że niedługo już go nie będzie i będę musiała radzić sobie sama. Stąd ta krytyka pod moim adresem, chciał uodpornić mnie na czekające mnie kopniaki od życia, gdy go zabraknie. Nie przyjmowałam do siebie, że jego może nie być. Robiłam wszystko, by uwierzył, iż uda mu się pokonać chorobę i odzyskać optymizm.

Nie mogłam patrzeć jak uchodzi z niego cała radość, to tak jakby ktoś wysysał z niego całe życie. Na nic nie reagował, pił coraz więcej. On w rewanżu odwdzięczył mi się słowami: "Wynoś się z mojego życia, zniknij raz na zawsze i tak mi nie pomożesz". Byłam bezsilna, ale się nie poddawałam. Szukałam z nim kontaktu za wszelką cenę. W dniu jego imienin, wysłałam mu kosz czerwonych róż, a w załączonym liściku napisałam, by się nie poddawał. Życzyłam mu optymizmu i obiecałam, że nigdy nie zniknę i zawsze będę przy nim. Chyba zrozumiał, że łatwo się mnie nie pozbędzie, że na nic jego ciągłe prowokacje do kłótni. A ja zrozumiałąm, że jego zachowanie jest skutkiem buntu przeciwko chorobie. Chciał być sam, by nikt nie patrzył na jego cierpienie.

W chwili obecnej nasze relacje są jak "za starych dawnych czasów". Znów dzielimy się radościami i smutkami, lecz nasza znajomość przeszła bardzo ciężką drogę, a to co jest między nami uważamy za skarb. Postrzegamy świat podobnie, często myślimy i czujemy to samo. Byliśmy blisko siebie, a jednocześnie bardzo daleko...

Mam męża, ale zawsze, gdy mnie coś trapi, zwracam się do Roberta. On czyni podobnie. Gdy zamykam oczy kładąc się spać, często widzę jego twarz. Czy to jest przyjaźń? Czasem mam wrażenie, że przekraczamy jakąś niewidzialną barierę i wkraczamy we własny świat, że to uczucie to coś więcej niż.... Aż boję się o tym myśleć. Musi zostać tak jak jest. Cieszę się, że jest przy mnie... mój skarb, moje słoneczko, mój kocurek - ON Robert. Wiele razem przeszliśmy i wierzę w to, że teraz może być już... tylko lepiej.