Przeżyłyście dramat sercowy, zdradę, obłudne kłamstwa ze strony ukochanej osoby? Piszcie do nas!!! Niech z Waszych doświadczeń skorzystają (szczególnie) kobiety młode, które wchodząc w dorosłość, narażone są na wiele "miłosnych" niebezpieczeństw. Nie pozwólmy zmarnować im życia. Czekamy na Wasze historie!

NAGRODZONE HISTORIE:


Mój ukochany prowadził podwójną grę,
A.A

Podobno pierwsza miłość jest najpiękniejsza. Pamięta się ją do końca życia, wspomina z uśmiechem i tęskni się do czasów kiedy było się beztroskim, młodym i pięknym. Podobno… Ale czy pomimo paru pięknych momentów spędzonych razem można zapomnieć o zadanym bólu i poczuciu krzywdy doznanym od drugiego człowieka? Minął ponad rok, wiele się wydarzyło, bo zdałam na studia, wyjechałam i kompletnie zmieniłam środowisko, a mimo to pozostała we mnie skaza, która nie pozwala na zaufanie i zaprzyjaźnienie się z mężczyzną, nie mówiąc już o randkowaniu czy budowaniu trwalszego związku.

Krzyśka poznałam gdy byłam w liceum, on chodził do innej szkoły, przyjaźnił się z moim kuzynem i szczerze mówiąc to w ogóle mi się nie podobał. Najprościej mówiąc, nie "kwalifikował się" do mojego zakresu upodobań - dziwacznie ubrany, długie rozpuszczone włosy, zwariowane pomysły, niecodzienne zachowania to cały on. Spotykaliśmy się jednak dość często, fajnie nam się rozmawiało, poznawaliśmy się coraz lepiej a po paru miesiącach byliśmy już razem. Standardowa historia. Teraz się zastanawiam, dlaczego się z nim spotykałam i traktowałam nasz związek poważnie. Był niechlujem, czego nienawidzę u facetów, był antyspołeczny, podczas gdy ja lubiłam wyjść ze znajomymi na piwo albo gdzieś potańczyć… Potrafiłam jednak przymknąć na to oko, bo wydawało mi się, że wyznajemy podobne wartości, że on jest porządnym facetem mimo wszystko. I jeszcze ten jego, że tak powiem - bajer. Och, jak on pięknie potrafił mówić! "Będziemy zawsze razem. Dzięki tobie przestałem być samotny. Jak zdasz na studia to zamieszkamy razem" itd.

Było pięknie, dopóki Krzysiek nie wyjechał na studia i nie zamieszkał ze swoją "przyjaciółką" z liceum. Domyślacie się co było dalej? Zaczęła się podwójna gra, dla mnie tym gorsza, bo nie doświadczyłam może typowej zdrady fizycznej, ale okrutniejszej, bo emocjonalnej. Wolałabym przyłapać go całującego się z nią, niż pozwolić sobie na życie w wątpliwościach. Niestety, byłam za słaba, nie chciałam widzieć prawdy. Po zdanej maturze pojechałam do niego na stancję na tydzień. Krótko mówiąc, to był koszmar. Moja historia byłaby za długa, gdybym zaczęła wyliczać ile różnych upokorzeń znosiłam wciąż nie potrafiąc uwolnić się od niego. Ostatniej nocy przed moim wyjazdem ze stancji "pogodziliśmy się"… Dzień później przyjechał do mnie i zerwał ze mną. Schudłam prawie 10 kg, wszystkie ubrania na mnie wisiały, codziennie płakałam a żeby nie zwariować biegałam i czytałam książki.

Rozmawiałam z nim jeszcze potem, chciałam zakończyć wszystko kulturalnie, rozstać się w zgodzie. Moja głupota i naiwność sięgnęły chyba szczytów. On już w najlepsze budował swój nowy związek z Moniką. Mimo swoich szumnych deklaracji, mimo słów, że jemu też jest ciężko zakończyć związek ze mną, że też cierpi, potrafił w niecały tydzień wyrzucić mnie ze swojego życia. Zawsze myślałam, że jeśli rozpada się związek, normalny człowiek potrzebuje trochę czasu, żeby sobie wszystko ułożyć i nie ranić osoby, którą się porzuca. On widać tego czasu nie potrzebował… Do tej pory żałuję, że nie przyłożyłam mu w twarz, do tej pory zastanawiam się, jak mogłam być tak ślepa, żeby nie widzieć jego zachowania wobec mnie, jego podwójnej gry, przed którą przestrzegali mnie znajomi. I chociaż się cieszę, że z nim nie jestem, to jednak ból pozostał. Nie jestem teraz w stanie nikomu zaufać. Wprawdzie ułożyłam sobie życie, wróciłam do normalnej wagi, mam przyjaciół, ale nie potrafię nawiązać głębszej relacji z mężczyzną. Nie wierzę im. Jestem wściekła, jestem zła. I wciąż sama.


Samotność w Szwecji, Ewa

Były to lata 80-te, ja młoda z małym dzieckiem, świeżo po rozwodzie. Odbył się on "po przyjacielsku". Po prostu wygasła miłość.

Pewniego dnia na zabawie w restauracji poznałam czarującego Szweda. Zauroczył mnie. Nie byłam przyzwyczajona do codziennych telefonów po pracy, chociażby po to tylko, by powiedzieć "dobranoc". Potem okazało się, że pracując w telekomunikacji, mój ukochany korzystał z darmowych rozmów.

Któregoś dnia pożyczył ode mnie słowniczek polsko - szwedzki. Sądziałam, że (dla mnie) chce się nauczyć polskiego. Byłam oczarowana, bo był niesamowicie miły i do tego cholernie przystojny. I starszy ode mnie o 6 lat. Dojrzały - myślałam...

Codziennie słyszałam "kocham Cię". Wówczas jeszcze nie wiedzialam, że dla Szwedów te słowa niewiele znaczą. Oni używają ich na codzień. "Kochanie" mówią do każdej nowopoznanej kobiety.

Miłość kwitła. Czasem prosił mnie tylko, żebym przetłumaczyła pełne miłosnych wyznań listy do jakiejś Polki, w której rzekomo kochał się jego najlepszy przyjaciel... Cieszyłam się ze szczęścia kolegi... No cóż, byłam młoda i nie nie wiedziałam, co to obłuda i klamstwo. Tak zostałam wychowana. Wpojono mi, że trzeba ufać ludziom.

Po pół roku znajomości zaplanowaliśmy ślub. Miał się odbyć na Św. Jana. No i dziecko... On marzył o dziewczynce. A potem miało być jeszcze jedno, aby córeczka nie była sama.
Na początku miałam obawy, ale on zaraził mnie swoim optymizmem. Zresztą byłam zakochana po uszy. Zaręczyliśmy się. Zamieszkałam u niego, w Szwecji.

Przyszło lato. Ślub przesunęliśmy z jakiś błahych powodów, choć byam w ciąży... I nagle mój "przyszły" wyjechał w ważną podróż służbową. Nic nie podejrzewając odprowadziłam go na pociąg i czule pożegnałam.

Na jesieni dowiedziałam się od koleżanki, że widziała go na promie do Polski. Bardzo mnie to zaskoczyło. On przyznał się, że wyjechał w ważnych sprawach wojskowych. Tłumaczył, że nie chciał mnie denerwować, ale grozi mu sąd wojskowy.
Ale tym razem już nie uwierzyłam. Zaczęłam powoli rozumieć, kto był rzeczywistym autorem listów "zakochanego najlepszego przyjaciela". Byłam coraz bardziej podejrzliwa, ale on do niczego nie przyznał się wprost.

Między nami zaczęło się psuć. Byłam w 5 miesiącu ciąży, gdy jak grom z jasnego nieba spadła na mnie wiadomość, że firma, w której pracowałam zostanie zamknięta. Szok. Jak to będzie? - myślałam. O pracę po urlopie macierzyńskim jest trudno, a już szczególnie cudzoziemcom.

Ale najgorsze przyszło po 2 miesiącach od utraty pracy. Mój facet zażądał aborcji, gdy byłam w 7 miesiącu ciąży.... Przeraziła mnie jego postawa. Nie mogłam uwierzyć... Na kogo ja trafilam? Psychopatę? Ograniczonego umysłowo potwora?

Pewnego dnia po prostu zniknął. Dzwoniłam do pracy, ale nigdy nie mogłam go zastać. W końcu się odezwał, ale tylko po to, by oznajmić mi, że wyjeżdża za granicę (jakaś tajemnica wojskowa). Na koniec dodał, że mam się z nim więcej nie kontaktowa.

Ile ja łez wypłakałam...

Urodziłam córkę. Byam sama jak palec w obcym kraju, bez bliskich wokół mnie.

Teraz córka ma 22 lata. Ojciec błaga ją o spotkanie od lat. Wcześniej kilka razy się widzieli, ale teraz ona już nie chce.

Ja nic złego o nim nie mówiłam, bo chciałam, aby dziecko miało ojca, ale... co to za ojciec? Córka sama się na nim poznała.

Miłość bywa ślepa, Aga

To nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Wkradła się jednak w moje życie pomalutku i szybko otoczyła swoim ciepłem. Nie byłam wtedy wolną kobietą. Miałam już swoje plany na życie i wszystko zmierzało powoli ku temu, by na moim palcu zabłysła obrączka.

Wtedy... pojawił się on. Inny od tego, który był u mojego boku od lat. On miał zawsze czas, zawsze potrafił wysłuchać i zawsze był czarujący. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że łatwo być kimś, kim się nie jest - jeśli spotykamy się od święta.
Zaczęliśmy rozmawiać coraz więcej. A ja? Z każdym słowem coraz bardziej się angażowałam. Moje dotychczasowe życie, które miesiąc wcześniej było najwspanialszym darem, wydało mi się nudne i bezcelowe. Chciałam być z tym drugim.

Słowa, słowa, słowa. Wiele ich padło, jeszcze więcej było gdzieś tam między wierszami.

Po kilku miesiącach poczułam, że duszę się w swoim "starym" związku. Stałam się niemiła i agresywna. Chciałam już być tylko z tamtym. Wiedziałam, że jesteśmy dla siebie stworzeni. On zresztą utwierdzał mnie w tym przekonaniu...

Koleżanka ostrzegła mnie, że żyję złudzeniem. Że sama sobie zbudowałam mit. Że ktoś taki, kogo ja widzę, nie istnieje. Czy posłuchałam jej?

Nie! Wiedziałam, że serce moje nie kłamie. Nie chciałam być nieuczciwa, nie chciałam mieć romansu i... odeszłam od partnera. Jak na skrzydłach popędziłam do "tego drugiego", chcąc rzucić mu się z radości na szyję, ale... poczułam, że dostaję w twarz. On popatrzył na mnie i w jednej sekundzie odebrał mi całą radość życia. Powiedział, że nie może. Że to koniec. Tyle. Wyszłam.

Chwilę później dowiedziałam się, że on zamknął się za drzwiami zakonu.

Dlaczego? Nie wiem. Odszedł bez słowa wyjaśnienia. Jeszcze chwilę łudziłam się, że wróci, ale... zniknął z mojego życia. Pozostał mi jedynie delikatny smak jego ust. Zapach unoszący się w powietrzu. Listy. I słowa, które gdzieś tam we mnie tkwią. I ból.

Siedziałam w domu, patrzyłam w ścianę i czekałam, aż on zapuka. Czy naprawdę nic dla niego nie znaczyłam?

Nie, nie umarłam. Ale cząstka mnie zgasła. Już nic nie jest takie same. Już tak nie ufam i nie potrafię się zaangażować uczuciowo jak dawniej.

Wróciłam do swojego wcześniejszego życia. Chwilę pochorowałam, potem na trochę wyjechałam. Zmieniłam znajomych. Rzuciłam się w wir pracy.

Minęło kilka lat. Ta miłość już nie boli. Raczej cieszę się, że była mi dana. Przez chwilę czułam się jak w bajce. Do swojej prawdziwej bajki wróciłam. A byłam o krok, by wszystko zniszczyć.

Dziś wiem, że stworzyłam osobę, która nie istniała - a miłość bywa ślepa! Ta prawdziwa miłość, na dobre i na złe, była tuż obok mnie cały czas.



Wampiry emocjonalne, XX

Trudno jest podsumować życie mając niespełna 50 lat, ale mimo tego wszystkiego co za mną, jednego jestem pewna WARTO BYŁO. Zapytacie co? ZACZĄĆ ŻYCIE OD NOWA W WIEKU 40 LAT.

Wyszłam za mąż po raz pierwszy, gdy kończyłam studia i miałam 23 lata. Nie było to uczucie od pierwszego wejrzenia, ale z czasem zrodziła się miłość. Na początku, jak to zwykle bywa, wszystko było w porządku. Przez jakieś 10 lat. Źle zaczęło się dziać, gdy mój "eks" rozpoczął tzw. działalność gospodarczą ze swoją matką. Już wcześniej powinnam była zauważyć, że jest od niej uzależniony. Wszystkie decyzje podejmowali razem. Walczyłam, ale na nic się to nie zdało. Ich zdaniem byłam CORAZ GORSZA. Cierpiałam i jednocześnie sie bałam... Po jednej z kłótni moja była teściowa powiedziała mi, że albo będę cicho, albo mnie wykończą. I odbiorą dzieci.

A mieliśmy ich dwoje. Zajmowałam się nimi, chodziłam na podwórko, wywiadówki, robiłam zakupy, gotowałam i pracowałam. Byłam nieszczęśliwa, ale nic z tym nie robiłam. Dopiero płomienny romans mojego "eks" z dziewczyną w wieku starszej córki przepełnił czarę goryczy. Byłam na granicy... szaleństwa i samounicestwienia. PRZETRWAŁAM JEDNAK. Rozwiedliśmy się.

Pracowałam po 10 godzin dziennie, bo trzeba było kształcić dzieci i płacić rachunki. Cały majątek (niemały) przepadł. "Pochłonęły" go młode przyjaciółki i długi męża. Mój "eks" alimentów nie płaci i nie płacił, bo stale ma jakieś problemy. Odpuściłam sobie. Mam taki zawód, że dobrze zarabiam.

Stałam się silna, aż za silna...

Dalsza część mojego życia przypomina " Samotność w sieci". Tyle, że to nie fikcja literacka, ale samo życie. Poznałam kogoś bardzo wartościowego. Panicznie bałam się wychodzić znowu za mąż, ale w końcu się poddałam.

Po trzech miesiącach od ślubu mąż zmarł i znowu musiałam przewartościować moje życie.

Czy warto było je zmienić? WARTO. Mój pierwszy mąż okazał sie draniem i egoistą, ale mam dwójkę wspaniałych dzieci. Wybaczyłam mu, bo nie warto rozpamiętywać zadanych krzywd. Drugi udowodnił MI, że WARTO BYŁO, bo zdarzają się porządni i uczciwi faceci.

Jestem silna i udowodniłam sobie i innym, że potrafię walczyć z trudami życia. Mam dobre geny i ogromny optymizm w sobie. Wierzę, że Bóg ma tam dla mnie u góry jeszcze wiele dobrego. NIE BOJĘ SIĘ ŻYĆ MIMO TEGO, ŻE JESTEM SAMA. ALE NIE JESTEM SAMOTNA.