Nie wybaczyłam zdrady...

i tylko z tego powodu wspominam ten romans z moich studenckich lat. Po prostu jestem z siebie dumna, że zachowałam resztki godności.

Nie interesował mnie, ale chodził za mną, zaczepiał i zagadywał pod byle pretekstem. W pewnym momencie, nim się obejrzałam, znalazł klucz do mojego serca. Nagle się okazało, że mamy podobne zainteresowania, słuchamy tej samej muzyki i świetnie się dogadujemy.

Byłam nim zafacynowana. Grał dla mnie na gitarze, pisał takie teksty, że przechodziły po mnie dreszcze. Potrafił też słuchać mnie godzinami. Mówił, że do szczęścia wystarczy mu chociażby patrzenie mi w oczy i trzymanie za rękę....

Nie planowałam tego uczucia. Była to prawdopodobnie chwilowa fascynacja, zauroczenie. Ale żyłam jak w transie narkotycznym. Byłam zakochana i szczęśliwa. A on? On już rozglądał się za kolejną miłosną ofiarą. Lubił polować i zdobywać - taka zresztą jest męska natura. Ale mylił się co do mnie.

Był szczery jak zapytałam się wprost: Czy mnie zdradzasz? Odpowiedział, że tak, ale nie ma to dla niego żadnego znaczenia, bo jej nie kocha. A ja spokojnie odpowiedziałam, żeby wyszedł, zostawił mnie w spokoju i nigdy nie wracał. Koniec.

Poszedł... ale z mojego życia zniknął dopiero po skończeniu studiów.

Nic mnie nie cieszyło, depresja wraz ze łzami były na porządku dziennym, bezsenne noce i brak perspektyw na przyszłość. Mimo tego, że bardzo "kochałam" i cierpiałam, nigdy więcej się z nim nie spotkałam. Nie chciałam się poniżać, pokazując mu jak bardzo mnie zranił, jak mi źle...

Ale któregoś dnia to minęło. Odszedł ból i poczułam ulgę, ale nie wybaczyłam mu tego, co mi zrobił i co przeszłam. Jednak w końcu nadszedł dzień, w którym wreszcie poczułam się wolna i otworzyłam się na prawdziwą miłość. Ale to już zupełnie inna historia....