Z jednej strony nieporównanie bardziej niebezpieczne stało się w Polsce dzieciństwo; pojawiły się zagrożenia, o których mnie się nie śniło, kiedy wychowywałam córkę. Problem narkotyków czy przemocy w szkole sprawia, że rola wychowawcza matki stała się nieporównanie trudniejsza - dziś odpowiedzialna matka nie wypuszcza na podwórko dziecka z kluczem na szyi.

Tymczasem w Polsce nie istnieje całościowa struktura opieki nad dzieckiem - zniknęły świetlice, w których można było bezpiecznie i ciekawie spędzać wolny czas. Rozbite zostały więzi sąsiedzkie: nikt nie wie, czyje dziecko bawi się samotnie w piaskownicy albo na trzepaku. W takim środowisku ciężar odpowiedzialności za dziecko spada niemal wyłącznie na matkę. To ona musi je uchronić przed patologiami, o których tak wiele się na co dzień słyszy. Nawet moja córka z amerykańskim doktoratem z matematyki siedzi teraz w domu z trójką dzieci i ma pełne ręce roboty, by zapewnić im bezpieczne dzieciństwo, ale nie tylko. Tzw. klasa średnia zwraca dziś baczną uwagę na rozwój dzieci - już najmłodsze uczestniczą w różnych zajęciach, które przygotowują do ostrego współzawodnictwa. I matki są tu pod względem logistycznym nieodzowne.

Właśnie w takiej sytuacji minister Joanna Kluzik-Rostkowska namawia panie, by "wzięły sprawy w swoje ręce" i założyły firmę. Nie tędy droga! Wprawdzie badania pokazują, że kobiety lepiej niż mężczyźni dają sobie radę w średnim i małym biznesie, ale nie jest to recepta na skalę masową, bo w zglobalizowanej gospodarce trudno o niszę dla takich przedsięwzięć. Aspiracje kobiet, ich chęć bycia potrzebną i dodatkowe pieniądze dla rodziny niekoniecznie muszą pochodzić z działalności gospodarczej w pełnym tego słowa znaczeniu. O wiele bardziej potrzebna jest drobna działalność kobiet w ich najbliższym środowisku. Kilka godzin dziennie spędzonych sensownie może dać te kilkaset złotych do domowego budżetu, a jednocześnie umożliwi ciągłą opiekę nad własnymi dziećmi, zwłaszcza tymi, które nie chodzą jeszcze do przedszkola.

Nie chodzi o wielką przedsiębiorczość lecz o coś, co nazwałabym usługami osiedlowymi. Można by przecież w każdym bloku uruchomić w jednym z wolnych pomieszczeń np. świetlicę, do której matka mogłaby przyjść ze swoim maluchem, a jednocześnie zająć się dziećmi sąsiadów. Niech tam będą szachy, komputer czy skrzynka z lekturami szkolnymi - to wystarczy, by ściągnąć chociaż niektóre dzieci z patologicznych podwórek. Do tego nie potrzeba ani wielkich nakładów, ani żadnych formalności. Gdyby zamiast wielkiej rządowej akcji propagandowej z machiną urzędniczą i środkami unijnymi uruchomić w gminach małe fundusze na takie cele, z pewnością przyniosłoby to większy pożytek. I niech z tego będą nawet pieniądze mniejsze niż najniższa pensja - to przecież i tak dodatkowe kilkaset złotych w rodzinie.

A pomysłów na małą działalność jest mnóstwo. Każde osiedle czy spółdzielnia ma moc takich niezaspokojonych potrzeb i same najlepiej powinny wiedzieć, jak te luki zapełnić, uaktywniając przy tym kobiety. Niech to będą choćby punkty biblioteczne. Wciąż pamiętam panią, która w moim dzieciństwie wypożyczała książki wycofane z bibliotek - była dla mnie bardzo ważnym elementem świata! Pamiętam też inną, która w domu kultury prowadziła zajęcia z historii sztuki - w dobie socrealizmu pokazywała nam coś zupełnie nowego, dając przy tym podstawy na resztę życia.

Przecież to kosztuje bardzo niewiele: wystarczy kilka książek, może komputer, pokoik z ubikacją udostępniony przez samorząd osiedla na kilka godzin dziennie. Podobnie jest ze żłobkami czy przedszkolami rodzinnymi zakładanymi przez mamę, która sama ma małe dziecko. To dziś dużo bardziej potrzebne niż kolejne firmy zbudowane za kredyty, obciążone podatkami i składkami na ZUS. Warto by też pomyśleć o odbudowaniu chałupnictwa, wrócić do idei spółdzielni pracy, które mogłyby zlecać kobietom drobne zajęcia do wykonania w domu np. poprawki krawieckie. Kiedyś na wsiach działały klubokawiarnie - można było tam wejść, spotkać sąsiadów, przeczytać gazetę. Dziś wieś to kulturalna pustynia. Ludzi nie stać na codzienną prasę, więc w wielu miejscowościach jej po prostu nie ma, a jedynym budynkiem publicznym jest kościół.

Coraz większym problemem polskiego społeczeństwa staje się opieka nad osobami starszymi. Dlaczego niedołężnym sąsiadem nie miałaby się zająć młoda matka mieszkająca w pobliżu? Niechby mu - za drobną pensję wypłacaną przez ośrodek pomocy społecznej - zrobiła zakupy, ugotowała zupę, posiedziała przy nim kilka godzin, nawet z dzieckiem w wózku. Czemu by niewielkim nakładem sił i środków nie odbudować tej społecznej sieci wzajemnych usług? To z pewnością byłoby efektywniejsze, niż utrzymywanie dziesiątek etatów dla pań, które przychodzą do biura, by napić się herbaty. Takie rozwiązania sprawdzają się choćby w Wielkiej Brytanii - również dlatego, że okazały się po prostu tańsze. Uznano tam, że pełna komercjalizacja usług społecznych prowadzi do zaniku więzi międzyludzkich. Stąd próba zmiany modelu na minimalnie płatny wolontariat.

Byłoby dobrze, gdyby państwo - jeśli już w takiej aktywności nie pomaga - przynajmniej nie przeszkadzało. Niech takie drobne formy pracy kobiet zostaną zwolnione z podatków - może o takie rozwiązanie zawalczy minister Kluzik-Rostkowska? Na to nie potrzeba wielkich nakładów - wystarczy dobra organizacja, pomysłowość jednego "urzędnika-społecznika" w gminie, kilkaset złotych miesięcznie na pensję. Nie potrzeba wielkiej medialnej akcji z zadęciem, w której prawicowy rząd za wszelką cenę chce pokazać, jak bardzo dba o kobiety.