Cztery lata temu zaczęła mi wyraźnie doskwierać samotność i bardzo chciałam kogoś poznać. Moja natura domatorki i nieśmiały charakter wykluczał chodzenie po klubach, knajpkach, miejscach gdzie można potańczyc - choć tam wiadomo - łatwiej kogoś poznać. Preferowałam leniwy, spokojny tryb życia... przy komputerze.
Nie bardzo wierzyłam, że założenie profilu na kilku portalach randkowych zmieni coś w moim życiu zmieni. Tym bardziej nie wyobrażałam sobie, że epizodyczne pogawędki na jakimś ogólnym czacie zupełnie odmienią moją codzienność. A jednak...

Któregoś popołudnia poznałam Grzegorza. Przedstawił się jako 35 -etni bezdzietny kawaler z Białegostoku. Zabiegany przedsiębiorca, inteligentny, zabawny, z wyobraźnią i pomysłami - tak podczas tamtej rozmowy rysowała mi się jego postać. Napisałam mu bardzo dużo o sobie, że nie interesują mnie przelotne znajomości, że mieszkam sama, że mam ułożone życie, w którym brakuje partnera, męża, że nie mam żadnych zobowiązań z przeszłości.
Traktowałam ten dialog jak szczerą rozmowę dwojga znajomych, którzy się już więcej nie spotkają, bo dzieli ich ponad 400 km. Na pożegnanie wysłałam mu swoje zdjęcie. Nie przyszło mi bowiem do głowy, że już na drugi dzień on zadzwoni, a za tydzień przyjedzie.

Pierwsze spotkanie było czarujące. Na powitanie uśmiechnął się rozbrajająco i wręczył mi pęk czerwonych róż. Jedno spojrzenie głęboko w oczy i coś zaiskrzyło. Spacer, kawiarnia, opowieści o swoim życiu, obiad, znowu park...praktycznie nie mogliśmy się rozstać. Kolejne dni upłynęły na rozmyślaniach o nim, a on?
Dzwonił często, wysyłał maile i kwiaty, a także umawiał się ze mną na czacie. Zawsze był słowny, konkretny, zorganizowany, odpowiedzialny. Tak mi się przynajmniej wydawało.

Po kilku miesiącach tej romantycznej znajomości nadszedł dzień, w którym przedstawiłam go rodzicom. Byli zachwyceni. Po kilku dniach pojechaliśmy do niego. Grzegorz zawsze był skryty w temacie rodzina. Mówił, że został mu tylko ojciec, który prowadzi stadninę koni, gdzieś na południu kraju.
Mieszkanie Grzegorza było przestronne, nowocześnie umeblowane. Spacerowaliśmy po mieście, a wieczorem wstąpiliśmy do biura jego firmy, bo chciał mi pokazać ten historyczny i wspaniały komputer, na którym pracował, czatował... i poznał mnie.

Po powrocie do swojego miasta zreflektowałam się, że zostawiłam u Grzegorza ładowarkę do telefonu komórkowego. Pech, w rozładowym telefonie miałam notatki, terminy spotkań i spraw zawodowych oraz ważne kontakty. Nie mogłam nawet zadzwonić do Grzegorza!

Wysyłanie maila nie miało sensu, była późna noc. Zła na siebie wsiadłam rano w samochód i po kilku godzinach byłam na miejscu. Bez skutku dzwoniłam do jego mieszkania. Było południe, pewnie był w firmie. Uruchomiłam pamięć i trochę błądząc dojechałam pod siedzibę jego firmy. Gdy parkowałam samochód, Grzegorz z jakimiś papierami energicznie wsiadł do swojego sportowego samochodu i tyle go widziałam. Niewiele myśląc udałam się za nim w pościg. Niestety zostawałam w tyle, bo albo oddzielały nas korki, albo światła.

Ostatecznie wjechał w jakąś spokojniejszą uliczkę w dzielnicy willowej. Odetchnęłam z ulgą. Otworzyła się brama i samochód Grzegorza znikł. Głupio mi było wjeżdżac na obce na podwórko, więc zatrzymałam się obok sąsiedniej posesji.
Zobaczyłam Grzegorza, gdy głaskał jakiegoś psa, a zza parkanu wybiegli kilkuletni chłopcy. Dzieci uwiesiły się na nim i przekrzykując się wołały: "Tatusiu, tatusiu, mama powiedziała, że zabierzesz nas po południu do wesołego miasteczka".

Nogi się pode mną ugięły. Wszystko stało się jasne. Bez jednego słowa, bez scen bez czegokolwiek, odjechałam do swojego miasta i domu. Przepłakałam całą podróż.

Po przyjeździe niezwłocznie zmieniłam telefon, bo miałam kłopoty z kupnem ładowarki, a zresztą źle mi się on kojarzył. Potem zmieniłam numer. Złość czuję do dziś. Ale wiem, gdzie Grzegorz jest, na którym czacie i pod jakim nikiem. Czasami robię mu kawały i umawiam go z nieistniejącymi kobietami...