Gdy dwa lata temu zaczynałam pracę w małej warszawskiej firmie motoryzacyjnej, nie ukrywałam, że planuję drugie dziecko. Wkrótce rzeczywiście zaszłam w ciążę, ale niestety poroniłam. Po miesięcznym zwolnieniu wróciłam do pracy, a szef sprawiał wrażenie bardzo przejętego moją tragedią. Był miły i współczujący.

Gdy rok później znów spodziewałam się dziecka, lekarz stanowczo kazał mi leżeć, bo ciąża była zagrożona. Więc posłusznie leżałam i tylko raz w miesiącu chodziłam na wizyty kontrolne. Przy okazji wpadałam też do firmy - zanosiłam kolejne zwolnienia i spotykałam się z kolegami. Pewnego razu, gdy byłam w siódmym miesiącu, mój szef zapytał, czy po urlopie macierzyńskim zamierzam wrócić do pracy i czy nie mogłabym go trochę skrócić. Gdy odparłam, że nie zamierzam tego zrobić, nie krył złości. "Dostanie pani wypowiedzenie zaraz po powrocie z urlopu macierzyńskiego" - oświadczył.

Potem spotkałam się z nim jeszcze raz, tuż przed porodem. Tym razem byłam sprytna i nagrałam naszą rozmowę. Do dziś przechowuję na taśmę, na której słychać, jak szef zupełnie spokojnie mówi, że na moje miejsce woli zatrudnić mężczyznę, a w ostateczności kobietę, która przyniesie zaświadczenie, że jest bezpłodna. Twierdził, że musi mnie zwolnić, bo z pewnością będę brała zwolnienia lekarskie na chore dziecko.

I rzeczywiście - już pierwszego dnia po powrocie z macierzyńskiego dostałam wymówienie. Za radą męża oddałam sprawę do sądu pracy. Po trwającej siedem miesięcy sprawie zawarłam ugodę z byłym pracodawcą, a sąd nakazał mu wypłacenie mi odszkodowania. Szef był wściekły i wcale tego nie ukrywał. Na sądowym korytarzu wykrzykiwał pod moim adresem obelgi i groził, że nie ujrzę ani grosza z zasądzonej sumy.

Gdy po kilku miesiącach dostałam wreszcie przelew bankowy, ugięły się pode mną nogi. W rubryce "tytuł transakcji" widniały jedynie cztery litery - "chcd". Nie miałam żadnych wątpliwości, że nie był to przypadkowy zestaw liter, a ogólnie zrozumiały, bardzo obraźliwy skrót.

Gdyby było mnie stać na lepszego adwokata, wytoczyłabym byłemu szefowi proces o zniesławienie. Bo wierzę, że trzeba walczyć o swoją godność. Problem polega jednak na tym, że w Polsce nie ma żadnej instytucji, która pomagałaby kobietom w podobnej sytuacji. W pewnej fundacji, do której zwróciłam się o poradę, spotkałam młodego aplikanta, którzy powiedział mi jedynie to, co sama wyczytałam w kodeksie pracy i w internecie. Pozew do sądu musiałam napisać sama. A przecież skrzywdzonym kobietom naprawdę potrzebny jest bardzo dobry adwokat. I jeszcze wsparcie psychologa. Mnie tego wszystkiego zabrakło.

* Nazwisko bohaterki na jej prośbę zostało zmienione

Psycholog: Ten szef skrzywdzi kolejne kobiety

Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin: Bohaterka naszego tekstu napisała, że w walce o swoje prawa z szefem najbardziej brakowało jej pomocy prawnika i psychologa. W czym mógłby jej pomóc psycholog?
Elżbieta Sołtys*: Praca to jedna z najwyższych wartości, a szef ją tego pozbawił. Pokazał jej: jesteś nikim. Oliwy do ognia dolał ten dopisek na przelewie. To są bardzo trudne sytuacje, zwłaszcza że osoba, która je przeżyła, była zależna od człowieka, który je zaaranżował. Emocje wtedy rosną, zwiększa się lęk. Jedne osoby martwieją, u innych narasta agresja. Trzeba ją gdzieś wyładować. I wtedy przydaje się psycholog.

Dlaczego w ogóle doszło do takiej sytuacji?
Ten szef jest fatalnym menedżerem, to widać na pierwszy rzut oka. Najwyraźniej ma kłopoty z emocjami, stąd ten zaciekły atak na podwładną. Agresja słowna i fizyczna charakteryzuje ludzi niedojrzałych, którzy nie potrafią zarządzać.

Więc ten, kto zwalnia młode matki z pracy, nie potrafi kierować ludźmi?
Tak. W Polsce niestety wciąż obowiązuje zasada kija i marchewki. To pokłosie starego myślenia: jeśli ludzie się boją, to będą efektywnie pracować. A tak naprawdę zalękniony podwładny natychmiast zacznie pracować na pokaz albo tylko wtedy, gdy jest kontrolowany. W konsekwencji kobiety, które zachodzą w ciążę, będą robić właśnie to, czego ich pracodawcy tak się boją, czyli uciekać na zwolnienia. Nawet nie dlatego, że chcą oszukać, one naprawdę mogą czuć dolegliwości, bo człowiek zalękniony i przeciążony ustawicznie choruje. Na Zachodzie większość menedżerów regularnie bywa u osobistego trenera, u nas to wciąż jeszcze rzadkość. Gdyby szef tej kobiety poszedł chociaż raz na taki trening, to odreagowałby, schłodził emocje i dowiedział się, jak zarządzać ludźmi. I z pewnością zachowałby się inaczej. Jedno takie spotkanie kosztuje ok. 500 złotych, więc z pewnością mniej niż ewentualne odszkodowanie, jakie musi wypłacić skrzywdzonej pracownicy. A tymczasem ten człowiek złamał nie tylko normy menedżerskie, ale i ludzkie. Przegrał. Stracił pracownicę, która lubiła swoją pracę, a na dodatek ma poczucie porażki, bo przegrał przed sądem. Kobieta straciła pracę.

Można było temu zapobiec?
Gdyby sąd zaproponował im obojgu mediacje, to mediator mógłby pomóc. Mogli przecież negocjować: ona wróci do pracy, ale na pół etatu, albo będzie część pracy wykonywać w domu. Szef będzie pewny, że podwładna nie zacznie nadużywać zwolnień lekarskich. Ona mogłaby przecież nawet przez przez telefon wdrażać w obowiązki swojego zastępcę. Kiedy jednak już sprawę odgórnie rozwiązał sąd, kiedy strony nie mogą już dyskutować, tylko muszą się podporządkować, to skala emocji jest tak ogromna, że zawsze ktoś zostaje z poczuciem krzywdy. W tym przypadku szef. Pewnie teraz myśli: dawałem jej pracę, płaciłem pieniądze, a ona podała mnie do sądu. Musiał tam się stawić, ktoś mu udowodnił, że źle zrobił. Wybuchł. Stąd ten obraźliwy dopisek na przelewie.

Zasłużył na swój los, ja mu nie współczuję.
Tyle tylko, że ten szef prawdopodobnie przeniesie to uczucie upokorzenia na inne kobiety w firmie i będzie się na nich odgrywał. Albo będzie zatrudniał u siebie jedynie mężczyzn.

A co można doradzić kobietom, które znajdą się w takiej sytuacji jak nasza bohaterka? Jak powinny powiedzieć szefowi o ciąży, zwolnieniu lekarskim czy urlopie wychowawczym?
Najpierw trzeba powiedzieć coś sobie. Że jestem w porządku, bo mam prawo mieć swoje życie. Bo kiedy już kobieta nabierze wewnętrznego przekonania, że ciąża, zwolnienie, urlop to nie oszustwo, tylko naturalna sprawa, powie o tym szefowi bez lęku. A to jest bardzo ważne, bo kiedy się podchodzi do powiedzenia czegoś przez cały dzień, szukając dobrego momentu, to w końcu mówi się to niepewnie i szef natychmiast tę niepewność wyczuwa. Gdy zdenerwowany podwładny wybucha, szef też reaguje agresją. A wystarczy powiedzieć coś pewnym i spokojnym tonem, by ten spokój przeniósł się na rozmówcę. I emocje są pod kontrolą.

* Elżbieta Sołtys jest psychologiem biznesu, mediatorem, coachem, prowadzi Pracownię Psychologiczną w Krakowie.

Prawnik: Zamiast się kłócić, lepiej zawrzeć ugodę

Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin: Jakie chwyty stosują pracodawcy, żeby zwolnić kobiety, które wracają po urlopie macierzyńskim?
Waldemar Gujski*: Najczęściej spotykany chwyt to pozorna likwidacja stanowiska pracy. Bo teoretycznie kobiety po urlopie macierzyńskim nie można zwolnić, prawo nakazuje przyjąć ją na to samo stanowisko. Jest jednak wyjątek: likwidacja stanowiska pracy. Jeżeli jest ono faktycznie likwidowane, pracodawca nie ma obowiązku przyjmować kobiety na inne. Nieuczciwi szefowie nadużywają tego przepisu, żeby pozbyć się niechcianej pracownicy. Stosują dwa rodzaje chwytów: albo pozornie likwidują stanowisko, ale zatrudniają inną osobę, która przejmuje jej obowiązki, albo rozdzielają obowiązki między osoby już zatrudnione.

Jak wygrać z takim pracodawcą w sądzie?
Trzeba wykazać, że likwidacja miejsca pracy była pozorna. To bardzo trudne, ale możliwe.

Co jeszcze mogą zrobić skrzywdzone przez pracodawcę kobiety?
Mogą iść do Państwowej Inspekcji Pracy.

Tam sprawy ciągną się latami.
Przed sądem też. Dlatego jestem gorącym zwolennikiem zawierania ugody. To rozsądny kompromis. Zwolniona bezprawnie kobieta dostanie wprawdzie mniejsze odszkodowanie, ale oszczędzi sobie długotrwałego stresu. Ugoda pozwoli jej szybko zamknąć za sobą pewien etap i pójść dalej. Bo korzystny wyrok bez ugody to przywrócenie do pracy. A warto się zastanowić: czy rzeczywiście dobrze jest wrócić do szefa, z którym toczyło się sprawę przed sądem?

* Waldemar Gujski jest adwokatem, specjalistą od prawa pracy