"To nie była miłość od pierwszego wejrzenia, dopiero po półtora roku znajomości stwierdziłyśmy, że chcemy być razem" - zwierza się polityk na łamach gazety. Wolff, minister kultury i wicepremier rządu Hesji, to jedna z najbardziej rozpoznawalnych twarzy konserwatywnej partii CDU, z której wywodzi się również kanclerz Angela Merkel.

Niemcy dotąd znali Wolff z jej niezwykłej religijności oraz surowego stosunku do obyczajów. Pani minister jest członkiem synodu kościoła ewangelickiego w Hesji, ostatnio zgłosiła projekt, aby w niemieckich szkołach obok teorii ewolucji uczono kreacjonizmu. Ta dwoistość poglądów, niewyobrażalna dziś w Polsce, w Niemczech nie robi na nikim specjalnego wrażenia. "Proszę, aby życie prywatne pani Wolff nie było tematem rozmów w Landtagu. Są przecież ważniejsze sprawy" - zaapelował wczoraj do deputowanych premier Hesji Roland Koch, dodając, że pani minister jest osobą godną zaufania, której życzy wszystkiego najlepszego.

"Społeczny konsensus wokół homoseksualizmu wytworzył się jeszcze w latach 70. i 80, a swoje korzenie miał w rewolucji 1968 roku. Dziś nie kwestionują go nawet konserwatyści. Zresztą prawicowej CDU w sprawach społeczno-obyczajowych bardzo blisko jest dziś do liberalnej partii Zielonych. Sama Merkel przecież nie ma w sobie nic z konserwatysty - nie uosabia ani wartości chrześcijańskich, ani tradycyjnego modelu rodziny" - pisze politolog i publicysta Piotr Buras, pracownik naukowy Centrum Studiów Niemieckich i Europejskich im. Willy Brandta na Uniwersytecie Wrocławskim.

Oczywiście ów liberalizm poglądów wciąż nie dotyczy wszystkich Niemców. Komentator konserwatywnej "Frankufter Allgemeine Zeitung" twierdzi, że wyznanie Wolff na siedem miesięcy przed wyborami w Hesji z pewnością zniechęci najbardziej konserwatywnych wyborców CDU. Z kolei partyjny kolega pani minister, Hans-Jürgen Irmer, jeszcze niedawno przekonywał, że homoseksualizm nie jest wrodzony i można go leczyć. "W słowach Irmera słychać narodowosocjalistyczny żargon" - uciszali go niemieccy politycy.