Na pierwszy ogień idzie Trójmiasto. Gdynia, skwer Kościuszki. Dziennikarz "Faktu" wciela się w rolę surowego inspektora. Jego podejrzenia wzbudziła już pierwsza napotkana budka z frytkami, rybą i piwem. Miał nosa. Za 250 gramów smażonego dorsza zapłacił 10 złotych. Rybka nawet smaczna, ale co z tego, skoro zamiast 250 g dostał jej zaledwie 180 g. Również piwo odbiegało od standardów. Było za ciepłe. Zamiast przepisowej temperatury 7-8 stopni Celsjusza, miało aż 14 stopni.

Następna smażalnia i kolejne nieprawidłowości. Warzywa w surówce były gumowe, a keczup smakował jak ocet. Wiele do życzenia pozostawiały też frytki. Z zewnątrz wyglądały normalnie, ale w środku były po prostu surowe.

Inna budka w Trójmieście. Tu piwo zamiast w szklankach, podawane jest w plastikowych kubeczkach. To wygodne dla pracowników knajpki, bo nie trzeba zmywać po gościach, ale niebezpieczne dla klientów. Często bowiem zdarza się, że kubki pękają, a duże jasne zamiast w brzuchu spragnionego turysty ląduje na jego spodniach. Ale piwoszy najbardziej wkurza co innego - kanty na ilości piwa wlanego do kufla. Inspektor "Faktu" wykrył co najmniej kilka takich przypadków. Kiedy piana opada, okazuje się, że choć zapłaciliśmy za pół litra, dostaliśmy zaledwie 0,4 litra.

Wnioski po kontroli nie napawają optymizmem. Miejmy jednak nadzieję, że dzięki systematycznym kontrolom inspektorów "Faktu" nieuczciwi właściciele małej gastronomii zmienią swoje podejście do klienta.