Nagle zrobiło się o tobie bardzo, bardzo głośno. Wszędzie Cię pełno. Jesteś w telewizji, a nawet w kolorowych pismach, promujesz swoje najnowsze „dziecko” - krążek „Koledzy”, pod którym podpisałeś się wspólnie z Wojciechem Waglewskim. Kiedy ty masz czas na życie, na rodzinę?

MACIEJ MALEŃCZUK:
No właśnie nie za bardzo kiedy mam sobie pożyć jak normalni ojcowie, mężowie… Mój menedżer tak mi rozpisał koncerty, że gram kilka razy w tygodniu, mieszkam w hotelach, a w domu bywam raz na miesiąc. Trochę mnie to męczy, bo najmłodszy już nie jestem. Ale co zrobić - trzeba zarabiać. Nie będę udawał, jak inni, za przeproszeniem, artyści, że tworzę tylko po to, by spełniać się jako artysta. Żyję z muzyki. Dlatego nie wstydzę się i stawiam sprawę jasno - w projekcie Yugopolis wziąłem udział dla forsy. Muszę sobie jakoś wynagrodzić wynikające z tego posunięcia straty moralne (śmiech).

Ale współpraca z Wojciechem Waglewskim jest już na serio?

M. M.:
To przede wszystkim wielka przygoda spotkać się z takim muzykiem i człowiekiem, jakim jest Wagiel. „Spotkałem się z kolegą/Bo kolega jest od tego/I wypada czasem spotkać się z nim” - śpiewamy w tytułowym utworze. I o to chodzi. Długo mógłbym mówić o tym. Wojtek mnie poganiał, chciał postawić na ascetyczne brzmienie. A ja lubię popieścić się z piosenką, dopracować ją. Ale nie powiem, wyszło dobrze, więc miał rację. Są emocje i o to chodziło!

A emocje między wami?

M. M.:
Nie powiem ci, bo… dżentelmeni o tym nie rozmawiają. To się czuje. Nie rozmawia o duszy!

Podobno rzucasz alkohol?

M. M.:
Małe wyjaśnienie - nie piję podczas grania, co dla mnie jest nowością. Ale bez przesady! Czym byłby rock’n’roll bez alkoholu? Czym byłby blues bez whisky? Jednak wchodzenie po pijaku na scenę to trochę żenada. Jak zaczynałem grać na ulicy, nie piłem. Ludzie mnie rozpili. Z roku na rok coraz więcej polewali. Uzależniałem się. I to jest tragiczne, bo tak naprawdę nie za bardzo lubię alkohol.

Popularność cię męczy?

M. M.:
Ot, paradoks. Kiedy byłem młody, nikt mnie nie znał, a ja cholernie chciałem być znany. Teraz, kiedy już jestem znany, to chętnie bym się ukrył przed ludźmi, choć to raczej niemożliwe.

Masz gwiazdorskie kaprysy?

M. M.:
Wiesz, jak jestem w trasie i sobie uświadomię, że nie widziałem córek od dwóch miesięcy, to wszystko zaczyna mnie irytować. To, że w hotelu nie można posłuchać muzyki, telewizory są wielkości pudełka od zapałek. Miałem tego już tak serdecznie dosyć, że w końcu się uparłem i śpię tylko w czterogwiazdkowych hotelach. Czy wiesz, na czym polega ten standard? W telewizorze masz porno, a w szufladzie Biblię! I jeszcze jest tak, że Biblia jest za darmo, a za porno się płaci.

Wybudowałeś dla swojej rodziny dom pod Krakowem.

M. M.:
Fajnie się w nim mieszka, tylko problem w tym, że… nie mam kiedy w nim pomieszkać! I pograć, o czym zawsze marzyłem. Bo przez całe swoje życie tam, gdzie grałem próby, zawsze spisywała mnie policja albo sąsiedzi chcieli wyrzucić na zbity pysk.

Nie jesteś tatą, który wychodzi do pracy rano i wraca wieczorem.

M. M.:
Ale wydaje mi się, że nie jestem od nich gorszy… Więcej mogłyby o tym powiedzieć moje córki. Irma ma 9 lat, Rita 5, a Elma 3. Znaki zodiaku? Strzelec, Lew, Bliźnięta. Imiona wybierałem intuicyjnie. Wyszło na to, że wszystkie są czeroliterowe. Mam jeszcze córkę Zuzannę, ale nie ze związku z moją żoną. Zresztą w ogóle nie było związku… Chciałbym mieć syna. Mógłbym go nauczyć się bić i podrywać panienki. Chodzilibyśmy razem na Cracovię.

Dziewczynkom możesz śpiewać kołysanki.

M. M.:
I wzrusza mnie to za każdym razem. Lekcje też odrabiamy wspólnie. Pomagam Ewie, jak mogę, kiedy tylko jestem. Zresztą dzieci w ogóle mnie wzruszają. Mam sentyment do dzieciaków. Wydaje mi się nawet, że mógłbym być przedszkolankiem. Kto wie, może kiedyś się zatrudnię? Nie rozumiem za to, jak można nie kochać swoich dzieci? Jak można robić im krzywdę? Bardzo łatwo jest uderzyć dziecko. A tak się robi w Polsce. To jest najbardziej haniebna rzecz na świecie! Jak chcesz się bić, to startuj w tej samej wadze, draniu!

A płaczesz czasem?

M. M.:
Chyba kiedy ktoś mi dmuchnie dymem w oczy. A serio? Nie przypominam sobie. Mężczyźnie to nie uchodzi…

Rozmawiał Artur Szklarczyk