KLARA KLINGER: Jest pani jedną z ikon imprezowego świata środowisk alternatywnych. Czy pojawienie się dziecka oznaczało koniec dotychczasowego stylu życia?
AGATA NOWICKA ("Endo"):
Nie, na szczęście nie. Czasem obserwuję, jak u kogoś w domu pojawia się dziecko i zastępuje nagle cały świat, rekompensuje matce czy rodzicom jakieś braki. Sama mam czternastomiesięczną córkę i mimo to nadal prowadzę całkiem intensywne życie zawodowe i towarzyskie. Spotykam się regularnie z przyjaciółmi, a w związku z pracą też dość często podróżuję. Nie próbuję zmienić całego swojego świata tylko dlatego, że zostałam mamą.

I co? Nie musi pani czasem z czegoś zrezygnować?
Nie chcę być matką, która kiedyś powie swojemu dziecku: "Ja poświęciłam dla ciebie całe swoje życie, a ty tak mi się odpłacasz?". Oczywiście, że można się poświęcić całkowicie przez pierwsze dwa, trzy lata życia malucha. Tyle że później trzeba bardzo gorączkowo odnawiać zaniedbane relacje z przyjaciółmi, doszkalać się, bo człowiek już nie nadąża za tym, co się dzieje na rynku pracy.

Naprawdę dziecko nie wymaga żadnych wyrzeczeń?
Nie wiem, czy można mówić o wyrzeczeniach. Myślę, że raczej chodzi o różne modele życia. Ja nie chciałam nigdy tradycyjnego domu, z gotowaniem obiadków i firankami w oknach, poukładanego drobnomieszczańskiego życia.

Co złego jest w firankach?
To był dla mnie najbardziej odległy styl życia z możliwych. Nie mam więc najmniejszych wyrzutów sumienia, gdy wychodzę po 21, zostawiając śpiącą Milę z nianią czy babcią. Nie ma to wtedy dla niej znaczenia, kto się nią opiekuje. Ale czas między 18 a 21 jest zarezerwowany głównie dla niej. Przez to musiałam zrezygnować na przykład z chodzenia do teatru. Za to latem chodzimy na koncerty na świeżym powietrzu, tak jak w zeszłym roku w Królikarni. To wymaga trochę wysiłku i dobrej logistyki, ale pracę, życie kulturalne i towarzyskie naprawdę daje się pogodzić z macierzyństwem.

Jak wygląda ta matczyna logistyka?
Mam dla córki czas od 7.30 do 9.30 rano, od 18.30 do 21, kiedy zasypia, oraz we wszystkie weekendy i święta. Gdy wyjeżdżam na dłużej, biorę ją ze sobą. Bywam bardzo zmęczona, ale jestem bardzo szczęśliwa jako mama. A inni patrząc na Milę, mówią, że jest wyjątkowym dzieckiem - bardzo pogodnym i odważnym.

A dziecko nie powinno chodzić spać o tej samej porze i w tym samym łóżeczku? Czy przypadkiem nie zamęcza pani dziecka swoją aktywnością?
Od urodzenia wszędzie Milę ze sobą zabierałam, więc jest przyzwyczajona do kalejdoskopu ludzi, miejsc, bodźców. Osoby, które patrzyły z dezaprobatą na to, że ją tak wszędzie ze sobą ciągam, teraz zauważają, że dzięki temu mogę bez problemu zostawić ją pod czyjąś opieką i nie muszę się martwić, że będzie tęsknić i cierpieć albo że nie zaśnie w obcym miejscu. Jest bardzo dzielna. Od początku konsekwentnie ją wychowuję w taki sposób.

Dla niej czy dla siebie?
Jeśli chcę ją wychować na silną, niezależną, otwartą na świat i ciekawą kobietę, sama nie mogę być kurą domową. Nie mogę jej pokazać, że kiedy przychodzi czas na dzieci, zamykamy drzwi przed światem, być może trochę pracujemy, ale wieczorami wyłącznie siedzimy zamknięci w domu, gotujemy obiady i oglądamy razem telewizję. To jakiś absurd i w ogóle nie wiem, kto przy zdrowych zmysłach chciałby realizować taki plan i co by mu to dało na dłuższą metę.

To dość powszechny model. Czy pani zdaniem większość społeczeństwa cierpi na pomieszanie zmysłów?
Nie wiem. Wiem jednak, że Mila jest osobną istotą i nie wychowuję jej dla siebie, tylko dla świata. Ona pewnego dnia odejdzie ode mnie. Nigdy nie będzie moją własnością i nie mogę jej tak traktować. Dlatego chciałabym z nią podróżować, pokazywać jej, jak świat jest ciekawy i różnorodny. Chcę ją nauczyć samodzielności. Na początku bałam się, że będzie trochę nieszczęśliwa przez to, co się wydarzyło przed jej narodzinami; mam na myśli rozstanie z jej tatą. Jednak póki co jest bardzo spokojnym, pewnym siebie i szczęśliwym dzieckiem.

Czy to był świadomy pomysł na wychowanie, czy tak jakoś po prostu wyszło?
To była moja świadoma decyzja. Nie chciałam rezygnować ze swojego życia, poświęcić się tylko dziecku i domowi. Wiedziałam, że im będę szczęśliwsza i bardziej spełniona w swoim yciu zawodowym, jeśli będę nadal miała przyjaciół i nie będę miała poczucia, że coś ważnego mnie omija, to moje dziecko też będzie szczęśliwe. Mówiąc bardziej obrazowo, ja jestem kierowcą, a ona wskoczyła na siedzenie pasażera i towarzyszy mi we wszystkim.

Naprawdę we wszystkim?
No, prawie. Ale pamiętam wernisaż w Galerii Foksal, Mila miała wtedy nie więcej niż miesiąc. Nosiłam ją wtedy w chuście i prawie nikt się nie zorientował, że mam ze sobą dziecko. Miała chyba dwa tygodnie, kiedy poszłyśmy razem na demonstrację przeciwko Romanowi Giertychowi, tuż po tym, jak został ministrem edukacji. Zanim wróciłam do pracy, brałam ją ze sobą prawie wszędzie. Jeśli musiałam coś zrobić, prosiłam kogoś, by ją na chwilę potrzymał. Mam dużo szczęścia, bo Milka nie jest małym tyranem, który od urodzenia się drze i stawia całe otoczenie na baczność.

Panni córka nie czuje się odtrącona?
A jak się czuje dziecko, które dorastając, odchodzi od matki, dla której było do tej pory całym światem? Matka traci główny cel swojego życia. To dla dziecka potworne obciążenie. O wiele lepiej jest, gdy ono wie, że mama je bardzo kocha, ale ma też swoje życie. Oczywiście są w moim życiu chwile tylko dla dziecka, czasem muszę z czegoś zrezygnować, ale nie czuję żalu, że coś mnie omija.

Wiem, że jeśli nie pójdę na jakąś imprezę, niczego to nie zmieni, doskonalę sztukę rezygnacji. Był czas, kiedy zabierałam Milę latem do ogródka klubu blisko domu, ale wtedy ona zupełnie nie zdawała sobie sprawy z tego, gdzie jest, i smacznie spała w wózku. Teraz ma ponad rok i jest to raczej niemożliwe, a raczej bardzo męczące dla nas obu. Dlatego zasypia w swoim łóżeczku - wtedy albo ktoś jej pilnuje, albo ja z nią zostaję w domu.

Na razie dziecko jest małe. Czy potem, gdy będzie dorastać, nadal będzie pani żyć tak jak do tej pory?
Przyglądam się mojej córce i badam jej reakcje. Jeśli za rok czy dwa nie będzie ze mną chciała pójść na wystawę sztuki współczesnej, to nie będę jej do tego zmuszać. Na razie jest bardzo mała, siedzi na moim biodrze, jesteśmy blisko i to jest dla nas największe szczęście. Im będzie starsza, tym więcej uwagi będę musiała jej poświęcać - jej zabawom, jej potrzebom.

Nikt nie nazwał pani nigdy wyrodną matką?
Na początku zdarzało się, że ludzie byli oburzeni, bo np. zabrałam małą na wernisaż o 19. Dla mnie było szokiem, że oni byli w szoku. Nie widziałam w tym, co robię, nic zdrożnego. Ale w Polsce pokutuje jeszcze stereotyp, że kobieta z małym dzieckiem czy w ciąży powinna siedzieć w domu.

Często się z tym pani zderzała?
Mawiano mi, że córka jest zbyt mała, by ją wyciągać w świat. Bo kilkumiesięczne dziecko powinno leżeć w łóżeczku, w tle muzyka z pozytywki, absolutny spokój i błękitne ściany. Są ludzie, którzy zamykają się przed światem zewnętrznym, kiedy zostają rodzicami, i wtedy dziecko uczy się, że może ich sobie podporządkować. To się nie może skończyć inaczej niż skrajnym egocentryzmem. Oczywiście takie dziecko nie pozwala rodzicom na długie przebywanie w miejscu publicznym, bo najpóźniej po 15 minutach zaczyna płakać i chce do domu.

Dla mnie jest to głównie sprawa wychowania - jeśli rodzice są nerwowi, boją się niestandardowych sytuacji, to i dziecko jest spięte, zdenerwowane, przejęte, że jest w samolocie czy w obcym mieście. Obserwuje twarz matki, czuje jej zapach i wie, że coś jest nie tak. Starałam się od urodzenia Mili podchodzić do niej ze spokojem i radością, bez nerwów, kłótni i myślę, że dzięki temu jest ona dzieckiem pozytywnie nastawionym do świata.

Dużo się mówi o pani własnym rozpoznawalnym stylu. Jak ubiera pani córkę?
Owszem, zwracam uwagę na styl, na to jak zaprojektowane są rzeczy. Ale to nie znaczy, że daję się bezrefleksyjnie wciągnąć w tę całą dzieciową machinę, której zadaniem jest wyciągnąć jak najwięcej kasy od odurzonych swoimi pociechami rodziców. Często kupuję mojej córce ubrania w lumpeksach, ale staram się też dobierać i kształtować otoczenie Mili w taki sposób, by miała jakieś poczucie gustu. Bardzo ważne jest, w jaki sposób są zaprojektowane zabawki, staram się nie kupować jej tandety. Zresztą zabawki mało ją na razie interesują.

A co pani zrobi, jeśli mała będzie się chciała ubierać na różowo i bawić się lalką barbie?
To my sobie wykoncypowaliśmy, że dziewczynki muszą być różowe, a chłopcy - niebiescy. Nie traktowałabym tego serio i nie wydaje mi się, że dziewczynki genetycznie preferują różowy. To wszystko jest kulturowe, jest światem przez dzieci zastanym.

Na przekór temu często kupuję Mili ubranka czarne albo w trupie czaszki. Nie mam też telewizora i nie zamierzam go mieć, dzięki czemu Mila nie będzie od maleńkości bombardowana reklamami pełnymi stereotypów. Chciałabym, żeby czytała książki. W całym tym chaosie świata, skomercjalizowanym systemie wartości marzę o tym, by przekazać jej ważne treści, żeby rozwijać w niej niezależne myślenie i wyobraźnię.


Agata"Endo" Nowicka, rysowniczka, animatorka kultury, redaktor naczelna magazynu"Exklusiv"