Maria i Michalina to bliźniaczki, które stały się narzędziami w walce rodziców. Aż trudno uwierzyć, że siedem lat temu ich przyjście na świat było świętem w domu państwa Dobrzyńskich. Po pięciu latach od ślubu udało się w końcu zapłodnienie in vitro. A potem... było już tylko gorzej.

Trwająca przez lata nieustanna wojna między małżonkami sprawiła, że sąd zdecydował się odebrać im dzieci. 16 maja 2007 r. kazał umieścić je w placówce opiekuńczo-wychowawczej, gdzie zostaną poddane terapii. Sędzia orzekł, że dziewczynki cierpią na tzw. syndrom Gardnera. Polega on na tym, że dzieci poddane przez jednego z rodziców manipulacji odrzucają drugiego rodzica. U Dobrzyńskich, zdaniem sądu, matka nastawiła bliźniaczki przeciwko ojcu.

Dziewczynki na jego widok reagują płaczem, nie chcą się z nim widywać. W efekcie Maria i Michalina zostaną z domu zabrane, tak jakby to one były winne rozpadowi rodziny. Matka, z którą dziewczynki do tej pory mieszkały, jest zrozpaczona, ojciec przeciwnie - cieszy się, że małe zostaną wyrwane z rąk matki. Kobieta nie poddaje się i chce złożyć apelację. Co stanie się z dziewczynkami, jeśli jednak do domu dziecka trafią?


IZABELA MARCZAK: Decyzja sądu jest słuszna?
URSZULA MOSZCZYŃSKA
: Nie znam przypadku, aby placówka opiekuńcza miała zbawienny wpływ na psychikę dziecka. Nie znam dziecka, które wolałoby być tam zamknięte niż mieszkać w swoim domu. Nawet jeśli w tym domu nie dzieje się dobrze, dzieci odebrane rodzicom tęsknią za nimi. Rozumiem, że w tym wypadku sąd chciał zdyscyplinować rodziców, ale tak naprawdę ukarał dzieci. To barbarzyństwo. Złe jest także to, że sąd swoją decyzją kompletnie wyrzucił do kosza wszystkie starania matki, by dzieci dobrze się uczyły, miały prawidłowe kontakty z rówieśnikami.

Negatywny wpływ matki na dzieci, u których psycholog zdiagnozowała syndrom Gardnera, to główny powód decyzji sądu. Czy ten syndrom w ogóle istnieje?
Trudno mi oceniać pracę biegłej, tak samo jak trudno zrozumieć decyzję sądu. Znam wiele rodzin, w których po rozwodach rodzice grają dziećmi i nastawiają je przeciwko sobie. Czy to jest syndrom Gardnera, czy nie, dzieci z takich sytuacji zawsze wychodzą poranione. Zwykle potem, w dorosłym życiu, trudniej im nawiązywać trwałe więzi emocjonalne z innymi ludźmi.

Co się zatem stanie, jeśli matka złoży apelację, a sąd wyższej instancji podtrzyma wyrok i bliźniaczki jednak trafią do domu dziecka?
Nawet nie chcę o tym myśleć. Potem trzeba będzie je leczyć z traumy, jaką przeżyją po wyrwaniu ich z dobrze znanego im, a więc w jakimś stopniu bezpiecznego środowiska. Dzieci różnie reagują na oderwanie od domu, szkoły, rówieśników, nierzadko podejmują próby ucieczki, nawet próby samobójcze, jedne zamykają się w sobie, inne reagują agresją.

Czy wpakowanie dziewczynek do domu dziecka rozwiąże problemy ich rodziców?
Na pewno nie. Zarówno rodzicom, jak i dzieciom potrzebna jest terapia. Ale nie rodzinna, bo oni rodziny już nie stanowią. Między dorosłych powinien wejść mediator i popracować nad ich relacjami. Co do dzieci, również powinny zostać objęte opieką psychologiczną, ale nie w domu dziecka. Nie znam placówki, w której prowadzono by taką terapię.

A jeśli rodzice nie dojdą ze sobą do porozumienia?
Może okazać się, że dziewczynki odwrócą się od obojga rodziców jako od ludzi, którzy nie dali im poczucia bezpieczeństwa. Dlatego teraz to, co się dzieje, powinno być dla rodziców ostatecznym dzwonkiem alarmowym, który mówi: Obudźcie się!



Urszula Moszczyńska, doktor psychologii, dyrektor poradni pedagogiczno-psychologicznej w Warszawie, członek Polskiego Towarzystwa Psychologicznego. Mama czwórki dzieci