Kilka lat temu uruchomiono stronę internetową z usługami matrymonialnymi dla fanów Boston Red Sox (bejsbol). Jak napisali jej twórcy, "gdy jesteś fanem Red Sox i szukasz partnera, natrafiasz na poważną przeszkodę: twój potencjalny partner nie jest fanem Red Sox" Trafili w dziesiątkę. Strona jest wyjątkowo popularna. Nowi członkowie nazywani są tam <graczami z draftu>. Ich profile przypominają karty ze statystykami zawodników, a pseudonimy określają stopień przywiązania do ulubionej drużyny (SoxFanSince1973), albo priorytety (SoxThenSex).

Każdy z członków płaci 35 dolarów rocznie za samą możliwość uczestniczenia w "matrymonialnej aukcji". Chętnych do płacenia jest bardzo wielu. W końcu nic tak nie zbliża do siebie fanatycznych fanów, jak miłość do tej samej drużyny. Już dwie pary, które poznały się za pomocą strony, pobrały się. Oczywiście na stadionie Red Sox.

Spece od marketingu w Manchesterze United doszli do wniosku, że na europejskim gruncie pomysł przyjmie się znakomicie. Do władz klubu średnio co tydzień napływają pisma z prośbą o pozwolenie na publiczne zaręczyny w przerwie jakiegoś meczu. Dlaczego by nie pobierać za to pieniędzy?

Od przyszłego sezonu na oficjalnej stronie internetowej Manchesteru ma zostać stworzony specjalny dział dla fanów poszukujących życiowych partnerów (albo po prostu dobrej zabawy). Za odpowiednią opłatą będzie można wykupić dla siebie i swojej wybranki miejsce na Old Trafford usłane różami, albo oświadczyć się tak, żeby cały stadion widział i słyszał. W ofercie mają być także śluby na płycie głównego boiska. "Na naszej stronie zarejestrowanych jest ponad 200 tysięcy oficjalnych członków. Liczymy, że przynajmniej kilkadziesiąt tysięcy ludzi skorzysta z naszej oferty" - mówi anonimowo jeden z pracowników Manchesteru Utd. "Mamy nie tylko uszczęśliwiać zakochanych, ale i integrować naszych kibiców, pomagać im w organizowaniu wspólnych spotkań i rozwijaniu swojej pasji" - dodaje.

Idea szlachetna i postępowa, mało więc prawdopodobne, aby jakikolwiek polski klub powielił pomysł Amerykanów. W Wiśle Kraków mówią, że sprawa jest co najmniej "intrygująca", a już na pewno "do rozpatrzenia”. Na deklaracjach się więc skończy. W Lechu Poznań, który z roku na rok ulepsza swój marketing sportowy, także nikt nie ma w planach tego typu działalności. "Stadion służy do rozgrywania meczów i na tym się koncentrujemy" - mówi rzeczniczka prasowa poznańskiego klubu Joanna Dzios. "Mieliśmy już na nim wiele zaręczyn, ale oczywiście nie pobieraliśmy za nie pieniędzy. Raz zgłosiła się do nas para tydzień po swoim ślubie, prosząc o możliwość zrobienia sobie zdjęć na stadionie. To miały być zdjęcia prywatne, a nie komercyjne, więc zgodziliśmy się bez wahania" - opowiada.

Chyba tylko prezes Widzewa Władysław Puchalski do pomysłu Amerykanów podchodzi z entuzjazmem. "Świetna sprawa! Trzeba przeprowadzić ankietę, zrobić badania. Gdyby wyszło na to, że takie usługi się u nas przyjmą, to je stworzymy. Wszystkie działania marketingowe, które mogą dać klubowi finansową korzyść, a przy okazji przyciągnąć do nas większą część społeczności kibicowskiej, są przeze mnie bardzo mile widziane" - mówi z przekonaniem Puchalski.

Puchalski jest z wykształcenia ekonomistą, ale nie trzeba być ekonomistą, aby przewidzieć, że kluby będą proponować coraz to nowsze usługi dla swoich kibiców. Bo czego to się nie robi dla pieniędzy? Jeśli nie ma jeszcze zapotrzebowania na usługi matrymonialne dla fanów, to nic - trzeba je stworzyć, bo kreowanie popytu to jedna z podstawowych zasad współczesnej ekonomii. Kto mógł przewidzieć, że specjalne karty członkowskie dla nowo narodzonych dzieci przyjmą się w portugalskich klubach? A przyjęły się. Albo, że specjalne trumny dla fanów okażą się hitem sezonu? A okazały się, jak tylko szefowie Boca Juniors wypuścili na rynek te w barwach niebiesko-żółtych. Kibic to też konsument. Ukochany klub może zdzierać z niego pieniądze przez całe życie - od kołyski aż po grób.