"Pomieszczenie inwentarskie" i to spełniające szczególne normy - zamiast kojca. Konieczność doglądania co najmniej raz dziennie, zamiast klasycznego spaceru. Karmienie dwa razy dziennie i to odpowiednio dostosowaną paszą, a nie karmą. No i w końcu - właściciele psów muszą poddać się spisowi rolnemu. To tylko niektóre obowiązki.

Pomysł zrodził się w Sejmowej Komisji Ochrony Środowiska, gdzie posłanka Elżbieta Łukacijewska z PO zaproponowała, by psa wpisać na listę zwierząt gospodarskich. Ma to umożliwić rolnikom, którzy w wielu częściach kraju zmagają się z atakami hord wilków, starania o odszkodowania od państwa za zagryzione psy.

"To jest po prostu absurd" - ocenia Marek Chrapek, wiceminister rolnictwa. Zwraca uwagę, że prawo nie rozróżnia psa, który jest na wsi w gospodarstwie rolnym, od psa, który jest trzymany w miejskim mieszkaniu. Gdyby poczciwy Burek czy Rex trafił na listę, wtedy państwo powinno dopłacać do zwalczania chorób zakaźnych wśród psów, za co w tej chwili płacą ich właściciele.

O absurdzie mówi też inspekcja weterynaryjna, bo wówczas w grę wchodziłby zupełnie inny nadzór nad produkcją pasz dla psów, prowadzenie przez hodowców specjalnych ksiąg i rejestrów, nie mówiąc o kwestii nadzoru nad rozrodem. Ostateczną decyzję komisja podejmie jutro.