Jestem wrogiem papierosów. Chętnie angażuję się w różne przedsięwzięcia związane z walką z uzależnieniem od nikotyny. W Sejmie wisi chyba do dziś plakat, na którym łamię papierosa.

Nie znoszę tytoniowego dymu - zdarzało mi się nawet wyrzucać palącego męża przed dom, żeby nie tonąć w sinych oparach. Z drugiej jednak strony staram się także rozumieć potrzeby palących. Wiem, że trudno im wybrać się do restauracji objętej całkowitym zakazem palenia, zdaję sobie też sprawę z tego, że w miejscu pracy mogą oni czasem potrzebować wizyty w odpowiednio przygotowanej palarni. Uważam więc, że posłowie, przygotowując projekt nowelizacji ustawy o ochronie zdrowia przed następstwami używania tytoniu, poszli za daleko.

Dobrze bowiem dążyć do całkowitego wyeliminowania problemu palenia, ale powinno się to odbywać ewolucyjnie, a także z naciskiem na edukację i tworzenie pozytywnej kultury niepalenia - już w szkole podstawowej. Nie da się tego osiągnąć wyłącznie rozstrzygnięciami administracyjnymi. Zwłaszcza takimi, które wprowadzają wręcz dyskryminację palących. Oto zamyka się przed nimi restauracje i kawiarnie, zmusza do pośpiesznego wypalania papierosa w odległości 10 metrów od wejścia do biurowca, jednocześnie zaś znosi się obowiązek zakładania przez pracodawców odpowiednio przygotowanych palarni.

Choć rozumiem zakaz palenia papierosów w taksówkach i środkach transportu, to zastanawia mnie projekt zakazu dla kierowców prywatnych samochodów. Jeśli nawet miałoby to poprawić bezpieczeństwo na drogach, nie wiem, dlaczego taką zmianę proponuje akurat sejmowa komisja zdrowia, a nie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji.

Projekt sejmowej komisji zdrowia zawiera przesadne propozycje ograniczania palenia. Interesy niepalących są w tej chwili wystarczająco zabezpieczone. A jeśli chodzi o palących - nie da się ich na siłę uwolnić od nałogu. Można co najwyżej próbować ich przekonywać do zerwania z papierosami i ograniczać wpływ reklam koncernów tytoniowych. Pod tym akurat względem projekt posłów zasługuje na pochwałę.