Katarzyna Józefowicz: Internauci piszą o pani: cacko, cudeńko, seksbomba.
Joanna Dereszowska: Nie zauważyłam. Były natomiast rzeczy nieprzyjemne. Nauczyłam się nie przejmować, ale kiedyś, gdy czytałam o bezszyim kadłubku albo o kostce Rubika, która toczy się po komisariacie, robiło mi się przykro. Kilka złośliwych komentarzy może podkopać wiarę w siebie.

Była pani kłębkiem kompleksów?
Któregoś dnia wmówiłam sobie, że jestem szarą myszką – tu mam za mało, tam za dużo i tkwiłam w tym. Nadal czasem myślę, że nie dostaję pewnych propozycji z powodu powierzchowności. I muszę przyznać, że nawet mój Maciek mówi, że powinnam zrzucić parę kilo.

No to nie jest aniołem.
(śmiech) Jest. Ufam mu. Jest człowiekiem z zasadami. Nie zmienia zdania co pięć minut.

Jak kocha, to na zawsze i mimo wszystko? Wybaczył pani nawet to, że pani odeszła.
On wiele potrafi wybaczyć, chociaż wiem, że niektóre rzeczy powiedziane w gniewie będzie pamiętał. Maciek był moją pierwszą miłością. Poznaliśmy się w czasach licealnych. I troszkę się przestraszyłam, że to już, że klamka zapadła. Chciałam spróbować czegoś innego. Zauroczyłam się. Wydawało mi się, że się zakochałam. Ale, jak widać, stara miłość nie rdzewieje.

Wierzy pani, że jesteście sobie pisani?
Tak mi się wydaje. Wierzę w przeznaczenie. Widzę to po moim tacie, który po 50. zakochał się i trafił na tę drugą połówkę jabłka.

Z drugiej strony mądrzy ludzie mówią, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki.
Rozstawaliśmy się z Maćkiem z dosyć konkretnych powodów. Wracaliśmy do siebie z mocnym postanowieniem, że zmienimy to, co nam przeszkadzało. W związku trzeba rozmawiać. Ja się tego uczę. Nie potrafię mówić o sobie. Mam kłopot z nazywaniem swoich uczuć.

Chciała pani rzucić szkołę teatralną, bo nie potrafiła się pani otworzyć?
Na pierwszym roku byłam zdecydowana odejść. I pewnie zostałabym odstrzelona, gdyby nie ten jeden moment. Ćwiczyliśmy etiudę, marnie mi szło i nagle coś się stało – nawet nie bardzo rozumiem co – pstryk, zdjęłam bluzkę i odblokowało się. Gdyby nie ta chwila, byłabym architektem, a może prawnikiem.

W sukni z kreszu na dereszu popędziła pani w świat?
(śmiech). To tytuł innej etiudy. Na początku byłam przestraszona Warszawą, studiami, wszystkim. Pochodzę z małego miasta. Chodziłam do liceum, w którym uczyła moja macoszka i dopiero pod koniec trzeciej klasy koledzy przekonali się do mnie. Dla większości moich znajomych liceum było pasmem balang. Ja od zawsze zachowywałam się jak dorosła, mimo że nikt tego ode mnie nie wymagał. Trzymałam się na uboczu. W Warszawie próbowałam to sobie odbić. Chciałam posmakować świata.

Nie została pani lekarzem jak rodzice?
Tata odradzał mi ten zawód jako zbyt ciężki i niewdzięczny dla kobiety. Sam w młodości chciał zostać aktorem. Działał w kabarecie studenckim. Miał ukryte marzenia i ja je realizuję. Jest szczęśliwy. Chwali się mną. Mnie to cieszy.

To całkiem nie odjechała pani na studiach?
Ślązacy są nacją z zasadami, hardą. Dla nas największą wartością jest rodzina.

Chciałaby mieć pani swoją?
W styczniu obchodziłam urodziny w teatrze. Było miło. Następnego dnia kolega powiedział, że sprawdził w internecie i ja wcale nie jestem już taka młoda. Może moje 26 lat to nie tak mało? Czas szybko płynie. Ale Maciek jest wyrozumiały. Wie, że powinnam osiągnąć pozycję w zawodzie, by było mi łatwiej wrócić po urodzeniu dziecka. Na razie remontujemy mieszkanie. Nasze pierwsze. Mamy pokoik – graciarnię, ale wiemy, że to będzie pokój dziecięcy.

Zależy pani na ślubie?
Mnie niekoniecznie. Nie jestem praktykującą katoliczką. Mojemu tacie bardziej zależy na wnukach. Budują dom z narzeczoną i słyszę komentarze, że tu będzie basenik dla wnuka.

Ładna mi tradycja rodzinna – tata na Śląsku, brat w Belgii, macoszka w Bieszczadach, a pani w Warszawie.
Byłoby mi smutno, gdyby nie Maciek. Jest moim przyjacielem. A jak są z nim kłopoty, wygaduję się tacie. Cieszę się, że mam dobry układ z tatą, że się rozumiemy z macoszką. Ich małżeństwo się rozpadło, ale Teresa jest dla mnie ważna. Kształtowała mój światopogląd, dbała o nas.

Nawet najbardziej opiekuńcza kobieta nie jest w stanie zastąpić mamy.
Mnie było łatwiej się z tym pogodzić, bo mniej rozumiałam i zawsze byłam córeczką tatusia. Mój brat strasznie przeżył śmierć mamy. Brakuje mi jej, zwłaszcza w chwilach najtrudniejszych. Najbliżsi nas uratowali, ale to nie ta więź. Widzę to, gdy spotykam się z koleżankami, które sporo czasu spędzają w towarzystwie mam. Widzę, jakie oparcie daje matka. No i brakuje tego słowa w moim osobistym słowniku.

Ile pani zapamiętała?
Tylko urywki. Mam nadzieję, że jak będę w wieku mojej babci, odtworzę szczegółowe wspomnienia z dzieciństwa, bo tego mi szkoda.

Czegoś jeszcze pani życzyć?
Tego, by ktoś o mnie myślał. Z dzieciństwa pozostał mi lęk przed samotnością. Rozwagi. Mądrych wyborów, niepowodowanych chęcią zysku. Z wiekiem – pozytywnej weryfikacji zawodowej. Niedawno wszyscy mówili, że taka jestem młodziutka i obiecująca, i ja się śmieję, że już od czterech lat wciąż jestem młodziutka i obiecująca. Na razie się z tego śmieję.