Wymarzony weekend zaczyna się w piątkowe popołudnie na Dworcu Centralnym w Warszawie. Wsiadam wtedy w pociąg do stacji Kraków Główny. Sentymentalna podróż w rodzinne strony to powrót do smaków z dzieciństwa. Tam ciągle jestem małą Kasią, niesfornym dzieckiem rodziców, o które trzeba się martwić i troszczyć, by nie nabiło sobie guza.

Warszawiacy pewnie przyznają mi rację, że w Krakowie czas płynie innym rytmem. Wszystko toczy się wolniej, spokojniej, ma inny wymiar. Tam nabieram dystansu do wielkiej polityki, znajduję czas na długie Polaków rozmowy, na samotny spacer albo maraton filmowy w gronie przyjaciół. Tam znajduję czas w ogóle.

Sobotnie ranki? Gdy jest pogoda, najmilej upływają na lekturze w ogródku, o który dba moja mama, tuż obok krakowskich Błoni. To ulubiony moment dnia - czasem specjalnie nastawiam sobie budzik, by wstać o siódmej rano i bez pośpiechu upajać się porankiem. Zwykle od razu pędzę wtedy po gazety, które mogłabym czytać godzinami. Siadam w ogródku, w wiklinowym fotelu, z filiżanką kawy w ręku i czytam. Kilka godzin później ogródek zamienia się w miejsce do grillowania. Mąż z tatą rozpalają węgle, a ja z Anią, moją 11-letnią córką, przygotowujemy mięso, kroimy warzywa. Pospolite kiełbaski najchętniej zastępujemy menu własnego autorstwa.
Nie wyobrażam sobie pobytu w Krakowie bez spaceru po Rynku i spotkań z przyjaciółmi w kawiarnianych ogródkach. Kultowy „Kameleon” to miejsce ambitnej kultury, z fantastycznym kabaretem, podają tam najlepszą szarlotkę świata. Na małe co nieco idziemy do trattorii „Sporano” albo do „del Papa”. Do „Arlekina” wybieram się zwykle z rodziną, bo podają tam fantastyczne lody o nazwie „Malinowe marzenie”, moja Ania mogłaby je jeść bez końca.

Przyznam się jednak, że w Krakowie - i tylko w Krakowie - lubię uwolnić się od obowiązków żony i matki. Córka i mąż zostają w domu z dziadkami, a ja idę na Rynek. Mogę wtedy zatrzymać się w redakcji „Tygodnika Powszechnego” - wypić kawę, dowiedzieć się, czym żyje Kraków. A wieczorami? Biegnę sama na typowo babskie spotkania. Obowiązkowo do jakiejś kawiarni na Starówce. Takie zloty sprytnie pozwalają upiec dwie pieczenie na jednym ogniu: nadrabiam zaległości towarzyskie i jednocześnie dowiaduję się, co u kogo się wydarzyło. Na takich ploteczkach zegar przestaje bić. I nawet się nie spostrzeżemy, gdy wybija północ. A wieczór dopiero się zaczyna! Więc przenosimy się na Kazimierz, do klubu „Alchemia” na koncert jazzowy albo do „Kolorów”. Bo wciąż chcemy się bawić, śmiać, wygłupiać. Czasem zachowujemy się poważniej i bardziej „artystycznie”. Szaleństwa klubowo-kawiarniane zastępujemy ambitnymi seansami filmowymi. W Krakowie - co warto wiedzieć - do kina chodzi się całym stadem. Nigdy nie wybieramy się do Multiplexu (choć jakość obrazu jest lepsza), ale na Rynek do „Apolla” albo „Sztuki”. Kina z duszą, studyjne, z lat 50. Idealne, by poczuć krakowskie klimaty.


Najlepsze według Katarzyny Kolendy-Zalewskiej
Kraków! Babskie spotkania. Picie kawy w miejscach, gdzie bywa Wisława Szymborska. Wieczory poezji u Anny Dymnej. Słuchanie jazzu w klubie „Alchemia”. Dobry film w kinie „Apollo”